Loading

Nowy szajs muzyczny

Immolation - "Atonement" (2017)

Nekro      03 marca 2017      Recenzje, Muzyka

"Immolation" to jedno z tych słów które dobrze się kojarzy - tak pod względem brzmieniowym, bo należy do grupy wyrażeń miłych dla ucha, jak "klajster" , "źdźbło", "degrengolada" czy "kuciapa", jak i skojarzeniowym, bo to jedna z najlepszych, najbardziej zasłużonych ekip amerykańskiego grzmocenia w dekiel. I powiadam - "Atonement" wygrzmocił mnie aż miło...

No, to jak zaczęliśmy od rzeczowego wstępniaka, to posuńmy się bez kozery do tego, co my tutaj mamy urzekającego.

"Atonement" to jubileuszowa, dziesiąta płyta w inwentarzu Nowojorczyków, następczyni dość chłodno przyjętej (nie bez spiritus movens) "Kingdom of Conspiracy" z 2013. Po wydaniu wspomnianej, wielu za pomocą swych niewyparzonych gąb wieszczyło, że Immo się skończyło - straciło ogień i wyczerpało swoje zdolności kreacyjno-kompozytorskie. Teraz te marudzące baby mogą pluć do góry, żeby upadło im na twarz i w oko, bo autorzy doskonałego "Close to a World Below" dostarczyli kolejny znakomity, niszczący, dopracowany w każdym łokciu materiał, zamykający szkaradne papy chochlikom z internetów z hukiem.

Niech będę przeklęty, ale nowy krążek to najsmakowitsza rzecz jaka wyszła z rąk Immo od czasu "Harnessing Ruin", czyli od 2005 roku (kontrowersyjnie, ale to była pierwsza płyta tego makdonaldsowego plutonu z którą się zetknąłem i ma specjalne miejsce w moim serduszku). Powstrzymam się przed rubasznym skokiem na łeb w przesadyzm i nie będę juz jej za bardzo słodził, ale powtarzam - "Atonement" to dobra płyta jest i tyle. Skedżul deathowy na ten rok wygląda bardziej niż interesująco i okaże się, jak ten amerykański sznyt będzie wyglądał pod jego koniec, ale to tak na marginesie - na ten moment to jeden z najlepszych śmierćmetali ostatnich miesięcy (tak, słuchałem już nowe SFU, Brajanku).

 

"Dziadek Dzidek opowiadał mnie kiedy, że jak niemce szły, to się waliło, paliło, a pieruny siarczyste, ogniste biły po łbie. I pono jak ruskie szły, to było jeszcze gorzej. Tożem chciał już zbroję oporządzać - a to ni ruskie, ni niemce..."

Adrian, 17, wystawiony na działanie "Atonement"

 

W roku dwutysięcznym i siedemnastym Immo postanowiło bardziej przykombinować. To znaczy zostawić ograne do kości piszczelowych srogie nakurwy i postawić na wolniejsze i rozmyślniejsze, ale po staremu machlowane, nie mniej ciężkie i stawiające na czyste, klimatyczne zło kawałki, wbrew pozorom zakorzenione we własnej, mocno charakterystycznej twórczości równie en face, jak, np. materiał z takiego "Majesty and Decay". Nie masz szans poczuć tu nostalgii za "Dawn of Possession" ale kierunek twórczości hamburgerów w porównaniu z ostatnimi albumami słyszalnie się zmienił i pewnie przyznasz (jakom i ja), że na lepsze. Dzięki temu wspomnianemu podejściu Amerykanów do nowego materiału, raczej nie powinno się go oceniać na świeżo i z gorącą głową - "Atonement" trza przetrawić kilka(naście) razy zanim człowiek się z nim oswoi (co nie jest nowością w przypadku tej konkretnej ekipy), mimo, że już od pierwszego kontaktu bije w pyszczydło niczem trzy Sarmackie na pusty żołądek i wciąga bezlitośnie w swój pojebany kosmos.

