Loading

Nowy szajs muzyczny

Incantation - "Profane Nexus" (2017)

Nekro      27 listopada 2017      Recenzje, Muzyka

Dobra, nowiuchny Morbid za pasem, cofnijmy się zatem na chwilę kilka miesięcy nazad. Incantation są jednymi z tych, na których album nie czekasz jak na szpilkach, ale to z dość prymitywnego, acz przyjemnego powodu - bo wiesz, że to będzie płyta z dobrą, potężną muzyką i cieżką do wyobrażenia jest rzecz, która musiałaby się stać, aby było inaczej. Po premierze "Profane Nexus" absolutnie nic się w tej płaszczyźnie nie zmienia. Bo to zajebista płyta jest. Taka, jaką była w przedpremierowych wyobrażeniach głęboko w makówce fana.

Rezygnując z przepastnego przygotowania backgroundu powstawania albumu, jego pośrednich i bezpośrednich poprzedników, stanu i formy zespołu - pozwólcie, że przejdę od razu do sprawozdania właściwego. Recenzja ma dość sporą, oczywiście niechlubną obsuwę ("Profane..." wyszedł w pierwszej połowie sierpnia, czyli już dość w cyc dawno) i każdy, kto miał tą bestię uchem przewertować - już to zrobił, dlatego ograniczę pierdaczeńskie frikadele do minimum. Szczególnie, że żadnych odkrywczych rewelacji nikt tu nie uświadczy (ale dużo wulgaryzmów i erotycznych alegorii - jak najbardziej).

Od pierwszej interakcji, niejubileuszowa (bo to jedenasta już!) płyta Hamburgerów jest słodko-gorzka, ale w ten niesamowicie przyjemny, nagradzający sposób, niczem mocarne rzyganie watą cukrową - skręca żołądek i piecze w przełyk, ale po wszystkim zostawia subtelny smaczek słodyczy. Grobowa maestria Incantation detonuje się z całą trumienną mocą już przy okazji otwierającego "Muse", by ugodzić przygnębiającym, trupim, dość beznadziejnym klimatem. To zdecydowanie bardziej klimatyczny krążek, niż poprzedniczki, co docenia się dopiero po połknięciu całego jego metrażu - sytuacja doskonale oddaje przypadek z watą cukrową, a to tylko jeden z kluczowych promili, jakie Inca prezentuje na swojej świeżynce. Drugim jest zróżnicowanie w sposobach dostarczania sążnistego wpierdolu w zęby i poddtapianiu w brudnej, ciemnej toni wodnej i samo danie główne w postaci starego, dobrego łojenia metalu śmierci, w jakiej to praktyce McEntee masterował się przez ostatnie pierdaczone trzy dekady i za co dziś uważany jest za jednego z czołowych Apostołów Wpierdolu sceny globalnej.

"John bez brody, to jak harcerz bez kordzika - no nie przyzwyczaję się w ciul..."

Jako gdzieś wyżej drażniąco pierdnąłem, album jest zaskakująco wręcz rozmaity (oczywiście biorąc pod uwagę to, co wielkie I młóci od setek lat). Oprócz hiszpańskich walczyków w sam raz w postaci, przykładowo, "Rites of the Locust" czy "The Horns of Gefrin", gdzie ekipa sięga chochelką do przepastnego rondla pełnego własnej, prominentnej spuścizny, dostajemy też nieco bardziej indywidualne stylistycznie traki. Jest tu dark ambientowe "Stormgate Convulsions from the blablabla" (nie)przyjemnie wpuszczające w te duszne katakumby nieco cugu, jest wybitnie funeral doomowy "Incorporeal Despair" kojarzący się łacno z Worship i Skepticism, z wokalem tak napierdalającym zgnilizną, że czuć to nie tylko nosem, ale i przez skórę. Jest też mocno thrashowa miniatura "Xipe Totec" i thrashująca nie mniej (choć zacnie oblana też doomem) "Visceral Hexahedron" z doskonałymi bębnami. W ogóle, bębny na "Profane..." chcą być wszędzie i zazwyczaj się im taka sztuka udaje, tworząc najprawdziwsze zajebistości - posłuchajcie też łacno "Messiah Nostrum" będącego oczywistym ciągiem dalszym "Visceral...", dla niepoznaki umieszczonym kilka pozycji dalej. Jak jakie pojebane bliźniaki, z których każden jest zły. Zgrabnie ten cały kocioł oblano niezłym brzmieniem (za które, bodajże po raz trzeci z rzędu, odpowiada nieśmiertelny Dan Swano), ale skłamałbym przyznając, że nie słyszałem lepszych na poprzednich albumach - o ile wolniejsze, firmowe fragmenty Incantation napieprzają w bęben dokładnie tak, jak powinny, to przyznam, że w szybszych fragmentach sound czasem traci rozmach i ciężar, co niekoniecznie wybija album z rytmu, a najwyżej lekko zwraca uwagę na pasaże z innym tempem, więc - klasycznie - nie będę się na siłę przypierdalał, bo nie potrzebuję.

Cóż tu dłużej strzępić ryja - wybaczcie lakoniczny tekst, ale tłumaczyłem się w pierwszym akapicie, a poza tym, jak serwuje Incantation - każdy słyszy. "Profane Nexus" to kolejna, zajebista propozycja od klasycznego hordu ze wschodniego wybrzeża, która uzewnętrznia jego nadnaturalny pęd ku wszystkiemu, co kojarzy się z old-skull'ową, death metalową pożogą i utwierdzającą w stwierdzeniu, że Johnny'ego i ekipy nie stać na wyrzyganie płyty choćby średniej, lub nie do końca dorobionej. "Profane Nexus" to znakomity strzał i jeden z przyjemniejszych płytowych smakołyków tego roku, kurwa jego raz. O kolejne jestem - jak zwykłem - spokojny.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)