Loading

Nowy szajs muzyczny

Electric Wizard - "Wizard Bloody Wizard" (2017)

Nekro      04 grudnia 2017      Recenzje, Muzyka

Riki-tiki narkotyki, torbe-borbe, a morele baks. Mamy nowego czarodzieja, cieszymy się, dzieci, tańczmy, obnażajmy bezczelnie swe żółtawe zęby w ekstatycznym uśmiechu! Czyś ktoś spodziewałś się w tym przypadku niewypału? Chyba tylko Twoja Stara, a i tak by się myliła, głupia baba. Nowy Wizard, nowy Czarodziej nam przyszedł - będzie wojna, przed wojną też był...

Od pierwszych ułamków sekundy pierwszorzędnego otwieracza "See You In Hell" moje synapsy uwiły sobie uber-wygodną barć w fantastycznej krainie wyczarowanej w wyobraźni dzięki urokom Wizarda. I nawet, jeśli na tej objuczonej kontrastem czerni i jaskrawych kolorów, galaktycznej drodze nie każdy odcinek sprostał tym pierwszym kilku minutom, to ostre wsysanie narządami słuchu żadnego z nastu już metraży płyty, których byłem bezczelnym prowodyrem, nie uważam za czas w minimalnym choć stopniu zmarnotrawiony. Ale po kolei.

Nastąpiło to nagle, ale nie na tyle, żebym się nie zorientował. Weszło szybko, a zamczysko nurzało się w barwach czerni i fioletu, z najciemniejszych kątow patrzyły się na mnie demoniczne ślipia, jak te mojego Burka, świętej pamięci...

- Stanisław, lat 78, po iniekcji nowego EW

"Wizard Bloody Wizard" to, w oczywisty sposób odwołujący się do klasyków ciężkiego rokenrola, już dziewiąty długi metraż w stajni Brytyjczyków wydany trochę ponad trzy lata po - wciąż fenomenalnym - ale (zdaniem autora) zrywającym nieco z majstersztyctwem poprzedników, "Time to Die". Nowy album dzieli ze swoimi starszymi, utytułowanymi braćmi ten dość niepowtarzalny, electricwizardowski sznyt, który w dużej mierze stanowił o niesamowitym zajebiźmie jakościowym zeszłych wydawnictw zespołu - tak jak jego uwielbienie do lat dawno minionych, afekt ku klasycznym horrorom sprzed pół wieku, okultyzmu i substancji powszechnie uważanych (acz niesłusznie!) za uzależniające. Nie sądzę, żeby ktoś spodziewał się zerwania z "firmowością" brzmienia i kompozycji Czarodzieja, ale musiałem to - dla porządku - podkreślić z samego przodu. A teraz pogadajmy o tym, czym się ów Krwawy Guślarz w tych wszystkich materiach od braciszków różni.

Ciężko ukryć za pomocą samych łokci i kolan, że na przestrzeni lat muzyka płynąca spod strun wyspiarzy lżała, jak ten przysłowiowy woltaż w odkręconej flaszce. Czasy, kiedy chłopaki kruszyli mury jerycha za pomocą swych wioseł, a od barbarzyńskiego przesteru, w mgnieniu oka, z hukiem zapadała się spracowana odbytnica są dziś już dość odległe, co jest wynikiem bardzo świadomej, regularnie aplikowanej ewolucji (mniemam, że świadomej, bo jednak nagrywali wciąż zajebiste albumy). Dziś, jak na dojrzałych wyznawców kultu Lucyfera przystało, rogacze Albionu w swej dźwiękowej, dusznej ścieżce alchemii stawiają na reakcje z innej półki niźli za swoich lat pacholęcych. Na najnowszym albumie dostajemy klasyczny, retro doom rock lat '60, z całym dobrodziejstwem smakowitości jakie się z tym wiążą. A unifikują się z owym procederem takie dobroci, jak: kwaśne melodie, rozmyte jak porządny, kolorowy karton pod powieką wokale, prosty, ale niesamowicie efektywny riffing i transowe, hipnotyzujące od progu rytmy. I pokoje umysłu zadżumione gęstym jak flegma dymem.

Ostatnio, kiedy tak latałam pod sufitem, to jak Wiesiek poszedł na grzyby tu do borku i naniósł ni to maślaków, ni opieńków... Ale w smaku były dobre!

- Janczysława, lat 90, po wciągnieciu nowego EW

Bukiem a prawdą, wspomniana ścieżka nie jest tą, jaką bym sobie dla Wizarda koniecznie życzył, i przyjmował ją bez mrugnięcia okiem - już na zawsze największym jego dokonaniem pozostanie dla mnie "Come, My Fanatics", jeden z najzajebistszych materiałów, jaki przytrafił się scenie rockowej evah, ale nie zdobyłem się też na skreślenie obecnego wcielenia zespołu ad hoc. Wcielenia w które, zresztą, przepoczwarza się od wielu już lat, z tym, że to  tutej (a przynajmniej mam taką nadzieję) jest już raczej najlżejszym z tych, które byłbym w stanie zaakceptować (i dodatkowo dobrze się przy nim bawić) w przypadku tego nadzwyczajnego projektu. Nie będę pierdolił głupot (bardzo łatwych do zweryfikowania, bo za pomocą ucha), że Czaruś nie gra już metalu, bo to bzdura, ale bliżej mu zdecydowanie do Uncle Acid niż starego Cathedral.

