Loading

Nowy szajs muzyczny

Ensnared, "Dysangelium" (2017)

Nekro      26 lipca 2017      Recenzje, Muzyka

Nowy album Ensnared, to płyta, nad którą na facebooku bardzo wiele osób ostatnio wali gruchy, więc położenie na niej łap uważam za dość odważny krok, o którym nieraz, z tą przyslowiową łzą w oku, będę bajał wnukom. Ten precedens (bo wcześniej o chopokach nie słyszałem) nabiera jeszcze więcej rumieńców, kiedy okazuje się, że faktycznie - "Dysangelium" to kawał zajebistego, miażdżącego twarz młotem plus piętnaście do obrażeń obszarowych, ekstremalnego produktu.

Zaryzykujmy, może najpierw krótka notka biograficzna, tak gwoli wstępu. Ensnared to szwedzki ansambl death metalowy egzystujący od 2005 roku, przez pierwsze pięć lat  rejestrujący dźwięki jako Gravehammer. Po tym czasie cośtam się chłopaki ze sobą pocięli, jak te przysłowiowe primadonny i częśc z nich przechrzciło swoj projekt właśnie na Ensnared. Nazwa wzięła się od drugiego dema (czy też EP) Gravehammer, czyli "Ensnared in Dismal Blasphemies" z 2010. Do dziś zespół pod najświeższym szyldem uraczył rynek demem o eponimicznym tytule, EPką "Ravenous Damnation's Day" z 2013 i właśnie ostatnio wypuściło w uszy kucbrudasów swój debiutancki longplej "Dysangelium", którym szczelnie zamknęli mordy bardzo wielu z metra ciętym kapelkom.

Bo jest to, kamracie, materiał dobry, materiał zaiste warty odsłonięcia i uwagi, i taki, który silnie manifestuje się na tle tegorocznej sceny def metalowej - nawet nie bacząc na to, że ten nasz obecny, siedemnasty rok trzeciego tysiąclecia zdecydowanie należy do genialnych, czasem wręcz odkrywczych, a z reguły bardzo zajmujących defowych dokonań tak tych klasycznych, jak i całkiem nowych, smakowitych składów. Mimo przepotężnej konkurencji wśród debiutantów nowej daty (Venenum, Phrenelith, Suffering Hour, by wymienić trzy pierwsze z brzegu nowe monstra), to Ensnared ze swoją pierwszą makabrą jest z nich pewnikiem najbardziej wyraziste i trwające w pamięci, co jeszcze bardziej dziwi i przyprawia głowę o kołowaciznę, kiedy człowiek uświadomi se we łbie, że nie uświadcza na tej płycie ani zbytnio zaawansowanych, progresywnych eksperymentów, ani nie używa się skrzypiec i fletni pana, żeby wprowadzić go w konfuzję i nieprzytomny grymas na mordzie, ani nie maluje psychodelicznych pejzaży za pomocą grubej kobiety za kasiokibordem, co z reguły maskuje tylko niedostatki i miernotę kompozycyjną.

Mniemam nieśmiale, że trikiem, w jakim do perfekcji skład Ensnared stał się biegły, jest atrakcyjne i bardzo sprytne użycie spuścizny skandynawskiego metalu i zaadoptowanie jej do obecnego periodu - użycie serii klasycznych riffów, które pożytkowały ku swojej korzyści już takie starocie jak Carnage, jakie to wchodzą tu w angaż na pełną skalę z nowocześniejszymi defowymi trendami, żarzącymi się obecnie największym blaskiem na scenowym olimpie - takich jak rwane, nurzane w oceanicznych głębinach partie wioseł, zróżnicowany, jak lubię go określać "poszukujący" growling czy długie, intrumentalne pasaże budujące klimat. Jak mówiłem, proceder ten wykonują panowie z głową i sprytem, dzięki czemu żaden z fragmentów "Dysangelium" nie narzuca się słuchaczowi i nie każe mu szukać w głowie odniesień do staroci, przy których pierwszy raz rozpijał Leśny Dzban - album, mimo oczywistej eksploatacji i asymilacji klasyków, odbierałem przez cały jego metraż jako autorskie, przesycone własnym charakterem dzieło tych szwedzkich złamasów i to ich talent i umiejętności, a nie jakichś bezzębnych już rutyniarzy, adorowałem... i wciąż to z zaciśniętymi wargami robię. Podobna praktyka korelacji lat minionych i obecnych wykorzystana jest też w warstwie produkcyjnej "Dysangelium" - punkowy brud ustępuje częstokrotnie miejsca przestrzennym, rozciągniętym robinsonadom, występującym najczęściej w unikalnych (relatywnie do całej reszty sceny - nie tylko szwedzkiej) dla Ensnared introdukcjach między kompozycjami, tworzących miejsce dla dusznych utworów właściwych i budujących przepotężną, generalną atmosferę materiału. Bardziej powłóczyste fragmenty są odpowiednio podkreślone lżejszym miksem, a bezlitosne ofensywy riffów to zdecydowanie jedne z najcięższych i najlepiej brzmiących deathgazmów tego roku.

Napisałem wyżej, że "mniemam", bo, odsuwając powyższe, szukające racjonalizmu własnego zachowania dywagacje, jeśli tak się bardziej zastanowić i nie filozofować na siłę, to "Dysangelium" wypełniony jest po prostu zajebiście skomponowanym materiałem, i to jest główny czynnik decydujący o tym, że ten album jest dobry, a nie zły i po prostu trzeba go przesłuchać - ten pietyzm, to wyczucie z jakim grają ogromne, uznane nazwy z naręczem longplejów w portfolio, wiedzące czym przyciągnąć słuchacza, tą dobroć i po prostu dbałość o jakość własnej twórczości (za którą płacą toć - metaforycznie, ale zawsze - głową) uchwycili na swoim DEBIUTANCKIM materiale ci - mało przecież doświadczeni - Szwedzi. Wiem, jak to brzmi - mnie też na usta ciśnie się nerwowy uśmieszek, kiedy czytam w recenzji, że "ten album jest zajebisty, bo jest zajebisty", ale nic nie poradzę. Racjonalne podejście macie w akapicie powyżej, ale ja w tym momencie (i raczej niewiele się w tej kwestii zmieni) zdecydowanie wybieram to bardziej emocjonalne wyobrażenie twórczości Ensnared, wypływające z serca i nadnerczy, jak ejakulacja adrenaliny - o smakowitości kawałków, mięsistości brzmienia, potędze riffów i czarnej, wybitnie złej atmosferze. To jest doprawdy jeden z tych niewielu albumów, do którego taki napędzany nieznanym, niezdrowym podnieceniem afekt pasuje jak dwa do dwóch. Wikingi po prostu dbają o słuchacza swoją niebywałą precyzją i sumiennością w dostarczaniu coraz to zajebistszych dźwięków, a za to należy im się dozgonny szacunek i eternalny podziw.

Więc odrzuć, chamie, swą marną percepcję i wsłuchaj się w prawdziwą, muzyczną dobroć, w rzecz, która jest wynikową pasji i talentu w równym stopniu, co w wyliczeniu temp i chwytach na minutę. Przyciągającą swoją nietypową strukturą, kompletnie nietradycyjnym podejściem do bardzo tradycyjnych dźwięków i inspiracji, intrygującą niepozornością, ale już po chwili niszczącą serią wybornych, pieczołowicie skomponowanych utworów podkreślonych dynamicznym, zarysowującym odpowiednio właściwe fragmenty soundem. Wymieniać można dalej, ale nie warto, bo tego, który debiut Ensnared musi usłyszeć, już raczej zachęciłem. Top roczny murowany.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)