Loading

Nowy szajs muzyczny

Dodecahedron - "Kwintessens" (2017)

Nekro      11 kwietnia 2017      Recenzje, Muzyka

Dodecahedron pamiętam już dokładnie sprzed pół dekady (tak, wtedy już istniał internet), kiedy właśnie wydawali swój self-titled'owy debiut. Uderzył mnie i zbił z pantałyku techniczną obsesją, połamańcami a'la DsO, brzmieniem środkowych mindfucków BaN i szaleństwem ukrytym w partyturach. Kiedym wpadł niedawno na "Kwintessens" - po 5 latach rozłąki z Holendrami - pomyślałem, że chętnie nadrobię zaległości i zaznajomię się z całą resztą ich dorobku zanim zajmę się świeżynką - naturalnym wydało mi się, że w 5 lat cośtam na świat wydali, co uciec mogło mej uwadze. I teraz bym kurwa nie miał ręki.

Bo "Kwintessens" (a.k.a. "Through Bodies Measureless to Man") to w istocie dopiero drugie spotkanie Dodecahedron z rynkiem wydawniczym. Fakt to dość zastanawiający - debiut przyjął się z powodzeniem, a i poboczne projekty czlonków zespołu nie są przesadnie płodne w nowe materiały. Ale jeśli takie ilości zostały złożone w ofierze na ołtarzu czasu po to, by drugi album Holendrów prezentował na tyle wysoki poziom, jakim pieści teraz moje uszy - to są przede mną - proszę ja Ciebie - rozgrzeszeni.

Mógłbym teraz pokrótce opisać ich pierwszy album, ale nie będę mijał się z celem - generalnie jest całkiem zajebisty, ale przy "Kwintessens" brzmi jak dwunastolatek w kurtce po starszym bracie próbujący opierdolić Cię z telefonu i portfela - mnóstwo pomysłów, jakie zakiełkowały na poprzedniku doczekało się swoich w pełni dojrzałych owoców właśnie tutej, na nowym. Niedomówieniem byłoby jednak - i to takim katastrofalnym w skutkach, jak, np. wytatuowanie sobie na czole chińskiego napisu znaczącego "me ciało należy do ciebie" - uznanie nowego materiału jako "twórczego rozwinięcia debiutu", bo jest czymś zdecydowanie więcej. Wybaczcie ignorancję muzyczną, ale to tak, jakby rzec, że "Ride the Lightning" to twórcze rozwinięcie debiutu. Tak w sumie, to zawsze można powiedzieć, że druga płyta to jakieś rozwinięcie debiutu (hehe, powiedzcie to Darkthrone), więc chuj w to, nie drążmy. Wracając - echo burzy w szklance w wody (bo tak zapamiętalem jedynkę) pobrzmiewa wyraźnie przez większą część "Kwintessens" ale mamy tu całą masę ciekawych, nieobecnych tam, lub niedostatecznie wykorzystanych rzeczy, które burzę tą dekorują i rozpętują do nieznanych wcześniej rozmiarów.