Bo mogę se żwawo kręcić nosem, jak ten w dupkę jebany dziad borowy, ale "Wizard Bloody Wizard" to wciąż, jak się spodziewałem, kawał zajebistego narkometalu na starą modłę. Razem ze stopniowymi zmianami formy i konwencji poszczególnych elementów brzmienia i kompozycji, EW zachował swój nieprzeciętny, osobliwy feeling z którym za rękę mogę wchodzić na najwyższe szczyty (i konie kraść!). Świeży wolumin jest ciężki na tyle, by ucieszyć twardogłowego skurwisyna rozkochanego w nieprzystępnych rejonach dźwiękowych gwałtów na etyce i godności ludzkiej, ale też na tyle przebojowy, by wprowadzić do głowy takiego barbarzyńcy nieco melodii, prostoty i bezpretensjalności, które to elementy są nieodłącznymi towarzyszami podróży podczas wojaży z najnowszym albumem Brytoli. Jak każde wydawnictwo ekipy, także i to jest dosyć prostolinijne - podczas wspólnego łazikowania nie grożą nam ani zbytnie przyspieszenia wystrzeliwujące samoczynnie adrenalinę z nadnerczy, ani przegadane zamuły i rozpaczliwe doduszanie do dechy hamulców w obawie przed przekroczeniem jakichś nieistniejących punktów krytycznych. Album przez cały (krótki, jak już wspominałem w zapowiedzi) metraż jedzie swoim własnym, ustalonym razem z otwieraczem tempem, i ani myśli wychylić się w jedną ani w drugą stronę. To, co z reguły jest wadą, u Electric Wizard, co wie każdy w jakiś sposób zaznajomiony z twórczością Osbourna i przyjaciół, zawsze było głównym czynnikiem, który przyciągał do tych dostojnie sunących, przesiąkniętych dymem i kwasem suit oddających bezapelacyjny hołd klasycznym manierom vintage.

Na tak grube bibska renty nie szczędzę...

- Edmund, lat 73, po aplikacji nowego EW

Dzikich konfabulacji odpierdalał nie będę, bom porządny chłop, więc przyznam gdzieś na marginesie, że pewne rzeczy nie są tu też do końca takie, jakbym sobie życzył. I już abstrahując od tych lżeń brzmienia i rozluźnień pośladów, bo i ja już uchwyt na genitaliach mam nie ten co ongiś, to Electric Wizard na swoim "krwawym" materiale nie ustrzegł się także lekkich zjebek. Najpierwszą i niemal jedyną (a na pewno najważniejszą), jest wspomniane gdzieś zacietrzewienie się w komponowaniu, co przejawia się w dość wytartych schematach, długominutowym, wykluwającym nudę riffingu i dość chamskim, spontanicznym zebraniu ciar z pleców po pewnym czasie odsłuchu. Obiecałem sobie surowo przed wzięciem się za ten tekst, że nie będę wymieniał w nim poszczególnych utworów z imienia (co zdarzało mi się ostatnio często, a czego sam nie lubię), więc powiem tak: pierwsza połowa płyty to jest jej kwintesencja i najlepsza częśc (ale i nie w całości!), no, może z interesującą trzyminutową miniaturką z dalszego metrażu, a druga... no cóż, dobrze, że jest, ale nie miałbym nic przeciwko, żeby część traków z pierwszej miała dwukrotnie okazalsze gabaryty. Jako się rzekło, to najkrótsza płyta w karierze junajtedkingdomów, co owocować mogło dwoma podejściami do komponowania - albo robimy 4 duże, długie, hipnotyzujące, starożytne behemoty, albo zbieramy najlepsze pomysły i na podstawie każdego z nich budujemy oddzielny utwór. Jus wybrał drugie podejście i jest jak jest, bo zatrzęsienia tych idei chyba nie było, ale, żeby kto się przypadkiem nie uprzedził - i w drugiej połowie mamy dużo, wybitnie wizardowskich momentów, więc nie wyobrażam sobie nie rżnąć tego albumu w całości (co jest naturalne jak szalik w zimie - nawet mimo niedogodności), bo to tak, jak zjeść zajebistą kanapkę od kobity do połowy - na początku jest najsmaczniejsza, ale w połowie znasz już smaki i nie nazwałbyś jej wyjątkową, ale i tak jest dobra i tak ją wpierdalasz. No, przedstawiłem to na tyle obrazowo, na ile mnie w tym momencie stać, mam nadzieję, że pomogłem.

Generalnie zajebistość tego materiału jest bezapelacyjna, ale na tyle specyficzna, że ryzy krótszego czasu trwania działają jak najbardziej na jego korzyść. Dzięki oszczędniejszej formie mielizny kompozycyjne upchane tu i ówdzie nie wrzucają chamsko kamyczków do buta, z drugiej strony ciekawsze fragmenty sprawiają, że chce się do tej płyty wracać. "Wizard Bloody Wizard" to na pewno nie szczyt obecnych możliwości zespołu (a przynajmniej taką mam nadzieję), ale to miło sunący i bujający metal obtoczony skrajnie old-skullowymi warstwami, których po prostu przyjemnie się słucha. No i po kilkunastu odsłuchach wciąż mam na niego chęć, a to mówi samo za siebie.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(1)

2018-01-06 23:12:34

Fajnie wchodzi w krew ten album, szczególnie gdy została uprzednio rozrzedzona, poza tym nie wiem czy to zwid ( bo krew już  ZA rzadka) czy rzeczywiście pewien riff w Hear ten Sirens brzmi dokładnie tak  samo jak pewien riff w Dopesmokerze? Ale fajnie..a może  piękna Liz i brzydki Jus gotują, piorą i się pier...czasem przy Sleep? to wcale nie takie niemożliwe ha haha. Dobra płyta.