Loading

Przegląd roczny kinematograficzny

11 Najlepszych horrorów 2015 roku

Nekro      02 września 2016      Topy&Besty, Film

Ale że co, bo co, bo 2015 był dawno? Że rok temu? Niekoniecznie, bo jeno 9 miesięcy. Można w tym czasie tylko jedno dziecko spłodzić, i ani dziecka więcej. Podsumować obecnego roku nie można, bo się jeszcze nie skończył. A w '15 mnie na świecie nie było, wiec nadrabiam. Czytaj, bo duże będzie.

Rok 2015 nie był zbyt płodny w (dobre) horrory. Ba, nie był płodny w dobre filmy z jakiegokolwiek gatunku. Ale, jako, że jestem pożeraczem (lub ruchaczem) filmów ""grozy"" (specjalnie w podwójnym cudzysłowiu) i staram się obejrzeć je wszystkie, to skupię się teraz na najlepszych przedstawicielach właśnie tego śmierdzącego nurtu. Parę pierwszych (czyli ostatnich) pozycji, czyli najlepszych ze słabych jest w kolejności przypadkowej, najlepsze - już w ściśle określonym podium.

No i małe post scriptum - jeśli dotrwasz do końca i poczujesz, że nie ma tu jakiejś krwistej zajebistości - podziel się tytułem w komentarzu, coby można te dobroci obadać. A teraz już zapraszam na ranking kurwa.

 

MIEJSCE 11: PAY THE GHOST ("Wrota Zaświatów")

No cóż, Nicholas Cage. To mówi samo za siebie. Bardziej dla beki tu jest, bo sam film jest dość paździerzowaty, jednak odtwórca głównej roli ma u mnie ogromny sentyment. Ogólnie, to Cage'owi porwali dzieciaka i miota się chłop przez te 100 minut po mieście ze swoimi zdziwionymi minami. Strasznie nie będzie, ale całą tajemnicę jak i jej odkrycie śledzi się bez bólu podbrzusza.

 

MIESCE 10: THE VISIT ("Wizyta")

To nowy film M. Night Schyamalana. Nie żeby to była rekomendacja, bo koleś nei nakręcil nic dobrego od prawie siedemnastu lat. Teraz też się zbytnio nie popisał, bo "Szósty zmysł" to to nie jest. Nie warto jednak przedwcześnie wieszać na "Wizycie" psów. Mamy tu mniej lub bardziej klasyczny horror "familijny" - ale uważej, bo nie w znaczeniu, żebyś szedł do kina ze swoim głupim, dziesięcioletnim siostrzeńcem Rajankiem. Krew i fekalia przelewają się z lewej do prawej, ale fabuła jest dosyć grzeczna. I, co cieszy, to ona gra w nowym filmie Hindusa główną rolę, a nie keczup tortex na ścianie i suficie. Jest w tym filmie dramatyczny plot twist, ale taki, którego domyślasz się po 10 minutach oglądania, szkoda. Mimo wszystko warto okminić.

 

MIEJSCE 9: CRIMSON PEAK ("Wzgórze Krwi")

Dosyć głośny film (podejrzewam, że najgłośniejszy ze wszystkich na tej liście) Benicio Del Toro. Albo Guillermo Del Piero. Mylą mi się już ci Kanadyjczycy. W każdym razie "Wzgórze Krwi" jest filmem wybitnie cieszącym oko. Kolorystyka, zdjęcia, montaż, kostiumy i scenografia. To wszystko jest pieczołowicie wymuskane jak nastoletni sutek. Do tego epicka muzyka podkreślająca złowróżbny klimat tego pierdu. Natomiast z drugiej strony, fabuła i scenariusz to el ultimo generico - zamczysko, duchy, sranie w banie - liczyłem chociaż na jakieś psychotyczne monstra tak przepyszne w "Labiryncie Fauna", ale chuj - parę upiorów jest i nie robią takiej roboty jaką bym chciał żeby robiły. Groza wychodzi raczej w postaci wypadających nagle na ekran twarzy szkieletorów, ale ta praktyka nieźle wkomponowuje się w nieśpieszny klimacik, można czasem podskoczyć i przyrżnąć łbem o jakiś dekiel. Niemniej, "Crimson peak" jest jak ta blond Jessika z socjologii albo jak burgery z maka - dobrze wyglądają i ładnie pachną, ale jak chcesz chapnąć, to zastanawiasz się czy to warto.