Dodecahedron w 2017 roku nabrał przede wszystkim eklektyzmu. I nie mówimy tu o szczypcie czy łyżce owego, ale o szufli od śniegu albo wiadrze na gruz, z którego korzystają budowlańcy. Niderlandy podjęli ryzyko użycia patentów w swojej niszy dość popularnych, zważywszy na to, jakie nieczytelne loga tutaj słychać. Przy podobnych zabiegach, wydaje się, że należy ze swoją twórczością postępować jak z jajkiem - jesli zapomnisz się w tym i przesadzisz z czerpaniem inspiracji, Twoją muzykę będzie można opisać listą innych kapel, a to byłaby chyba konkretna potwarz ze strony odbiorcy i jawna kpina ze strony zespołu. Są na "Kwintessens" fragmenty, gdzie taki zabieg mógłbym zastosować - czasem dźwięki wydobywajace się ze słuchawek łapią wręcz za mózgowie i krzyczą na mnie w stylu "Deathspell Omega!!!", "Secrets of the Moon kurwa!", a także słowa obsceniczne, a quasi-ambientowe preludia to jawne rżnięcie z - co prawda wybornych, ale kurwa starych już jak świat, należących do The Axis of Perdition doskonałości (oprócz środkowego - to brzmi do połowy jak jebany "Sunbather" hoho!). Takież to, dość charakterystyczne i prostolinijne przyznać trzeba, fragmenty pewno i sam zauważysz, ale jeśli o mnie chodzi, bodziły me nery tylko przy pierwszych przesłuchach albumu - po krótkim czasie zapadły się one w długich, z pietyzmem zaaranżowanych, zdecydowanie progresywnych kawałkach. Zróżnicowanie kompozyjci jest doprawdy warte poklasku i jest tym, co trzyma mnie na dłużej przy "Kwintessens" - nawet w spektrum jednego tracka dzieje się tyle, że w jego połowie zapomnieć można co się u licha wyprawiało na początku (np. "Octahedron - Harbringer" - co za rzeczy niestworzone tam się odawangardowują, to jest miód na moje uszy), etc. Zniekształcone, drapieżne riffowanie może dość niezauważalnie wyewoluować w treści dość, hm, "blackgaze'owe" w swej naturze (nienawidzę tego określenia, ale jest dość obrazowe) by zaraz przypierdolić klasycznym piekłem typu Nightbringer albo co. Mamy tu nawet coś, co od razu przypomnialo mi o... Bolzer ("An Ill-Defined Air of Otherness"), ale nacechowane własnym, mniej awangardowym, acz zdecydowanie autorskim brzmieniem. Aurę albumu podkręca bardzo sympatyczne użycie ozdabiaczy - jakieś echa, szepty, melorecytacje, zimne sampelki - bardzo dobry krok zdecydowanie zwiększający immersję przy obcowaniu z tą muzyką, ja to kupuję razem z włoszczyzną w zieleniaku.

Z powyższego - zdaję sobie sprawę, że chaotycznego w pip (jak granie Dodecahedron, hehe, no co?) - wywodu wynika, że rzeczony eklektyzm można przyjmować - jako odbiorca - w dwójnasób. Czy pozytywnie, czy nie - zależy od słuchacza. Albo możesz bawić się w Hirka Wronę i skojarzać każdą jedną nutę z innym wykonawcą, który użył jej już wcześniej (a jak już skończysz, to weź na tapetę swoje ulubione albumy i zrób z nimi to samo), albo docenić kunszt z jakim zespół te wpływy poukładał i użył konkretnie pod swoją twórczość - urozmaicając ją i dekorując (zauważ, że prawie wszystkie wspomniane tu inne bandy to ekipy - w najgorszym przypadku - bardzo solidne). "Kwintessens" to nie jest najlepszy metal dekady ni roku, ale pokazuje, jak "awangardowy" black z całą jego skostniałością (bo, oprócz Bolzera i Diapsiquir nie wiem, kto dziś gra nowe rzeczy w tym nurcie, DHG?) może w swojej - nomen omen - klasycznej wersji (dyć "klasyczna awangarda" brzmi jak "sucha woda") zabrzmieć w nowym roku. Bez rewolucji, ale z konsekwencją, pomysłem i haratajacym pazurem - ostatni DsO pokazał dokładnie te same przymioty, więc nie ma co psuć sobie nerwów i się na siłę dopierdalać. Lepiej posłuchać.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(1)

2017-04-22 16:10:18

Tu to taka rzekłbym arystokrancja mocium Panie, a Horns and Hooves słyszałeś? Mają epkie Morbid Lust którą zapragnąlem posiąść na sam widok okładki, a chwilę później wyszło na jaw że i muzyka przednia. Jebiący po mordzie starodawny Black metal, dodatkowo tak znakomicie skomponowany, że chce się tego słuchać bez końca. Oczywiście można się obrażać na pewne gatunkowe klisze lub trafiajace się tu i ówdzie jawne podobieństwa do Panzerfaust, ale pamiętajmy, że tamtą płytę także wypelniała  muza której Darkthrone samodzielnie  nie wynalazł.  W obu przypadkach wszystkie kredyty wędrują do pewnych szwajcarów a mi w to graj.