Loading

Nowy szajs muzyczny

Impetuous Ritual - "Blight Upon Martyred Sentience" (2017)

Nekro      05 października 2017      Recenzje, Muzyka

Pod tą zajebaną mrokiem niczem brzydka nastolatka depresją okładką, którą możecie podziwiać powyżej, skrywa się jedna z najzajebistszych dźwiękowych uczt z jakimi przyszło mi się mierzyć w ostatnich miesiącach. Nudne to się już w tym roku robi, ale takie są fakty i za nie trzeba jakiemuś bożkowi (np. Twarogowi) dziękować. Geniusz skryty za gęstym plastrem sadzy, strzał w twarz wśród bagiennych mgieł, bluźnierczy manifest przeciwko wszelkiemu życiu. Lub po prostu - doskonała, klimatyczna aż do totalnego, bolesnego jak zaparcie wykręcenia jelit sztaba dźwięku o bliżej nieokreślonych etykietkach. I to wszystko z Kangurlandu.

Bezecna nazwa Impetuous Ritual nie powinna być dla wielu nowością - projekt renomę już sobie wyrobił, a to za sprawą dwóch przepysznych, kilkuletnich już materiałów - "Relentless Execution of Ceremonial Excrescence" z 2009 i "Unholy Congregation of Hypocritical Ambivalence" z 2014. Na swoim trzecim albumie, o relatywnie krótkiej nazwie, Australianie kontynuują swoją krwawą ścieżkę wysysania powietrza z płuc i gotowania bigosu z synaps i lęków.

Trochę toksycznych ścieków we w Motławie żwawo przepłynęło zanim porządnie zabrałem się za "Blight...", ale to dla mnie nie jest jakaś większa dziwota - każdy krążek australijczyków był dla moich uszu growerem (zaczynając od dość grubo ciosanego pierdolnięcia szlamem) i każdy nabierał siły za każdym spinem, a i ten tutej gagatek nie był dla tej reguły wyjątkiem, pęczniejąc, rozpychając się po uszach łokciami i kolczastymi ostrogami drelichowych trepów. Dopiero teraz, po kilku długich miesiącach (nie)regularnego rżnięcia się nowym Ipetuousem po pysku, mam przed uszami jego pełny splendoru i wykwintnego gówna, przepotężny obraz. Dopiero teraz jestem w stanie docenić i zobaczyć tą smakowitość, jaką usłyszałem przed eonami w jego starszych braciach.

Impetuous Ritual (jak nietrudno się domyślić, duh!) po raz wtóry nie ma najmniejszego zamiaru nikogo czarować, zawracać gitary, bawić się w niuanse, ugrzecznianie czy podkręcanie techniki albo wabiki na nowych odbiorców, to nadal ten sam wulkaniczny wyziew śmierci, trumienny odór odbierający zmysły i jątrzący ropienie w kiszkach, wychwalanie najczorniejszych, najbardziej fanatycznych, zdegenerowanych rytuałow zła ku chwale Króla Pleśni (wut). Jednakowoż, mój drogi, jednakowoż nie odchodząc od swojej charakterystycznej, firmowej stylistyki, ich trzeci studyjniak to dzieło, które nie zlewa się w jeden wielki, twardy członek z poprzednimi dwoma, a wybija się w dyskografii na sam, samiuśki przodek, i to - paradoksalnie - dzięki tym samym zabiegom, których projekt używał z powodzeniem na wcześniejszych materiałach, i które - odpowiedno i z głową użyte - tworzyły dość wyjątkowe, osobliwe materiały. Chodzi mi tutej oczywiście o burzany gitarowych riffów szczelnie zalepione - niby jakimś pszczelim kitem - dysharmonią, rozdźwiękiem i ozdobnymi, podkreślającymi kocioł akcentami. O klimat skrzętnie i z determinacją konstruowany przez cały metraż danego materiału. O pewną wyrazistość budowaną na jej braku. Ostatnie zdanie, wbrew pozorom, ma sens, ale o tym za chwilę.

Więc i tym razem, w 2017 roku, podobnie jak w latach już dawno minionych, brakuje mi odwagi cywilnej i śmiałości społecznej, aby bezczelnie przyporządkować ten dziki wyziew Kangurów do jakiejś konkretnej szuflady. Można praktycznie teoretyzować i rozwodzić się nad tym, jakie tu mamy wpływy, skąd taka stylistyka podchodzi (w domyśle: "skąd zajebali riffy"), jakich mają przodków, etc. Można rzucać prostymi metkami typu death, black, srek i józef skrzek, czemu nie - można - ale osobiście, to nawet niechętnie nazywałbym twórczość podobnych projektów "metalem". Jest to ponad wszelką wątpliwość pewien rodzaj ekstremy, ale spłycanie go o takie prostackie wrzuty to moim skromnym kurde zdaniem jebitne nieporozumienie (a na dodatek strata czasu i energii) - możesz nazywać tatrę piwem, ale możesz też nazywać bagietę chlebem i może Ci to sprawiać przyjemność, nie moja brocha. Ja nie bedę jednak (ale ze mnie rebeliant, jak księżniczka Leia) takich pierdoletów bez znaczenia animować, chętnie za to po raz wtóry zakatuję się na śmierć tą nieokiełznaną jak Polonia1 po północy beczką smoły, jaką zrzucił mi już po raz trzeci prosto na łeb kolektyw z Brisbane (tak, sprawdziłem na metal archives, jak ów chwat!).