 

MIEJSCE 8: THE HUMAN CENTIPEDE III - The Final Sequence

Nic nie poradzę - łykam te stonogi jak klopsiki z Ikei. Trzecia odsłona zaatakowała z ukrycia, ale użądliła prosto w odbyt. Przesłodko psychodelicznej dwójki nie przebiła, ale uderzyła w zdecydowanie swobodniejsze, czarno-komediowe tony dochodząc do stylistyki, do której wydaje się (szczególnie po seansie trójeczki), że dążyła od samego początku. Nazistowski pojeb z jedynki jest teraz naczelnikiem więzienia, a obły opętaniec z drugiej części jest jego przydupasem. Do tego mamy pokazującą dupę gwiazdę porno i PIĘCIUSET (!) więźniów nie wiedzących jeszcze, że nazywanie więziennego żarcia "gównem" bylo sporą przesadą. Film może jest trochę przydługi i czasem gubi wątek, ale robi to w sposób na tyle sympatyczny i nieinwazyjny, że nie chowam urazy. Niby "Final sequence", ale po netach krążą bąki o kolejnej odsłonie. Gdzie teraz? Może Światowe Dni Młodzieży?

 

MIEJSCE 7: THE WOODS aka THE HALLOW ("Z Lasu")

No i kurwa bęc - radykalna zmiana klimatu. Mamy małżeństwo w domu w lesie, mamy nieznany, lepki glut o złowieszczej proweniencji i mamy tajemnice stojące tak za lasem jak i za glutem. Nic nowego tutej nie obejrzysz, ale ogląda się "Z Lasu" doprawdy przyjemnie. Żarłoczne monstrum i wyjące duchy zastąpił wspomniany glut i odczynnik szaleństwa, ale znajdą się też pieczołowicie zrobione maszkary czające się w cieniu, a nie wyskakujące zza kadru jak dupa zza krzaka. Aktorstwo zaskakująco dobre, domek na uboczu i jego okolice ciekawe, a jaskiniowe stwory groźne. Trza obejrzec, ale powtórzę - nic nowego tutej nie zobaczysz.

 

MIEJSCE 6: THE ATTICUS INSTITUTE ("Tajemnica Instytutu Atticus")

 

Nie mam nic do found footage, dopóki bezmyślnie nie rżnie wytartych do granic możliwości schematów. Ba, "Blair...", "Rec", "V/H/S" czy drugi "Paranormal..." to jedne z najlepszych cacek horrorowego nurtu. W "Atticus" mamy parę klisz na widok których dostaje się biegunki, ale specyficzny rozstrzał czasowy, kóry przychodzi nam oglądać robi seryjnie konkretny klimacik. Zachowanie głównej bohaterki filmu, posiadającej nadmoce i więżonej przez psychiatrów (a później wojsko) kobiety też przyprawia o dreszczyk. Są tutaj sceny, kiedy atmosferę mozna kroić nożem do świniobicia. Gdyby nie bezsensowne kopiowanie pseudo-groźnych klepek w stylu opuszczania kamery w newralgicznych momentach (chcę to widzieć, kurwaaa!), groźnych kwików w ciemności czy cielęcego wpatrywania się w osobę za kamerą, to mielibyśmy naprawdę potężną pozycję. Wiedźmie z lasu takie rzeczy się wybacza, ale to było prawie 20 lat temu! Niemniej warto.

 

MIEJSCE 5: CIRCLE

Nie wiem, czy to bardziej horror czy sci-fi, ważne, że robi robotę jak trzeba i mimo kilku mniejszych i większych niedociągnięć nie daje się nieobejrzeć do końca. Zastajemy tu zaiste intrygującą sytuację - w ciemnym pokoju zebrano kilkadziesiąt osób z których każda stoi na niewielkim czerwonym polu. Gdzie są, kim są i skąd się tu wzięli - nie mamy pojęcia. Dla zagęszczenia klimatu mamy tu pewną prawidłowość - co parę minut jakiś uberlaser zabija jedną, wydawałoby się, że randomową osobę. Kolejna zasada - zejście z czerwonego pola też kończy się dla odważnego spopieleniem. O co chodzi? Dowiesz się na końcu. Do tej pory zlaserują naprawdę wiele osób. Film intryguje zamysłem i klimatem - ja wyraźnie wyczułem tu inpirację kultowym "Cube" - mała przestrzeń, grupa zagubionych anonimów i śmierć machająca kosą co chwila. Mało takich filmów się robi, dlatego warto ocenić, czy budżetowe sci-horrory ciągle bawią.

