Loading

Nowy szajs muzyczny

Blood Incantation - "Starspawn" (2016)

Nekro      31 stycznia 2017      Recenzje, Muzyka

Jak już uhonorowałem Hamburgerów we swoim śmiesznym małym rankingu płytowym, to wypada trochę bardziej popuścić klawiatury. "Starspawn"  zasługuje na to w prawie stu procentach, bo to płyta rektyfikowana, a do tego debiut, to już kurwa tego za wiele!

Pamiętam ongiś, jak dzieś w połowie roku zaczęły latać bąki po fejsbuniu, że dobry album wyszedł, że debiut i że zobaczyta - to będzie jeden z przodowników metalu deathu w tem roku. No patrzę Ci ja i stoi Blood Incantation - a ja "Dyć pierwsze słyszę! Ale Chtheilitist (czy jak to się tam pisze) miodny był i też debiut, to biorę!". Szukam, stukam oraz pukam, wydestylować udało mnie się jeno jakies promo-demo o przesadnie skomplikowanym tytule "Intercośtam cośtam" z kosmiczną okładką i logiem tradycyjnie wyglądającym, jakby ktoś grał w bierki rozmokłymi rolkami od papieru dodupnego. Album okazał się jednak porządnym kozakiem i mimo rżnięcia z dużych nazw, to nie był przesadnie osadzony w gatunku (w dzisiejszych czasach takie praktyki zarezerwowałem tylko dla Obituary i Entombed. Którego nawet, kruca, nie ma...), a słuchało się tego bardzo przyjemnie, zresztą słucha cały czas, mimo znaczącej ewolucji twórczości, wtedy anonimowych dla mnie, Makdonaldsów.

Ciekawe, czy z androidem... HA!

Niewiele wody w delcie mekongu przepłynęło, nim we wszelakich spotifajach i innych tego typu undergroundowych usługach dla trusów pojawił się pierwszy pełnowymiarowy krążek Blood Incantation o złowróżbnym jak wilgoć na autobusowym siedzeniu tytule - "Starspawn". Zajść w głowę można od pierwszego wyjścia z progu - zaczyna się na pełnym, za przeproszeniem, sromie - od pancernego galopu jebiącego zgnilizną z kompostownika, chyba takiego, co to wystrzela dekiel w odległe galaktyki, bo tematyka twórczości zespołu od czasów "Intercośtam..." się nie zmieniła. Chopy godojo o jakichś planetach, galaktyczych wybuchach atomowych, laserach i tym podobnych frikadelach. Modne to teraz, ale jest bardzo uczciwą wymówką dla muzycznego ekperymentowania (przynajmniej od czasów Nocturnus) i mnie to siedzi bezbłędnie. Tego gwiezdnego pierwiastka w samej muzyce nie skosztujemy jednak aż do połowy pierwszego kawałka - no bo wtedy, po tym śmierciojebnym fetorze, zaczyna się zadziewać nieskalanie gwiezdna inba. Gitary wchodzą na poziomy zarezerwowane dla bysiorów typu Tribulation i latają po łbie okutym słuchawkami jak te przysłowiowe, kosmiczne wahadłowce. Właściwie to, co robi Blood Incantation, to wjebienie Cię siłą do jakowejś kosmo-kapsuły i wystrzelenie w ciemną przestrzeń - słuchając ich tłustego opus z głupią miną zostaniesz zastępcą kapitana Pirxa i zwiedzisz spory kawałek drogi mlecznej.

Ksero się chyba źle odbiło.

Nie trzeba odpowiadać na pytanie, czy Blood Incantation prezentuje się na dzisiejszej scenie oryginalnie, bo tak nie jest. Clue ich twórczości to piękno aranżacyjne - bo w obrębie jednego tracka ściągniemy tutaj na siebie bardzo dużą i zróżnicowaną ilość dobroci. Amerykanie odnajdują się wspaniale tak we fragmentach skrajnie diabolicznych, kiedy tną zfuzzowanymi riffami ryj raz za razem, jak i w tych subtelniejszych, nacechowanych melodią i klimatem - na przykład "Hidden Species" - stawiający równoważnię między szlamem a atmosferą w bardzo zgrabny sposób. Takie bardzo progresywne żonglowanie stylistyką przypomniało mi nieco Nile z okresu nie-flako-olejnego (np. "Ithyphallic") albo "Once Was Not" Cryptopsy - w obu tych przypadkach mieliśmy techniczną masakrę silnie naakcentowaną klimatycznymi pasażami, które robiły robotę jak Polak na norweskiej platformie. Bo trzeba Wam też znać, że Hamburgery to bardzo zręczni instrumentaliści, którzy, jesli może jeszcze nie rozwinęli swoich umiejętnośći w pełni, to ze swoimi narzędziami robią wszystko, by zapewnić słuchaczowi nie lada podróż - lecą solówy, marszowe zapierdalanie, a od trzepania wajch to aż się iskrzy. Blood Incantation potrafi okropnie przysiec ciężarem - "Starspawn" spuszcza pełną szklanicę wpierdolu jeszcze zanim się zorientujesz, że ktoś za tobą stoi - a to tylko jednen z wielu ich talentów.

Cóż więcej, album umieściłem na swojej liście wyskokowców na wysokiej pozycji, więc niech to mówi samo przez się. Ta płyta jest niczem trumna dla smutnego clowna - kolorowa, ale cała podszyta czarnym atłasem. Oby tak dalej, bo kcem wincyj!