Maestria dźiękowa Impetuous Ritual klimatem stoi. To jest fakt. Ale, naszym szczęściem, klimat ten tworzony jest, mimo dość ograniczonej stylistyki, na znaczącą liczbę przeróżnych, mniej lub bardziej kombinowanych sposobów. Dzięki nieco wyrazistszej dorosłości w podchodzeniu do komponowania swoich plwocin, no i, oczywista, dzięki dłuższemu o te trzy lata stażowi na scenie, zespół zwiększył wymiarowość swojej muzyki, znakomicie wiedząc o co ją urozmaicić (unikając jednak zachowawczości, bo w swoich jądrach to wciąż twórczość eksperymentalna) i co przyciągnie uwagę odbiorcy - może nie wylevelowali jeszcze tego smaku do maksimum, na jakie ich stać, ale do liczby, dzięki której materiał osłuchuje się po dużo dłuższym czasie niż poprzedników (mi jeszcze się osłuchać nie zdążył), to jak najbardziej. Nie chcę szczegółowo omawiać tu każdego kawałka (bo w tym przypadku plan spala na panewce), ale nie odmówię sobie szybkiego przerżnięcia się przez smaczności, jakie na "Blight..." zostały mi wysmażone! Z reguły czeka nas dość brutalna, czarna kipiel dysonansów, ale taka z tych przyjemnych - jej płytowi przedstawiciele, tacy jak "Apoptosis" czy "Feculence Reveled" kryją w sobie dużo więcej dobroci, niż to na pobieżny rzut uchem słychać. Pierwszy z nich to wykręcająca przedramiona bateria dział piekielnych, podczas ktorej bębny rżną jak opętana bestia zmierzająca do mocno atmosferycznej końcówki. Druga, wśród trupiego jadu znajduje miejsce na coś, co można nazwać solówkami! Jako żywo! Solówką, myślę, że mogę zaryzykować, mogę nazwać też ten umęczony, diabelny dźwięk na początku "Synchronous Convergence", ale trochę się boję. A jak już o chorych, gitarowych odkurwach mówimy, to od tych w drugiej połowie "Dengrative Prophecies" po prostu schną usta, a krew się gotuje, odbywają się tam rzeczy zaiste niestworzone! Niedaleko od nich odbiega "Inordinate Disdain", najmniej chyba na płycie eksperymentalny, jedyny, który mógłbym nazwać death metalem, ale nie mniej obuchem po łbie jebiący. Ciekawostką jest otwieracz - długi "Void Cohesion" to właściwie dark ambient, ale doskonale wprowadzający słuchacza w stan przedzawałowy, mający utrzymywać się do ostatnich sekund metrażu. Mój personalny faworyt, übermorowy "Sullen" to walec rodem z ostatniego Portala, tylko tak ze trzy razy zwolniony, z mocno doomową podstawą, ale w drugiej połowie nastrzyknięty porządnie pojebanym black metalem - tu też ekipa użyła, powodujących spazmatyczne cierpnięcia sütów, dzwonów. Płytę zamyka, prawie 10-minutowy "Intrasience" będący niesamowitym studium grozy i makabrycznych lęków, zrzeszającym do kupy te wszystkie klimaty, jakie do tej pory pojawiły się na "Blight Upon...". Wirujący, hipnotyczny, ociekający rozkładem i szczerym, ścinającym białko złem z zaciskającą się na mózgu, ambientową końcówką. Nad całym tym cyrkiem unosi się niski i udręczony, grobowy wokal miotający jakieś paskudztwa niewiadomego pochodzenia, wrażenie robi cudne!

Wspomniałem sobie gdzieś tam wyżej o wyrazistości twarzy projektu skonstruowanej na jej braku - chodziło mi, rzecz jasna, o brzmienie materiału, które od samego początku bije po łbie swoją paskudną, posępną i nieklarowną ścianą dźwięku wyłaniającą się ze słuchawek jak Filip z konopii i robiącym ze świadomością słuchacza rzeczy podobnie brzydkie, co arabski szejk polskim blogerkom z instagrama. Sound to generalnie brutalny gwałt na duszy i samopoczuciu - jeśli chcesz się kurwa emocjonalnie dobić, to ta muzyka zrobi to za Ciebie - najpierw łamie psychikę, a później pożera wszelkie myśli zastępując je swoimi emocjonalnymi larwami - wijącymi się w konwulsjach, wżerającymi się z każdym wdechem morowego smogu wgłąb psychiki. Uwielbiam tego typu dźwięki, a ze względu na dłuższe milczenie czarodziei z Portal (z którym, zresztą, IR konotuje konkretnie, bo dzieli z nim dwóch członów), "Blight Upon Martyred Sentience" (doceń, że przepisałem cały tytuł) jest jak kwaśny balsam na mą znudzoną duszę, jak ten przysłowiowy bat w ręku gigantobiustej dominy wciśniętej w lateksowy kardigan. W sposób wyjątkowy wyciska mi z głowy wszystkie soki zostawiając w stanie agonalnego oniemienia - i nie sądzę, żebym tutaj przesadzał - każdy ma takie płyty, które wysysają mu z płuc powietrze i uwierzcie, jeśli łapiecie ten cały, popularny od kilku lat "caverncore" (że, kurwa, co?!), to nowiutkie dzieło Impetuous Ritual będzie z pewnością jednym z takich właśnie materiałów.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)