Loading

Nowy szajs muzyczny

Demonic Death Judge - "Seaweed" (2017)

Nekro      09 lutego 2017      Recenzje, Muzyka

Demonic Death Judge wraca do odwiecznej walki o złotego skuna ze swoją trzecią, jakby mało oczekiwaną płytą. Jak ma się do jej zawartości aż pięcioletnia przerwa od - przynajmniej b.dobrego - "Skygods"? Trochę zmian z przypływem zostało, ale nie odpłynęło to, za co lubiłem męczyć swoje zwoje tym fińskim harkiem, tą lapońską plwociną - talent i charakter.

Pierwsze co - zajebista okładeczka, obtocz mnie w panierce i nazywaj swoją Rybeńką, ale w tym roku tłustszej uczty moje gały nie brały. Podobnego sortu marynistyczne rzeczy z prawiecznych czasów bardzo przyjemnie robią mi na powzroczenie, toteż nic osobliwego, że po obadaniu kowera od razu chciałem tego morskiego chwastu zakosztować, a właściwie to opierdolić na gastro jak głodny pies. Ale płyńmy po kolei.

Poprzednie dwa materiały DDJ bardzo lubię - łączyły w sobie sladżowy ciężar słoika ze smalcem i kyussowskiego bluesa, co w połączeniu z baśniowo agresywnym, ale dość tradycyjnym wokalem dawało miły efekt grubego jebania metalu w stylu vintage. Oprócz przepastnych wpływów ciężarowych mieliśmy tu dużo miejsca na atmosferę, więc wszelakie zwolnienia czy kwaśne rocki lały się gęsto jak męskie dziewice na Politechnice. DDJ pokazał swój własny charakter jednocześnie wdzięcznie czerpiąc potężne hausty spuścizny klasyków, pisząc naręcze znakomitych riffów i nadając im bardzo konsekwentny klimat. Co cieszy w sposób zaiste niebosiężny - Finowie (Finlandzi?) przez wspomniane 5 lat od wydania poprzedniczki "Seaweed" nie stracili tych przymiotów ani grama, wręcz dokładając kolejne smakowitości do pieca.

Zmiel mnie z podrobami i nazwij metką łososiową, ale "Seaweed" to najlepsza do tej pory płyta DDJ - album ocieka tłustym niczem końska laga ekstraktem zajebizmu - to nie dziwota, bo z poprzednich też można było ów ekstrakt spijać i chłeptać języczkiem jak w chochelce grochówki - ale tym razem mamy to komplementarnie obudowane znakomitym brzmieniem, a sposób konstrukcji kawałków woła o aplauz na stojąco. Na domiar tego, mój wykurwometr przyłożony do któregokolwiek z nowych riffów na tej płycie zaczyna wyć i mrygać czerwonymi lampeczkami - a to dla mnie sygnał, że coś się dzieje.

Firmowy, dość podwodny i rozmyty sound fińskiej szychty obłożony został tym razem relewantną dawką przestrzeni, która wprowadza do niego nie tylko świeżość, ale podkręca groove i retro-klimat materiału wchodząc na mocno dragowe rejony. Dzieki temu zabiegowi riffy - które, jak pisałem, są fundamentem i największym atutem grajków - zdecydowanie zyskały na ciężarze i hucpie (żeby nie powtarzać słowa "groove"), które były przy płastszym brzmieniu (szczególnie na "Skygods") nieco zaniedbywane a w efekcie finalnym słabiej lały po pysku. Teraz mamy to wszystko na wyraźnej piździe dojechane i jest to strzał w tą przysłowiową dziesionę - warto przed seansem z "Seaweed" dać posłuch starszym dokonaniom ekipy i samemu ocenić skok jakościowy - to jak postawienie "Black Masses" przy "Come My Fanatics", chociaż akurat w przypadku Czarodzieja, to jednak wolę lata '90. Obrazowo - dla dzieci - mogę jeszcze zaryzykować stwierdzenie "doomowy Kvelertak", bo czemu nie? Dla Demonic Death Judge nowe brzmienie to nowa jakość.

Czemuż tak? Bo rewelacyjnie dopełnia brawurowe, ciężkie jak poranny kasztan kawałki stojące na zdecydowanym przedzie kompozycyjnych dokonań tych skandynawskich narkomanów. Co ważne, każdy hit w jakiś sposób się wyróżnia i po 3-4 przesłuchach albumu poznawałem większość po pierwszych dźwiękach, a teraz, po tych kilkunastu odsłuchach, to nawet mam swoje ulubione. Jednym z nich jest utwór tytułowy o bardzo charakternym riffie, świetnym refrenie i ze znakomicie płynnym tranzytem od wolnego jam'u do zwierzęcego przykurwu. Takie finezyjne, a jednocześnie miażdżace piszczele zabiegi to zresztą domena większości kawałków z "Seaweed" (słuchaj, np. "Saturnday" czy "Peninkulma") - przy czym wspomniany track to jeden z wolniejszych i spokojniejszych reprezentantów tej płytki. A mamy tu też zajedobre rockowe petardy - takie "Heavy Chase" albo "Backwoods" (ten drugi z wyborną, blues-rockową solówką) spokojnie można puścić na grillu albo potańcówce w remizie - gawiedź natychmiast zacznie spontanicznie i ekspansywnie imprezować. Na płycie znalazły się też - z dedykacją dla wielbicieli używek - dwa utwory instrumentalne ("Cavity" i "Peninkulma", chociaż pod koniec tego drugiego, zamykającego płytę tracka, wokalista zaczyna cośtam popierdziwać) - za co również biję brawo, bo wokal pana Heinonena potrafi w większych ilościach poważnie zmiękczyć mózg. "Pure Cold" to bardzo jadowite żelastwo, tutejszy bas jest jak ten tucznik bawół garczkiem cynowym przykryty. Najcięższy na "Seaweed" kawałek, a jednocześnie  promujący wydawnictwo w internetach - "Taxbear" - to też potężne, mocno doomowe gówno niepozbawione rekomendacji podwodno-narkotycznych (szczególnie pod koniec), tudzież fantastycznie otwiera płytę. Do niego też nakręcono ciekawe, tak bardzo fińskie jak to tylko możliwe wideo do zobaczenia pod tym akapitem. Ogólnie ostatnia rzecz na jaką warto narzekać przy okazji odsłuchu nowego DDJ to różnorodność i brak pomysłów. Bo tych jest od chuja.

Generalnie, wytrzyj mną krocze i nazywaj śledzikiem, ale "Seaweed" to do tej pory najlepsza tegoroczna płyta na jakiej zawiesiłem parę uszu. Dzięki zmianom brzmieniowym i dopicowaniu warstwy kompozycyjnej DDJ wyostrzyli swój charakter i podkreślili zalety twórczości takiej a nie innej. "Seaweed" to album do wielokrotnego odsłuchu, zaskakujący cieżarem i zróżnicowaniem (oczywiście - w ramach przyzwoitości i dobrego smaku) i taką podskórną, ale silnie zaakcentowaną bezpretensjonalnością. Na podróże małe i duże, polecam jak świeżo smażoną rybkę znad polskiego morza!

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)