 

MIEJSCE 4: HIDDEN

Kawał zaskakującego kina. Po znaczku WB spodziewałem się popelińskiego filmu familijnego z serią tylko białych albo czarnych postaci i fabułą tłumaczoną co krok. A dostałem mroczną, duszną, bezlitosną post-apokalipsę podszytą kłującym w kark igłami dreszczykiem. Jeśliś widział w miare świeże (i niezłe) "Cloverfield Lane 10", to wiesz co i zacz. Akcja dzieje sie w bunkrze niedługo po nalotach atomowych, a bohaterami jest średnio-młode małżeństwo i ich smarkata córka. Drżąc o jedzenie, powietrze i życie czekają na nieuniknioną grozę. I właśnie to, że nie wiemy co czai się nad ich ciasnym schronieniem robi najlepszą robotę. To, plus twisty fabularne, kręcące się od pewnego momentu niczem karuzela. KLIMAT!

 

MIEJSCE 3: DEATHGASM ("Śmierćgazm")

 

Cieplutką, pachnącą jeszcze świeżym trupem recenzję macie TUTEJ więc nie będę się produkował - bardzo dobra komedia, bardzo dobry gore. Do browara i innych smakowiości rzecz obowiązkowa!

 

MIEJSCE 2: BONE TOMAHAWK ("Cmentarzysko Kanibali" aka "Topór z kości rzeźbiony" lol)

Dziki zachód i horror nie są regularnymi kochankami. Oprócz jakichś oldschoolowych badziewi lecących w tamtej dekadzie na kablówkowych kanałach których tytułów nawet nie pamiętam ("badziewiem" nazwałem je umownie, pewnie coś ciekawego też by się znalazło) pamiętam tylko przezajebistych "Drapieżców" z Guyem Pearce'm i chujowe "The Burrowers" sprzed paru lat. Tymczasem w Bone Tomahawk pozwiedzamy i prerie, i lużno zabudowane miasteczka i bezlistne lasy i ciemne jaskinie. Wszystko to z moim ulubieńcem Kurtem Russellem. Koleś chyba grał w okolicach "Hateful Eight" bo brodę miał już przyodzianą. Ale wracając, to mamy tutaj małą, ale sympatyczną intrygę a większość filmu to obserwowanie podróży kowbojskiej ekipy pod wodzą Snake'a Plisskena. Oniryczny klimat jest dopasowany do filmu idealnie, a spotkanie z dzikusami krzesa ciary jedna po drugiej. Do tego naprawdę porządne gore i klimatyczna muzyczka. Srebro zasłużone, będę wracać.

 

NAJLEPSZY HORROR 2015: THE VVITCH - A NEW-ENGLAND FOLKTALE ("Czarownica - Bajka Ludowa z Nowej Anglii")

Zdecydowanie najlepszy horror roku i jeden z najlepszych filmów roku - na tronie mogła zasiąść tylko wiedźma z Nowej Anglii - i to daleko przed wszystkimi. Po krótce, bo rzecz zasługuje na osobną recenzje - dzieją się tu rzeczy nie tylko paranormalne, ale i totalnie popierdolone. Leśne demony, gadające kozły, buszujące "zło" (w stylu pierwszego "Evil Dead") a do tego zwykly, ludzki brud, smród i ubóstwo. Polane to jest duszącym, intensyfikującym się z każdą minutą klimatem, który wspominam do dziś. Czuć tu taki bezbożny, heretycki klimat który spijam ze starych produkcji typu "Black Sunday" czy "Incubus". Umiejscowienie czasowe w połączeniu ze skrajnie okultystycznym jadem, jakim ta "bajka ludowa" jest przesiąknięta, to strzał w sam środek tarczy. Długo poczekamy, zanim jakiś ważniak spróbuje to przebić. Absolutny mus do obadania.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)