Loading

Świeżo z kinoteatru

Get Out (2017)

Nekro      23 maja 2017      Recenzje, Film

Raz na pewien czas, któryś z - masowo produkowanych - amerykańskich horrorów obdarowywany zostaje bardzo potężną atencją mediów. Czasami jest to po prostu wynik przeznaczenia grubego szmelcu na kampanię reklamową, a zdarzają się niekiedy przypadki, że podobny stan rzeczy ma miejsce za sprawą ektraordynaryjności danej produkcji. Dzisiaj rzecz tyczy się z reguły sequeli marek, których oryginały dobrze się sprzedały - "The Conjuring", "Insidious", "Ouija" , itp. Z tym, że jakość pierwszych kontynuacji wspomnianych franczyzn była taka, że żeby o kant dupy potłuc, to trzeba być dobrym. Natomiast w przypadku omawianego "Get Out" sytuacja, w której spuszcza się nad nim pół internetu, spowodowana jest, wydaje się, raczej tym drugim z wymienionych wyżej czynników. Prawda li to, czy kpina? Sprawdźmy.

Trzeba uczciwie przyznać, że w dziedzinie filmu grozy 2017 rok to całkiem rok owocny. Już na teraz obejrzałem tyle fajnych filmideł tego nurtu, co chyba przez cały zeszły rok. I chodzi tu tak o monster movies, straszaki psychologiczne, te o duchach czy demonach i - moje ulubione - sundance'owe terror-thrillery o pojebanych ludziach (sprawdźcie "The Eyes of my Mother" - wirulentnie wyborowy). "Get Out", czyli - jak każe interpetować polski dystrybutor - "Uciekaj", podpiąłbym raczej do tego drugiego podgatunku - żadne kakuny tu na Ciebie nie wyskoczą, a groza budzona jest raczej poprzez obcowanie z ciemną stroną księżyca. Czyli mózgu. IMDB ma bardzo fajną łatkę na podobne produkcje - "mystery". Z drugiej strony, "Uciekaj" ma dość zamkniętą strukturę, więc wśród tego gatunkowego misz-maszu mamy fragmenty wybitnie thrillerowe, slasherowe, ale też, np. dramatyczne czy komediowe. Takie eklektyczne, genrowe poplątanie nie zakłócało mi jednak seansu ani przez minutę.

Obraz skupia sie na postaci Chrisa Washingtona, który po kilku miesiącach znajomości z nową lalą rusza z nią w jej rodzinne strony by poznać swych przyszłych-niedoszłych teściów (jak niegdyś pewien Gej Fajfus). Niby standardzik, ale clue tej sytuacji jest takie, że Chris jest czarny, a Rose biała, co w kontekście starych mieszkających na stricte "białych" przedmieściach ma elementarne znaczenie. Po przyjeździe do miejsca destynacji pozornie wszystko jest w porząku - teściowie Chrisa wydają się sympatycznymi i liberalnymi ludźmi raz po raz deklarującymi przychylność dla afroamerykanów. Sytuacja zaczyna się plątać, kiedy Chris poznaje czarną służbę rodziców swojej wybranki, zachowującą się w podejrzany, ciężki do racjonalnego wyjaśnienia sposób. Kolejną łatkę niepewności przyszywa czarnuch naszego protagonisty wspominający o regularnych zaginięciach "czarnych braci" w okolicach miejsca zamieszkania rodzicieli Rose. Sprawa zaczyna śmierdzieć bardziej z każdą minutą.

Rzeczy śmierdzą jednak w "Get Out" tylko w kwestii wątków fabularnych, bo film zrobiony jest z prawdziwym smakiem. Powoli - tak w stylu retro - budowane napięcie to na pewno rzecz, na jaką zwraca się najpełniejszą - a jednocześnie podświadomą - uwagę podczas seansu. Tła fabularne reżyser ze scenarzystą budują nie do końca przejrzyjście, dlatego pierwsza , dość bezpretensjonalna połowa to raczej stawianie serii pytań o bohaterów i ich motywacje, na które odpowiedzi serwuje filmu część druga. Strategia pisania dość złożonych, skrzętnie zawoalowanych przed uwagą widza detali fabularnych to w dzisiejszych czasach nie nowość, ale zwróćmy uwagę o filmie jakiego gatunku mówimy. Horror amerykański zmienił się dziś w gadające kakuny i kolesi z maczetami w jakich to kontekstach nie ma miejsca na żadnego rodzaju wyuzdanie fabularne (chyba, że chodzi o jakieś wymyślne sposoby sieczenia protagonistów, o, wtedy to inwencja się znajduje). Dlatego, jeśli można mi zaryzykować podobne stwierdzenie, "Uciekaj" jest na swój sposób filmem wyjątkowym i bardzo mile zaskakującym.

