Loading

Nowy szajs muzyczny

Darkthrone - "Arctic Thunder" (2016)

Nekro      14 października 2016      Recenzje, Muzyka

No, Panowie Norwegowie, nabzdyczylem się trochę na Was. Kombinowaniem i robieniem sobie pod górę już niejeden się najadł (szczególnie na Waszej scenie), ale i nie jeden se porozpierdalał kolana i nie ruszył z miejsca, I tak macie w rzyci kto co o tej nowej płycie napisze, ale od przybytku głowa nie boli. Oto "Arctic Thunder".

Nie wiem skąd Darktrony zaiwanili tytuł nowego albumu, ale ale wynik wyszukiwania go w Google grafice raczej zaskakuje. Tak jak i sama zawartość bitowa "Arctic Thunder". Chlopcy, ja już nie miałbym nawet nic przeciwko, żebyście poszli w te swoje sprośne heavy z "The Underground Resistance", Culto zostałby jaskiniowym Halfordem a Hank ruchałby jak Tommy Lee. Jakoś by to jeszcze tłumaczyło ewolucję kapeli w płynnym flow - bez niepotrzebnych rewolucji a stawianiu śmialych kroków w jakimśtam przecież kierunku. Tymczasem zapodane zostało zupisko owocowo - warzywne, a w takich przypadkach zastanawiam się przeca, czy wołać dzieci na obiad czy egzorcystę na rytuały.

A może właśnie chceta robić pod górkę? Widzicie przeca, że sluchacze obdarzają wciąż nowymi kredytami zaufania przy kolejnych ekperymentach (ciekawe, czy ktoś się spodziewał, z przymrużeniem oka, glamowej "The Underground..." po Darkthrone), więc aby zachować autentyczność postawiłeś Gylve i postawiłeś Ty, Tedziku na twórczą regresję? No, jest to jakiś pomysł, droga wydeptana przez makalony niejednego srogulca, ale Wam, drodzy Norwedzy, Wam to średnio wyszło. No bo, kurde balans, z drugiej strony chętnie też usłyszałbym prawowitego następcę "Panzerfaust" na miarę 2016 roku i to też byłoby coś na tyle interesującego, żeby nie wyrabiać sobie zdania o materiale w takim tempie, jak przy "Arctic Thunder". Chociaż zdaję sobie sprawę, że szybciej Wajda nakręciłby kolejny film niż Fenriz wrócił pod pogrzebowy księżyc.

Nijeden już pewnie rzucił "oj nie zesraj się, kurwa!" albo "idź pan w chuj!" ale nie powiem, zdeka się zawiodłem i serduszko trochę kłuje, bo na album czekałem z wypiekami na pośladkach. Promocyjny "Tundra Leach" był, jak się okazało, idealnym reprezentantem albumu. Niby to kontynuacja poprzednich quasi punkowych ścierw a trochę raził taką nijaką topornością z płytek Norwegów poprzedzających "The Cult Is Alive". Ogólnie nie był zły, ale też nie urywał żadnych części dupnych a moja peruka została na swoim miejscu. Tak jak "Arctic Thunder" w całości. Tamując chyłkiem żółć przyznać trzeba, że album ma swoje momenty, których liczba nie jest wcale znikoma, ale jednocześnie nie na tyle znacząca, aby po jego odsłuchu odczuwać satysfakcję i coś więcej niż zobojętnienie przemieszane z rozgoryczeniem. Na pierwszy plan wychodzi na pewno "Burial Bliss" z  esencjonalnym, właśnie panzerfaustowym, zimnym riffem sięgającym po to, co w garze gęste i sycące. Wyróżnić też warto dwa wolniejsze walce - "Boreal Fields" i "Throw Me Through the Marshes". W ogóle, wolne tempa zdecydowanie sprzyjają Darkthrone na tej płycie - mają klimat, ciężar i zło, którego na ich płytach (a szczególnie tej) nigdy za wiele. 

Nad słabymi momentami nie ma co się rozwodzić, bo to nie nimi ma stać płyta. Brzmieniem takoż, bo w tej kwestii nie zmieniło się nic, lub niewiele, ale chyba nikt nie oczekiwał po Norwegach czegoś innego. 

Po dwóch - trzech odsłuchach jasnym jest, że coś tutaj rypło, że doskonale słyszalny regres Darkthrone minął się z oczekiwanym (przez nas kurwa, przecież nie przez Culto i Fenriza) efektem, a zespół rozpierdolił sobie przynajmniej jedno kolano na ścieżce swojej kariery, która była już chyba za malo kręta, żeby była prawdziwa (według Culto i Fenriza kurwa, przecież nie przez nas). Tak tylko domniemywam, bo chuj wi, co kolegom w głowie siedziało, ale Arktyczny Pierun będzie mi strzelał po gałach zdecydowanie rzadziej, niż myślałem przed premierą. No i chuj - znów się nabzdyczyłem.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)