 

"Szłam sobie spokojnie po karczek cielęcy do pani Basi, tutaj obok. Najpierw myślałam, że to roboty drogowe, ale one nie zgwałciłyby mnie analnie w odbyt!"

Pani Alojza, 71, wystawiona na działanie "Atonement"

 

Jako się rzekło - Amerykanie na nówce zdecydowanie zwolnili, rozciągając niektóre kawałki do niezbicie kolosalnych rozmiarów - niezupełnie metrażowo, bo średnia długość tutejszej gondoliery to jednak te standardowe cztery minuty, tylko duszące macki swojego firmowego soundu i zawichrowanego riffowania Vigny zatapiając we falach brzmieniowej przestrzeni i powietrza. Otwarło to nowe furtki do przysłuchiwania się zdolnościom i kreatywności muzykantów, których delektację polecam, np. przy "Rise the Heretics" czy "Lower" - serenadach tak oddychających, że zapierających dech słuchaczowi, jakby wysysały mu go przez dziurkę w dupie i sprawiających po prostu frajdę przy słuchaniu. Tego typu finezja obecna jest na "Atonement" w ilościach znaczących, ale i amatorzy klasycznego oblicza zespołu znajdą coś dla siebie. Szczególnie przywołujące wspomnienia ciepłego lata na wakacjach w Ciechocinku są, np. dosyć klasyczny w swojej strukturze, oparty na zapętlonych deseniach i ozdobiony ładniutkim solem "The Distorting Light" (dodatkowo, to znakomity wybór na otwieracz albumu) czy, podobny w wymowie, utwór tytułowy, bardzo pachnący zajebistością "CtaWB". Zasadniczo, dzięki zwykłemu, kompozytorskiemu pomyślunkowi, na który zdobyli się w tym roku Dolany, każdy kuc ma szansę znaleźć na nowym Immolation coś dla siebie, miotając się od klasycznych, czerpiących spust wybitnych dzieł zespołu strzałów, do mocno niecodziennych, ale takoż szarpiących twarz i żołądek kanonad.

 

"Normalnie LOL, bo wicie, żem srał do trzeciej klasy w gacie bez powodu. Raz do takiej Kaśki zagaduje, nie, a tu kupsztal wypadł centralnie na stół przed nią, beka, że niech mnie kule biją! Jak usłyszałem ten lomot, to czułem się jak w objęciach Katarzyny... No pier kardeny pełniutkie po dekiel! "

Analek, 13, wystawiony na działanie "Atonement"

 

Pewnikiem, znajdzie się spora rzesza progałów od opinii typu "a dlaczego to nie Unholy Cult 2?" albo "Immo skończyło się na Dawn of Possession a później to już chuj" - ale to dobrze, może takie pierdy zachęcą kogoś do obadania nowego-starego wcielenia zespołu na nowej płycie i wyrobienia sobie o nim własnej opinii. Z "Atonement" jest troche jak z ostatnimi wydawnictwami Ulcerate - grupa, która sama siebie zapędziła w kozi róg odbija się od złego przy pomocy, nazwijmy to - inteligencji z nutą chłodnej kalkulacji. Album prezentuje odświeżony smak zespołu w sposob bardzo przystępny (bo to chyba najbardziej przystępny album Immolation evah), beszta jak cios karate i nie pozostawia obojętnym - to znak, że musi być w nim coś specjalnego.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(2)

2017-03-25 01:50:11

Fajnie słyszeć ich w tak dobrej formie ale sentyment pierwszego uslyszanego albumu to rzecz święta  dlatego najlepszym Immo na wieki pozostanie dla mnie Failures...z tą tekturową drum-stopką...brzmiało to dziwnie w '98, brzmi dziwnie i dziś, ale za to jak unikatowo i fascynująco!

2017-03-26 18:25:40

Oj, oczadzony nostalgią też nie wymieniałbym za najlepszy któregoś z oczywistych, aż nie będe się fak przyznawał. A od nazywanai nówki najlepszym też jestem daleki. Ale to Immo, więc jest superfun. Coś jak Bolt Thrower. Tylko żyje HOHO