Co do samej grozy, to - jak już wyżej napisałem - jest to groza w dużej mierze psychologiczna. Nie zdradzając dość kluczowych szczegółów fabularnych można rzec, że film traktuje o, hm, przemocy psychicznej. O tym, że ubezwłasnowolnienie, pozbawienie człowieka woli i wolności może być równie przerażające (a wręcz dużo bardziej), co mokre dziecko wychodzące z telewizora. Jest to generalnie mało subtelne odniesienie do amerykańskiej historii, ale o tym za chwilę. Dzięki temu i ja, jako widz bardziej bałem się w myślach i podświadomości, niż w członkach, w środku głowy potrafił rozdymać się pewien guz niepewności i braku zaufania w siłę własnego ego. Uczucia tego typu znakomicie podbudowała świetna muzyka, niezłe aktorstwo i wspomniane już, wolne tempo zawiązania akcji.

Nie ma tu, na szczęście, tak częstej w "nowym" amerykańskim kinie sytuacji, kiedy głupota głównego bohatera przytłacza, a jego losy stopniowo nam obojętnieją - w takim stopniu, że życzymy zbirom powodzenia. Ekipa odniosła się tu do tematu przewodniego jak i do odbiorcy z należną powagą i ze smakiem, dzięki czemu można bez problemu utożsamić się z bohaterami i kibicować im w zmaganiach ze "złym" do którego - jak przychodzi co do czego - bardzo szybko można poczuć nienawiść - co też jest niezaprzeczalnym plusem. Wyrachowani, zimni jak piwo z lodówki, chłodno kalkulujący antagoniści zastępujący maniakalnych morderców to bardzo dobry pomysł, nawet pomimo znaczącego spłaszczenia ich charakterystyki w kilkunastu ostatnich minutach filmu. To nieźle kompletuje odwieczny wątek walki dobra ze złem. No właśnie - odwieczny.

Zamiast dobra i zła, możemy mówić tu o bitwie czarnego z białym, i to nienazbyt metaforycznie... Nigdzie to wprost wyłożone nie jest, ale wydźwięk filmu jest mocno rasowy. No bo mamy tu bogatych, rozpasanych, inteligentnych białych, a z drugiej strony uciśnionych, wykorzystywanych, niedocenianych przez tą drugą stronę czarnoskórych szukających wyjścia z patowej sytuacji. Jednak to, co w innym obrazie biłoby w oczy (pierdolę politykę od zawsze), tutaj tak naprawdę (mimo, że jest całym clue opowieści) jest dodatkiem "w domyśle" i moją uwagę skupiało to tylko na początku. Od razu przyszła mi pierwsza "Noc Żywych Trupów" Romero gdzie wątek rasowy był w równym stopniu elementarny, ale także nie zaburzał ogólnego odbioru serwowanych zajebistości. Mimo oczywistej oczywistosci wojny yin i yang, może warto na te niuanse przymknąć oko (wiem, nie taki był pewnie zamysł twórców, ale cóż z tego) i rozkoszować sie samą fabułą i akcją.

Naprawdę nie wiem, czy warto czekać na sequel (jeśli taki się nie pojawi, będzie to - jak na udane, amerykańskie produkcje horrorowe - sytuacja niemal bezprecedensowa), ale nie sądzę, by "Get Out" wyczerpało swój temat w całości. Szczególnie, że podchodzi do niego subtelnie, bez chamstwa, głupoty i niepotrzebnych wizualnych akrobacji. Bardzo dobry kunszt twórców i całkiem oryginalna tematyka mnie kupiła od razu - nie dajcie odstraszyć się ani przeciągłym, zdawałoby się, że nieistotnym scenom, ani przepolitykowanym przesłaniem. "Uciekaj" to bardzo odświeżajaca i zaskakująca jakością propozycja kina horrorowatego, zdecydowanie stająca w szranki o miano najlepszego straszaka tego roku.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)