Loading

Nowy szajs muzyczny

Innumerable Forms - "Punishment in Flesh" (2018)

Nekro      23 sierpnia 2018      Recenzje, Muzyka

Tak na raz-dwa, bo mam mało czasu, postanowiłem najebać troszkę cukru na temat pewnego małego, czarownego płyciwa, na którego natknąłem się zupełnym przypadkiem, gdzieś na pustkowiu strumieniowania cyfrowego za piniądze. "Czemu nie, kurrrrwa!?", pomyślałem nieśmiało, ale szwarno, stwierdzając, że i ta tutaj, podziemna jak urzekające korzenie czereśni, przyjemna twórczość skazana na marginalny rozgłos, zasłużyła na swój Plazowy boksik, bo przyniosła mi kilka sympatycznych chwil, za które wdzięczny jestem jak bezdomny pijak za puszki na plaży. Poza tym, materiały takie jak ten opisuje się prosto i bez większych trudności. No, to do rzeczy.

Innumerable Forms to projekcik jednego chwata - niejakiego Justina Detore, zamieszkującego, zdaje się, Boston Masaczjusets, którego można też posłuchać na masie materiałów kilkunastu innych projektów w ktorych się udzielał, z których chyba nie słyszałem żadnego. Ale nie umniejszam zasług, może i co dobrego tam ma. Typ, co dość nietypowe dla one-man bandów, manifestuje w swoich Nieprzebranych Formach magiczną szkołę staroszkolnego death doom - właściwie, tak naprawdę, to jest to bezczelny Incantation-worship. Tak, jak i banda tych starych i brodatych (juz w sumie mniej owłosionych...) Nowojorczyków, tak Pan Justin operuje tu najniższymi i najśredniejszymi tempami, tworząc coś na kształt gruzowatej kipieli, którą okrasił mocno katorżniczym, przytłumionym brzmieniem i chropowatym, rozciągniętym w czasie i dziedzinie woksem, też łapczywie sięgającym w swej nostalgii połowy lat '90 i takich brutalnych przekurestw, jak "Mortal Throne of the Motherfuckin' Nazarene", albo i lepiej.

Owszem, chamie, mamy tu troszkę wyciszeń, subtelniejszych, przeciągłych ambientów o szemranej atmosferze, ale, tradycyjnie dla tego kierunku, służą one jeno wyłącznie wciągnięciu uszu brudasa w wisielczy klimat, i są tylko nieznacznym przerywnikiem przed kolejną szuflą kiszek stolcowych rzuconych z impetem prosto w twarz, w końcu właśnie o te szufle tutej kurwa chodzi! I o te kamienie miażdżące łeb w proch! Czy tu trzeba ten wspomniany proch wynajdywać na nowo? Nie, a nawet nie powinno się! Jak pisałem wcześniej, Innumerable Forms to czystej jak paschalna śliwowica krwi worship klasyków (rzecz jasna, uważny skurweson usłyszy tu całą masę innych, zacnych wpływów) napierdalania prostego niczem drut, ale żującego mięśnie i robiącego fun w zupełnie inny, niż glancowany jak gała arabskiego księcia, techniczny prog-chujwico, sposób.

Dlatego też nie będę tu teraz pucował żołędzia nad doskonałym przejściem w "Petrified", czy marszowym armagedonem "Stress Starvation", albo dosłownym, ale zgrabnym cytowaniu przedwiecznych w "Reality" (nie wdawałem się w szczegóły tekstów, ale tytuły wałków dość nietutejsze... A może to gówno jest polityczne? Bez znaczenia...), bo - przede wszystkim - nie chce mi się. A poza tym - byłoby to głupie - obcujemy tu z oldschoolowym, walcowatym death z całym dobrodziejstwem tego popierdolonego w dupę inwentarza - znaczy napierdalać ma, a czy maniana poleci w lewo czy w prawo, to znaczenia nie ma - liczy się limit riffów per album, którego nie należy przekraczać. Jest więc napierdalane i jest bez wydziwiania - w sumie mamy tu trzy, cztery kawalki w dwóch czy trzech konfiguracjach. Ale chuj z tym - jeśli ktoś w tym kontekście będzie na to narzekał, to niech wraca do wąchania gwizdniętej sąsiadce bielizny, jego strata.

Dobra, bo miało być krotko, a tekst zaczyna nabierać tłuszczyku jak mój głupi kot na jesień, więc kończę to wszeteczne pierdolenie. Bardzo dobry debiut z rąk jednego, jedynego, młodego bezczelnika chcącego oddać starym, zasłużonym bydlęciom to, co im należne i ja to bardzo szanuję. Szczegolnie, że buja to jak dobrze przyrządzony stryczek. 

Mata (krótkie jest, posłuchaj!):

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)