Loading

Nowy szajs muzyczny

Mithras - "On Strange Loops" (2016)

Nekro      27 października 2016      Recenzje, Muzyka

Wyspiarze z czarodziejskiego Mithras nie odzywali się przez bite dziewięć lat - przez ten czas można wysmażyć zaiste dopracowany album, szczególnie z takimi talentami, jakie grupa ma w składzie. "On Strange Loops" w kwestiach technicznych jest death metalowym majstersztykiem, ale ma też swoje słabości, na szczęście kolące nie na tyle, żeby co bolało. 

Jak jest z tymi powrotami uznanych grup, to chyba każdy wie. Było Gorguts i był... Morbid Angel. Czasem nie warto zbyt gorliwie takiego kombeku oczekiwać, bo odbija się to czkawką i krwawą biegunką. Nie warto też dać się zmylić przedpremierowym przeciekom bo wiadomo, że na takie składają się teoretycznie najciekawsze momenty (tak jak w trailerach filmowych) a później jest płacz, że to przecież nie tak miało wyglądać/brzmieć. Dlatego do nowego Mithras podchodziłem z rezerwą, co prawda nie aż taką, jak do powrotów dwóch wymienionych wyżej ekip, no ale, nie będziemy się kurtuazyjnie oszukiwać, Brytolom jeszcze trochę do statusu Gorguts (o MA czy Obituary nie wspominając) brakuje. Plusem takich zachowawczych praktyk a propos kombeków "wielkich przedwiecznych", jest euforyczne olśnienie, kiedy okazuje się, że reinkarnacja starych wiarusów była warta tych paru lat stękania, vide "Colored Sands" wielkiego Gie czy Celtic Frost.

Mój zbiornik retencyjny na rezerwy zaufania pierdolnął z chwilą objawienia internetowi dema albumu, a konkretnie kawałka "Between Scylla and Charybdis". No i tutaj dałem się troszkę ponieść a propos poprzedniego akapitu, gdzie radziłem nie sugerować się przedpremierowymi promosami, bo - zauroczony dźwiękiem - natychmiast zacząłem opiewać, jakie to całe "On Strange Loops" nie będzie zajebiste, kiedy tak naprawdę gówno żem wiedział, bo usłyszałem jakie 10 procent finalnego "produktu". Kto bił konia pod promówki ostatniej płyty Morbidów, ten wie co i zacz. Zresztą, gdzieś po Plazie lata moja orgiastyczna zajawka na ten promos.

W każdym razie, demonstracyjny kawałek był arcykozak i rozpalił wyobraźnię powrotem do nieznanych wszechświatów w zalewie z ektremalnego przypierdolu, jaki zespół serwował w przeszłości. A trzeba wam wiedzieć, jeśliście nie ogarnięci, że Mithrasowi zdarzyło się kiedyś wydać dwie REWELACYJNE płyty - są to, kolejno, "Worlds Beyond the Veil" z 2003 roku i "Behind the Shadows Lie Madness" z 2007. Na dziełach owych Anglosasi przestawili nieprzeciętnie dopracowany i zróżnicowany materiał o dobitnie oryginalnym charakterze, którego wcielenie nie doczekało się tak naprawdę od tamtego czasu godnych naśladowców. Mithras trafiał swoją twórczością w pewną niszę, której odbiorcy poszukiwali kombinowanego death metalu o niebanalnym podejściu.

I Mithras go dostarczał. I dostarczyl raz jeszcze.

No bo faktycznie - na początek było BABUM sztorm, huragan, Raiden buk pierunów i Highlander w jednym! Zespół wrócił we właściwym sobie stylu atakując rozbudowanymi, technicznie wymuskanymi kompozycjami o charakterystycznym brzmieniu instrumentów - szczególnie gitar o tonie gasnących gwiazd czy innych zajebiście wielkich, kosmicznych rzeczy. Firmowy sound zespołu został trochę wygładzony, ale jesteśmy już 15 lat w nowym millenium  i nowoczesny, relatywnie wysokobudżetowy death musi brzmieć jak spust Donalda Trumpa na Kim Kardashian (nie prawda, ale kij). Nie bój, nie oznacza to, że "On Strange Loops" sięga po pozbawioną charakteru sterylność Hate Eternal - z uwagi na charakterystyczny styl Mithras, brzmienie musiało być jednocześnie czyste, podkreślające technikę muzyków ale i przestrzenne i nieco old-schoolowe, by trejdmarkowe ambienty Wyspiarzy i ich wysoko strojona gitara prowadząca wprowadzały w hipnotyczny stan przekraczania czterech wymiarów i zapierdaczania po kosmosie z prędkościa światła. Sound na pewno nie każdemu będzie odpowiadał, ale dzięki takiej fuzji nowego ze starym docenić można pietyzm z jakim ta płyta jest skomponowana. I nie spierdolą tego stanowczo zbyt wygładzone wokale, kłujące jeno przy paru pierwszych kontaktach - jeśli możesz zrozumieć ze słuchu cały tekst 7-minutowego, death metalowego wałka, to wiedz, że coś się dzieje.

