Loading

Świeżo z kinoteatru

Śmierćgazm (2016)

Nekro      01 września 2016      Recenzje, Film

Swobodnie latające cyceloty zalane krwią zombie pod stare kawałki Emperora to ekstremalnie rzadki widok w filmach fabularnych. Rzadki jak fabuła "Śmierćgazmu", ale po co komu fabuła, kiedy trzy wspomniane na początku elementy występują w nim w ilościach ponad-wystarczających?

Ostatnio taką beczkę z komediowego gore miałem przy okazji Dale'a i Tuckera, a to już stary film!

 

Najpierw fabuła: młody kuc-stulejarz przeprowadza się na prowincję do bogobojnej rodziny i nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Leje go kuzyn, dupy nie chcą patrzeć na suchoklatesa nawet z odrazą, a wuj ostracyzuje bezecny plakat Trivium jaki zawisł w pokoju malego brudasa. W pewnym momencie poznaje parę lat starszego metalowca-jebakę (sztos!) żąglującego winylami Devourment i Autopsy przed ubóstwiającym Blind Guardiana wąsem. Młody szczypcerz poznaje świat srogości i zyskuje swojego czarnego guru. W pewnym momencie gejuchy znajdują starożytny zapis nutowy przyzywający demony (yep) co prowadzi do transformacji ludności miasteczka w generyczne zombie.

"Nie od dziś wiadomo, że dupy uwielbiają dobrego loda i zapach corpsepaintu o poranku"

A w drodze do ostatecznego rozwiązania kwestii kucowskiej przyjdzie nam obserwować masę absurdalnych postaci uczestniczących w masie absurdalnych sytuacji. I ten absurd to, jak to przy czarnej komedii gore, esencja tego filmu. "Śmierćgazm" (brawa dla tlumacza, że nie pokusił się na "Wirujący Seks") czasem próbuje trzymać sie kurczowo kina gatunkowego, ale kiedy widzimy pojedynek między nieumarłymi a wibratorami, jakiś wewnętrzy głos z tyłu głowy podpowiada, że to, co widzą Twoje oczy jest po prostu zajebiste. A to nie jedyna sytuacja podczas której utwierdzisz się w przekonaniu, że ostatnie półtorej godziny spędziłeś bardzo przyjemnie. Oprócz tego mamy rzezanie kosiarkami (worship "Braindead" mam nadzieję, że zamierzony), strzelanie w głowy kostkami do Dungeons&Dragons, opętane przez demona cycuszki, autorskie odtworzenie kultowego teledysku Immortal i całą masę innych rzeczy.

"Zdecydowanie Call of the Wintermoon..."

 Obraz trochę słabuje w niektórych spokojniejszych momentach (to te, kiedy ludzka głowa nie jest miażdżona przez spadający z wysokości silnik samochodowy) ale to bolączka wszystkich "rozrywkowych" filmów, tych z innych nisz też. Sięganie po poważniejsze tony - jak lojalnosć, zdrada i podobne pierdoły - całkowicie zbędne. No, ale ciężko też byłoby zrobić całkowicie zajmujący film zrobiony z samego rozpierdalania (chociaż George'owi Millerowi się ostatnio udało). Na szczęście po początkowej introdukcji takie spokojniejsze momenty występują dość rzadko i zazwyczaj zwiastują nadejście kolejnych wanien flaków i żółci na ekranie.

Co do warstwy muzycznej, to udało się przemycić kilka klasycznych rzeczy. Przede wszystkim Inno A Satana z klasycznych czasów Emperora i, a propos, coś solowego Ihsahna też się załapało. Dla zielonych ciężarowców jest Lair of the Minotaur czy 8 Foot Sativa, a srogulce docenią pewnie przykurwienie samego Nunslaughter. Ogólnie ekstrema jest akcentowana przez cały film bardzo wyraźnie - czy to samymi wspomnianymi kawałkami, czy merczem typu płyty, plakaty, flagi i korpspejnty. Szacuneczek.

"Deathgasm" to taki film, który chcialo się obejrzeć właśnie za kuca - z metalem, cycami i krwią. Jakbym go obejrzał 10 lat temu, dzisiaj bylby dla mnie (na pewno nie tylko) kultowy, tymczasem muszę zadowolić się Tenacious D albo nawet Spinal Tap. Dostarczył mi jednak dostateczną ilość niezaprzeczalnie miłej rozrywki i poważnie zaskoczył, bo oczekiwałem dziecięcego crapu z metalem typu 3 drzwi u dołu w tle. Chociaż będę wracał do niego rzadziej, niż chcę, to zasługuje na dobroduszną, pozytywną ocenę. 

 

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)