Loading

Nowy szajs muzyczny

Harvest Gulgaltha – "Altars of Devotion" (2017)

Nekro      05 kwietnia 2017      Recenzje, Muzyka

Ekstrema wymknęła się już totalnie spod kontroli. To, co otagowano jako black metal może brzmieć jak praska orkiestra symfoniczna ze zrzucaną ze schodów kuchnią polową na wokalu, a techniczny thrash jak nekrosadystyczna, radykalna masturbacja trójpalczastego kosmity pierdolniętego z wigorem pod koła konwoju tirów. Idąc tą mańką, death dzisiaj może rozbrzmiewać jakbyś gotował się w smole w ostatnim kręgu piekieł, a sułtański ifryt nakłuwał Ci dupsko widłami i pilnował, czy się równo dupsko rumieni. Mało subtelne, ale przyjemne to w cyc!

A przynajmniej takiego typu przyjemne obrazki mam w głowie atakowany tym tu, dość anonimowym ścierwem o terrorystycznie srogim imieniu Harvest Gulgaltha.

Gdym pierwszy raz wpadł na tą płytę, a było to przy okazji ekskluzywnego (łał) streamu całego albumu bodajże przez Decibel, poczułem się, jakbym dostał przez łeb. Jakby Seba i Adi spod klatki podnieśli mnie za bety i zasponsorowali sążnisty wpierdol i ubytek w uzębieniu. Jakbym dostał strzał w mosznę od Cock Knockera z Jaya i Cichego Boba. Jakbym na nowo przekroczył Rubikon rozpierdolu, tak często przecież w przeszłości przekraczany i - wydawaloby się - tak dobrze poznany. Ta płyta to Willma dla Freda wracającego w stanie napierdolonym z kamieniołomów o czwartej rano. Krótko mówiąc - daje do wiwatu. Za ostatnim razem, kiedy moją głową miotały tak katastrofalne tornada atomowego rozkurwu, obcowałem z piekielnym "Death" imć Teitanblood i niech to będzie finalna rekomendacja. A teraz sprawdźmy, co to wszystko do kurwy nędzy konkretnie znaczy.

Zgadnijcie skąd wziął się przydomek Cock Knockera...

Świszczą wszyndzie, że zespół zajmuje się - popularnym po równo na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat - death/blackiem. Z uwagi na to, że określenie to będzie tu padało często, skróćmy ten średnio-wygodny termin do sympatycznego "blaeth" (bo "deack" brzmi nawet durniej). No więc - Harvest Gulgaltha zajmuje się graniem blaethu. Nie jest to - akowoż - Twoj standardowy blaeth, do którego z werwą budzisz się do roboty, przy którym przeżywasz uniesienia podczas lektury Słowackiego, czy - wsłuchany w niego - pozdrawiasz innych kierowców w popołudniowym korku, o nie! Nie ryzykując z tworzeniem kolejnych nowych słówek porównawczych, umieściłbym blaeth "Altars of Devotion" gdzieś pomiędzy klasyczną, klimatyczną, infernalną (acz dostojnie epicką) spiralą destrukcji dISEMBOWELMENT, a tymi nowszymi tworami ekplorującymi bardziej zaśniedziałe i ogrzybiałe miejsca na wystawionym na letnią pogodę trupie, takimi jak Impetuous Ritual, Heresiarch czy Antediluvian.

Jak dziecinnie łatwo wydedukować z powyższych porównań, blaeth HG wywodzi się w mniej lub bardziej prostej linii od takich rzeczy, jak Incantation, czy nawet Winter, by w swoim charakterze bardzo na tej swojej nowej płycie w takie klimaciki vintage nurkować. Przede wszystkim, blaeth to masywny, powolny, momentami monumentalny, ale nasiarkowany piekielnictwem po sam dekiel - powinowactwo z "Onwards To Golgotha" słychać od pierwszych nut, co - niczem obcęgi - łapią się zębów i je po kolei brutalistycznie wyrywają. Wicie, gitary robią taką duszną chmurę, co unosi się stale nad głową i pierdzi w nią toksycznym gazem - coś jak ocean z "Solaris" - kotłują się, pieszczą nawzajem w bardzo obsceniczny sposób pilnując, żebyś patrzył i słuchał. Do tego gdzieś tam łupiące bębny zlewające się często w trującą, gorącą magmę (cosik jak na drugim Portal), ale zaostrzające to zdegenrowane kłebowisko nad głową słuchacza. Wokal, jak dla mnie dostatecznie demoniczny, raz uderza w gardło przeciągłym growlem, a raz zawodzi jak jakaś makabryczna spierdolina zdrapana brzytwą z dna piekieł, mniam!

Może komuś przeszkadzać dość amatorska produkcja (tak słucham, to właściwie amatorska w chuj!), ale po krótkim osłuchaniu ja się już nie skarżyłem. Kolejna rzecz, to fakt, że kilka kawałków leci donikąd (np. "Unholy Cipher"), bo grajo grajo i nie wiedzo w którą mańkę przejść, no to grajo dalej, ale może to po prostu czepiactwo? Nie wymagajmy progresji od wiadra pełnego rzygów, tak? Poza tym większość kawałków wynagradza i takie narzekanie - ogarnijcie, co za trumienna impreza odpierdala się, np. w "Blood of Creation" - no czarna śmierć dżuma we własnym smrodzie!

Szlag, jakaś krótka mi wyszła ta recenzja, ale nie ma potrzeby pisać wincyj - Harvest Gulgaltha to nazwa, którą na pewno będę obserwował w przyszłości (bo "Altars of Devotion" to ich debiut - wydany, swoją drogą, przez kalifornijski Nuclear War Now!, który w pewnym momencie przeistoczył się w prawdziwą kopalnię diamentów) - bo dojebali prawdziwie przyjemnym, zabójczym i katapultującym mordę na drzewo smrodem, w którym zatraciłem się od pierwszych chwil stosunku. Do tego arcygalant cover-art i mamy rzecz idealną do polecenia rodzinie w czasie nadchodzących świąt Wielkiej Nocy!

Tylko się nie zesraj!:

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)