A zawartość dźwiękowa "On Strange Loops"? Co tu dywagować, to trzecia już w karierze Brytoli soniczna podróż po granicach poznanego wszechświata. Muzycy ustosunkowali się do poprzednich swoich wydawnictw po najmniejszej linii oporu - i to wcale nie jest wada, a wręcz przeciwnie - scheda po poprzednikach jest bardzo miło udekorowana wspominanym brzmieniem i ulepszona kilkoma ciekawymi patentami, a jednocześnie trzymająca się uroczo wręcz oryginalnej konstrukcji z "Worlds..." i jej następczyni (gwoli informacji - Mithras wydał jeszcze jedną płytę - debiut "Forever Advancing... Legions" ale to inna bajka). Z tą oryginalnością to nie jest znowu taka jednostronna moneta. Na dobrą sprawę, jak już wspomnialem, takiej muzy nie gra dziś żodyn inny band (a przynajmniej żodyn znaczący), ale moim głównym zarzutem przeciwko "On Strange Loops" jest za małe zróżnicowanie materiału. Album zamyka się w dwunastu kawałkach i prawie sześćdziesięciu minutach, ale przy jego intensywnej ekploracji do rozkoszy z odkrywania kosmosu wkrada się lekka nuda. Tak naprawdę, to jest tak, że znasz połowę kawałków - znasz całą płytę. Nie chodzi tu nawet o dzielenie albumu na pierwszą i drugą połowę, bo i w pierwszej są mielizny i w drugiej potężne zagrywy, ale skrócenie płyty o te dwa trzy kawałki, albo skompresowanie jej do kilku dłuższych, bardziej klimatycznych tracków wyszłyby Angolom mocno na plus. To, że przy oszczędności środków mozna uzyskać pożądany efekt pokazują dzis takie ekipy, jak Ulcerate czy nawet świeżynka Blood Incantation i to właśnie nawet nie skracając metraż, a ubierając sprawdzony patent w nowe szaty, a więc można. Szczególnie, że moim ulubionym kawałkiem Mithras od zawsze był prawie 14-minutowy "Beyond the Eyes of Man" z "Worlds..." składający się w równej proporcji z opętańczego przypierdolu i ambientowo-dronowej inkrustacji klimatem. Broniąc jakkolwiek nowego dzieła zespołu przyznam, że na te "tłustsze" momenty albumu czekać doprawdy warto.

A i długo nie trzeba czekać, bo szeroki jak czornaja dziura, ambientowy pasaż otwierający płytę już puszcza oko do słuchacza, sugerując, że czeka go niecodzienne doświadczenie. Zaraz wchodzi wiosło, no i się zaczyna. Nie lubię opisywać poszczegolnych utworów, ale kilka z nich bezsprzecznie zasługuje na wyróżnienie. I tak, mamy ostry jak słońce w południe na równiku a jednocześnie melodyjny "When the Stars Align" z cudnym, mocno nostalgicznym szlakiem w drugiej połowie z naturalnym przedłużeniem w postaci kolejnego "The Statue on the Island" (nie wiem po co je podzielili, może chodzi o koncept tekstowy albo co...). Później jedzie, chyba najbardziej generycznie deathowy "Part the Ways" - dzięki minimalnemu użyciu ozdobników tutaj można w pełni docenić umiejętności np. tej bestii na bębnach. "Between Scylla and Charybdis" to z kolei klasyczny Mithras - skąpany w kwaśnym klawiszu marki science fiction niszczyciel światów - jeśli na początku się nie rozkręciłeś pigularzu, to tutaj poczujesz bluesa. Ciąg dalszy (znowu nie wiem, czemu dzielić) zapewnia "Time Never Lasts" ze znakomitą solówka i rozhisteryzowanym pasażem gitarowym o impakcie wielkiego wybuchu. Zamykający album kawałek tytułowy to pinćset riffów na minutę nakrapiane old-schoolowym kibordem z miejscem na wściekle atakujące solówy jak i space-ambientowe zwolnienia, to na pewno najbardziej eklektyczny i jeden z najlepszych kawałków na płycie. Idealne zamknięcie bardzo dobrej płyty, spinające klamrą cały ten soniczny, kosmiczny monolit i dający smaczka tak na puszczenie płytki od początku jak i na kolejny materiał od zespołu (może, kurde faja, za mniej niż prawię dekadę).

Podsumowując tą kabałę i wspominajac co smaczniejsze kąski z "On Strange Loops" muszę przyznać, że te 9 lat, którymi chłopcy z Wysp testowali cierpliwość fanów ich zamierzchłej twórczości, wykorzystali w jak najbardziej właściwy sposób. Album jest dopracowany i wyglancowany, brzmi nowocześnie, a jednocześnie jest naturalnym przedłużeniem poprzednika. A biorąc pod uwagę to, że ich starsze albumy zupełnie się nie zestarzały, a i wygę odsłuchującego ich po raz sto piećdziesiąty mogą zaskoczyć, jestem pewien, że i ich najnowszy krążek zapomnienia i potrącenia przez myszkę może się nie obawiać. Mimo tego, że posiada kilka słabości, są to, mniej lub bardziej dokuczliwe, szczegóły, które tak naprawdę nie wpływają zbytnio na dzikie loty jaką nam Mithrasy serwują. Warto się przelecieć, bo to, kurwasz twarz, dobra rzecz jest.

"Cały album udostępniony na YT przez... sam zespół. Brawo!"

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)