Loading

Nowy szajs muzyczny

Code - "Lost Signal" EP (2016)

Nekro      06 lutego 2017      Recenzje, Muzyka

"Lost Signal" ma być czymś na kształt best ofu tylko takiego, co się go nagrywa na nowo. Takie kowerowanie samego siebie. Mamy bezwstydny  przekrój przez dyskografię (całe, uważaj, CZTERY płyty) ubrany w nowe szaty (no bo skład już - niestety - nie ten) i ma to jakiś podstępny pierwiastek ciekawostki. Tylko czy warto płacić piniądze za stare jak za nowe i to w niekoniecznie lepszej wersji? Hm...

Jak każdy średnio-zorientowany fan progresywnego dancehallu wie, Code grał kiedyś  inne rzeczy, niż gra teraz. Zaczęło się od interesującego blendu black metalu z jakimś pierwiastkiem progresywności i wpływów takich ekip jak środkowy Arcturus z Garmem albo szaleństwa późniejszych materiałów 'bratniego' DHG. Skończyło się na... no cóż, rozumiem, dlaczego można być fanem, np. ostatniej płytki Norwegów (chociaż tera chyba bardziej Anglików, nawet nie wiem) "Mut" - ale jak  na moje sromowe synapsy, to była ona - parafrazując znanego czarokletę - jak gówno rozsmarowane na zbyt dużej kromce chleba. Momenty były, może i faktycznie obecni muzycy dobrze czują się w takich postnych klimatach, ale porwali się na początek drogi w tej stylistyce na zbyt głębokie wody i z za małą motyką - ryba była za tłusta, więc żyłka pierdolnęła. Yep, razem z odejściem Vicotnika i Kvohsta ubyło w muzyce Code charakteru, odwagi i tego specyficznego sznytu, tej laski dynamitu na szczycie tortu, co jak jebnie, to wszyscy mają mordy w masie kajmakowej.

Być może, dyć mogę tylko tylko domniemywać, pozostali u steru muzycy stwierdzili po czasie (po dwóch latach, owacje za refleks), że może faktycznie ich ostatniemu materiałowi czegoś brakowało i postanowili to jakoś odrobić. A żeby było, że są sprytni, to wymyślili pewną interesującą intrygę (fikcja literacka, ale kto wie, może prawdziwa, jak w "Z Archiwum X") - wydajmy parę kawałków z "Mut" nagrane na ostrzejsze kopyto, a żeby ludź się nie przypierdolił, że jest w tym intencja zatarcia dziwnego posmaku po pełnej płycie i obietnica, że następna NO TO JUŻ NAPEWNO będzie taka jak trza, to dograjmy jakieś starocie też na inną modłę i będzie gites. Mogło tak być, ale who cares, nie rzucam kamieniami. Toć wiadomo, że sytuacja kiedy po wydaniu nowej płyty i jej przesłuchaniu, ekipa za nią odpowiedzialna nagrałaby połowę rzeczy inaczej/na nowo dotyczy pewnie 99% zainteresowanych, i jest to w jakiś sposób dowód ambicji muzyków. Ale nie trzeba zaraz jednej trzeciej kawałków nagrwać na nowo w innym stylu i przybierać poker face'a, że taka wariacja i coś dla fanów i kolekcjonerów i łał. Trochę się przyjebałem do kolegów, ale szukanie spisków metalowych z samego rana to, obok masturbacji, moje ulubione zajęcie.

Oczywiście, taka czy inna wersja zdarzeń absolutnie nie ma znaczenia jak już "Lost Signal" odpalisz do słuchania - można sobie teoretyzować o otoczce ale, uwaga - będzie cliche - na koniec to i tak muzyka jest najważniejsza.

A z tą, tymczasem, nie jest wcale tak źle, jakby to wynikało z powyższych wynurzeń. "Lost Signal" to niecałe pół godziny materiału w sześciu kawałkach - trzy pierwsze pochodzą z "Mut" a trzy kolejne odpowiednio z: "Resplendent Grotesque" ('09), "Augur Nox" ('13) i "Nouveau Gloaming" ('05). I, co przewrotne niczem cena na półce a cena przy kasie, to właśnie dla drugiej połowy albumu warto przeznaczyć mu nieco czasu. Traki z ostatniego albumu owszem, zyskały pewną jakość, ale jednocześnie nie straciły tego specyficznego deficytu polotu, jaki generalnie charakteryzował "Mut" w pełnej rozciągłości. Code zagrał tutaj dość strategicznie - przedstawił nowe kawałki w deko agresywniejszej formie, wracając do swojej macierzystej stylistyki ze starych materiałów. "Powrót" brzmi dobrze, ale niech nikt nie liczy na awangardowo-psychodeliczny przyjeb z ich drugiej płyty, utwory z "Mut" zyskały jeno nieco na szybkości i pazurze, ale nadal nie stoją nawet obok kawałków z wspomnianego dzieła. Bardziej przypominają nieco przytłumione "Augur Nox" ze zmierzalną dawką błyskotliwości.

W związku z czem proponuję skupić się na, jak już wspomniałem, lepszej, ciekawszej i bardziej zajmującej drugiej połowie krążka. No i tutej mamy znowuż odwrotną sytuację a propos podejścia stylistycznego niż w połowie pierwszej. Otóż - czupurne w swej naturze - single ze starszych materiałów zostały wygładzone, ociosane z kantów, przyklepane i utulone do snu. Bez przesady, nie zrobili z tego Silver Mt Zion, ale pazurki zostały zdecydowanie przypiłowane, upodabniając klasykę do nowszych dźwięków Code. Nie jest to wszakże praktyka zła - "znane i lubiane" utwory dostały nowe życie a aranżacje wzbogacono nieco postnym klimatem. Dzięki temu takie "The Rattle of Black Teeth" otrzymało nową twarz, a średni "The Lazarus Code" z "Augur..." bawi chyba nawet bardziej, niż na płycie-matce. Ta nowa twarz nie jest lepsza albo gorsza, jest po prostu inna i może się to podobać lub nie (co ty nie powiesz, szerloku) - mnie sprawiło dużo funu wchłanianie osłyszanych już wielokrotnie kawałków w nowych aranżacjach bez zmian w fundamencie kompozycji i bez niepotrzebnego eksperymentowania (które, zresztą, byłoby bardzo ryzykowne bez Parveza w składzie).

Czy taki zabieg był potrzebny? Absolutnie nie. Czy trzeba przypomnieć młodzieży o starszym materiale, a starszyźnie o nowszym w taki sposób, jak to robi "Lost Signal"? Może i trzeba, a jeśli tak, to takie przypomnienie w manierze "Lost Signal" jest całkiem niegłupim przedsięwzięciem. Co prawda album jest ze wspomnianych powodów bardzo nierówny i trzeba przebić się przez pierwszą połowę, ale myślę, że i jej amatorzy znajdą się wśród słuchaczy Code. Generalnie, jeśliś fanem twórczości zespołu z któregokolwiek okresu -"Lost Signal" to przyjemna ciekawostka - jeśli nie - to na pewno nie jest wydawnictwo, od którego warto zacząć przygodę z tą ekipą -  mimo skromnej dyskografii jest w czym wybierać.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)