Loading

Crust from the past...

Absu - "Abzu" (2011)

Nekro      25 maja 2017      Recenzje, Muzyka

He, przy przętrząsywaniu internetów i dysków w poszukiwaniu swoich starych wypocin (a bo drzewiej to bywało...) natykam się czasem na jakieś miniaturki powodujące u mnie niespodziewany uśmiech - czy to nostalgia, czy wszeteczna wulgarność młodszego kucostwa - nie wiem, ale najważniejsze, że pośmiane. Takoż natknąłem się na swą recę sprzed około sześciu lat dotyczącą któregośtam z kolei albumu hamurgerów z Absu (i nie będącego "Tarą"), dzięki której bekom w mym umyśle nie było końca. Takoż rzucam tekst na Plazę - to musi zostać zarchiwizowane! Zaczynajmy!

Kurwa, jako skrajny fanboj ekipy mezopotamskich wizażystów z Absu, grzech popełniłbym nie próbując chociaż zmierzyć się z ich najnowszym, długo oczekiwanym bękartem - "Abzu" (widać, że po "Tara" skończyła się Proscriptorowi kreatywność do wymyślania tytułów). Płytka była faktycznie długo oczekiwana, ale z drugiej strony, od "Absu" nie minął taki kolosalny ochłap czasu, jak między "Tara" a s/t (a było to, drogie dziatki i dziadki, przeszło osiem lat!), więc nie ma tragedii. Co prawda, przy poziomie nagrań Amerykanów chce się tych albumów jak najwięcej, ale nie róbmy zaraz boruty. Nowy album jest faktem, i musem było się z nim skonfrontować.

Jeszcze przed samym odsłuchem można popaść w małe zdziwienie - 6 wałków? 35 minut nowej muzyki?! Co się kurwa dzieje, przy ponad 50-minutowych poprzedniczkach, ilość materiału na "Abzu" imponuje chyba tylko fanom grindcore'owych EPek. Smakowicie natomiast zwiastował ostatni kawałek, którego metraż to prawie 14 i pół minuty, czyżby "suitodalny" kawałek z odrobiną progresji, a może parę tracków po chamsku zlepionych w jeden? W obu wariantach jest trochę prawdy, ale o tym zaraz.

Kapela nie skąpi jebnięcia. Ba, od pierwszych sekund słychać, że jeśli będziesz chciał przebrnąć przez ten album na dobrych, podkręconych na maksa głośnikach, musisz zainwestować w pieluchy z Lewiatana. Piekło rozkręca się razem z otwierającym, firmowym, falsetowym wrzaskiem Proscriptora tak dobrze znanym z "Tara", w openerze "Earth Ripper". Ten track to żelazne potwierdzenie oczekiwań fanów czekających po piwnicach nowego albumu Absu. Jest rwany, brutalny jak kwas solny na twarzy Miss Świata riff, jest klasyczny wokal o zróżnicowanej skali (to może za dużo powiedziane, ale chuj mnie to obchodzi), no i zwierzęca, dzika perkusja, na której McGovern tradycyjnie wyżywa się w mało humanitarny sposób. Znakomity otwieracz.

Dalej mamy to samo, tylko lepiej, więcej, szybciej (a nie zawsze - są i zwolnienia). Po tej gargantuicznej petardzie jaką jest track otwierający, łatwo złapać trans, w rytm którego połknięcie całego albumu to naprawdę zajebiste przeżycie. Szczególnie, że wzorem poprzednich albumów, nic tu nie jest grane na jedno kopyto. W "Circles of the Oath" mamy subtelne pasaże gitary akustycznej (oczywiście, ustępujące sonicznej lawinie blastów), "Skyring in the Spirit Vision" ma konkretniej blackowy riff kojarzący się żywiej z "The Third Storm of Cythraul" niż z nowymi albumami. Trzeci z kolei - "Abraxas Connexus" - to dosyć skomplikowana torpeda, z wyraźnie thrashowym rodowodem, no i ma genialne, rozbrykane niczym nigeryjskie dzieci po wejściu na minę partie gitar. Kolejny kawałek, którego tytuł jest za długi, żeby chciało mi się go przepisywać ("Ontologically cośtam"), to jakby kontynuacja "Abraxas..." z blackową gitarą, czasami, wybaczcie, kojarzącą się (brzmienie? nie wiem) z... DHG. Ale to tylko z ogólnego popizdywania.

Po pięciu standardowych kawałkach, trzymających się stylu Absu jak rzep psiego odbytu, przychodzi czas na "A Song for Ea" - już w założeniach nie powinien odcinać się od poprzedniego gigantycznego przypierdolu, a co najwyżej twórczo go rozwijać. Tak się też dzieje. I - co najlepsze - jest progresywnie! Nie wspominając już o bajecznej grze Proscriptora, który leci przejściami jak kulami z kałasza, ale spory wór riffów gania się przez całe 14 minut, co jakiś czas pokazując się na wierzchu, by po chwili znowu zanurkować w czarnym i głębokim morzu zajebistości. Nazywanie "A Song for Ea" "eklektycznym" może nie byłoby na miejscu, ale kawałek jest bogaty w całe dobrodziejstwo wypracowanego przez Amerykanów stylu. Piszę "kawałek", chociaż oficjalnie podzielony jest on na sześć "części" (właśnie na wzór prog-rock'owych suit), między którymi, czasami aż za dobrze, słychać wzajemne przejścia. Nie kole to w uszy, ale wyraźnie słychać, że utwór nie był pisany kompleksowo, tylko po kawałku, które to kawałki następnie ładnie i zgrzebnie złączono umowną klamrą (czyli częścią "E-A"). Nie uznaję tego jednak za zarzut, bo, jak na brak doświadczenia w pisaniu tracków o podobnej długości, wyszło lepiej niż dobrze, a dodatkowo, obiecująco wróży to na przyszłość.

Jeszcze słówko o brzmieniu - jest bajecznie. Na tej płytce wypracowano złoty środek między trochę cichą i przybrudzoną "Tara" a głośną w chuj i selektywną "Absu". Na nowej płytce nie ma pucowania i glancowania, co by się nikomu w dupach nie poprzewracało, ale też nie przesadzono z brudem. Perkusja ma ogromne pierdolnięcie, stopa szaleje i zrywa z głowy peruki w promieniu trzystu metrów od źródła odtwarzania, a gitary tną nadgarstki tak ciężarem, jak i siarczaną wściekłością. Basu tradycyjnie nie słychać.

Podsumowując, Absu po raz kolejny się udało. Jak nie było w ich dyskografii słabej płytki - tak i nadal nie ma. Mimo dość kontrowersyjnej formuły (5 krótszych kawałków i jeden kolos), to cały czas ten sam zespół napierdalający we właściwym dla siebie stylu, który, jak widać i słychać, z małymi poprawkami, cały czas ma w sobie pokłady dzikiej, zwierzęcej wściekłości i kompozytorskiego pomyślunku, dlatego o samo powstanie, jak i jakość kolejnego albumu jestem spokojny. Ale chuj tam przyszłość, kombinuj album i słuchaj, bękarcie!

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)