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(7)

2017-04-05 21:47:48

Jakoś nie robi mi ta płytka...kupiłem to niesiony falą pozytywnych, czy momentami wręcz entuzjastycznych recek a tu w sumie blado. Niby sprawnie to uszyte ( tylko trochę niezdecydowane brzmienie - przesadnie docieplone + pozbawione ostrych konturów ) ale jednak czegoś brak....słucham, słucham a w bani mało co zostaje, żaden riff mnie nie wychłostał, żadna z melodii za gardło nie złapała, nawet jeśli parę było całkiem blisko; no po prostu miałko mi na uszach, nic nie poradzę.  Inna sprawa,: z całego tego trendu pt. "patrzcie wszyscy jak my potrafimy być oldskulowi pomimo tego, że nawet nam jeszcze twardy zarost nie  rośnie", to jedynie Morbus Chron wystrzelał mnie po pysku, a Obliteration wgniótł w fotel, natomiast cała reszta co najwyżej niegroźnie ujada.

2017-04-06 07:20:04

Co do riffów to racja, nie są zapamiętywalne ale warto zauważyć jedną rzecz - BI to nie jest death - że tak lingwistycznie zabłysnę jak supernowa - 'riff oriented'. Chodzi o klimat - tak samo niezapamiętalne są riffy z Ulcerate czy Gorguts (chyba bardziej nowszy niż starszy). A co do melodii, to przyznaj, że ta na koniec otwieracza jest smakowita.

Sam dopiero czekam na paczuchę z CD, bo pierwszy nakład poszedł w tym kraju w jakimś dziwnie szybkim tempie, drugi rzut, jeśli ktoś jest zainteresowany, ma jeszcze Agonia - niecałe 5 dychów już z przesyłką.

2017-04-10 19:04:42

Płyta jest fajnie wydana, bez fajerwerków i ze smakiem, logo chłopy mają przechuj ale muzyka.....nadal stawia opory; choć nie powiem- dałem temu krazkowi jeszcze jeden "spin" w sprzyjających warunkach ( no wiesz-fotel,relaks, skupienie, nikogo w otoczeniu) i przyznaję że faktycznie jest tu parę absolutnie majestatycznych fragmentów, które nie "strzeliły" mnie przy pierwszych dwóch podejsciach ( melodie w Vitrification...do tych fragmentów zaliczam hehe).. a może po prostu trzeba tego słuchać autentycznie GŁOŚNO???, trochę to chyba głupie ale mam wrażenie że przy zdecydowanie konkretnym natężeniu dźwięku "Starspawn" zyskuje nadspodziewanie dużo. Koniec końców uważam to za całkiem fajne uzupełnienie kolekcji, może niespecjalnie spektakularne... ale najwyższy czas pogodzić się z faktem,  że nie codzień będę dostawał od młodzieży petardy w guście "Nekropsalms" hahaha ( tak tak, moja zboczona żądzą obcowania ze wszystkim co autopsypodobne nie zna żadnych granic!:)

2017-04-10 22:54:32

"moja zboczona żądzą obcowania ze wszystkim co autopsypodobne nie zna żadnych granic!"

Zboczona żądza obcowania ze wszystkim to zawsze słuszna postawa.

A w tym Twoim szaleństwie może byc metoda - która zresztą dotyczy chyba większości defów, treszy, bardziej przyziemnych bleków etc. Druga rzecz, że trza jeszcze mieć na czym takie zdrowe pierdolniecie rozkręcić na maksa, ale to już swoją drogą. W każdym razie - cieszy, że se jednak "Starspawn" na straty nie spisałeś. 

A jak masz zajawkę, to możesz polecić jakies nowsze, a zakopane w piwnicy revivale Autopsy

2017-04-11 00:54:00

Accidental Suicide- "Deceased". Nigdy mi się nie znudzi. Wiem że ani to nowsze ani młode ani revivale itd ale..ale....ale jak oni śpiewają!!!. Znasz? Mam nadzieję, ale i tak się wyżyje - jakby "Mental Funeral" spiąć z brzmieniem gitar Bolta z "Realm.." i dodać trochę Florydy- oto mój mokry sen zboka co permamentnie trwa już dobre paręnaście lat. Kat na banie z nowszej frakcji to Rude -Remnants (zacne..) i Grave Ritual- Morbid Throne ( lubię gatunkowe lo-fi:) ..A miało być o epigonach Autopsy...

2017-04-11 16:03:21

Dwa ostatnie znam i lubię (GR to jest diobeł!), a Accidental Suicide to widzę jakieś starodawny ściek - brzmi pysznie, zarzucę se niebawem.

2017-04-21 15:40:51

Właśnie przyszedł kurier i znowu wziął mnie za dewianta, choć na własną obronę mam tyle, że śliniłem się nie do niego, tylko do tego co mi przyniósł( częsta sytuacja)...."Veneration of Filth" pióra Church of Disgust. Amerykanie już ze swoim debiutem pukali nieśmiało do "vipowskiej" loży najmilszych memu uchu oldskulowych podlotków i teraz ich tam z dumą wpuszczam, e tam kurwa, -sami się wpuszczają i to bez pytania, a ja JUŻ czekam na więcej ..co za zajebisty krążeķ.