Loading

Nowy szajs muzyczny

Morbid Angel - "Kingdoms Disdained" (2017)

Nekro      14 lutego 2018      Recenzje, Muzyka

Hejże ho! - przyszedł nam nowy Morbidzik, prawie zbite siedem lat po spektakularnej porażce sponsorowanej literką "I". Nadszedł skurkowaniec razem z naręczem zmian - nie tylko muzycznych, ale i stanowiskowych - oprócz Treya z "gwiazdorskiego" składu nie został nikt, ale, jak każdy wiedzial już długo przed wydaniem nowego, na rzygańsko powrócił Tucker, i ta operacja, wraz z (mam nadzieję) zdrowszym podejściem do robienia metalu, zaowocowała w powrót starego, dobrego Anioła w nowych, satynowych szatach. I - uprzedzam - bardzom z tego faktu jest rad.

Cóż... Możnaby tu, niewątpliwie, wypisać całą, przepastną epopeję w temacie tego, co było dobre, co było złe, jak mi hamburgerskie urwipołcie spierdoliły wejście w dorosłe rzycie, co mogło się wydarzyć gdyby cośtam... Tylko po co? Zamiast strzępić ryja na jakieś siedmioletnie, prawie, wspominki o których nikt już na tym świecie pamiętać nie chce (oprócz pewnego nieskromnego buraka o aparycji otyłego Nikki'ego Sixxa, i nie mówię tu o sobie!), trzeba patrzeć co jest i co będzie, inaczej szlag wszystko pierdolnie. To wszystko się wydarzyło, ale jest historią, tymczasem trzymam w paluchach kawałek stylowego plastiku z nowym materiałem MA, i to materiałem na tyle ciekawym, że z błogim usmiechem jestem w stanie przemilczeć pewne hamburgerów wybory z przeszłości. Dlategoż na kurwie przechodzę do meritum.

"Kingdoms Disdained" (śmieszki jebane - zdążyli rzutem na taśmę wydać jeszcze jakieś gówienko na "J", więc temu literka taka) to album wywołujący wciąz (a piszę to prawie dwa miechy po premierze) skrajne emocje. Są - nie mogło być inaczej - plucia i szkalowania, których, napiszmy sobie szczerze, wiadomym było, że burgery nie unikną, bez znaczenia, jak idealnie przezajebisty materiał nagrają i na jakich to trv oldskullowców się nie wykreują. Zresztą, jak na zespół o takim statusie, splendorze i będący prowodyrem dość wstydliwych incydentów historycznych, i tak mieli ze swoją nówką dość miękkie lądowanie - wielu przez długi czas wstrzymywało się z pluciem jadem/chwaleniem "Kingdoms...". Ale to po prostu dowód na to, że burgery nagrały płytę na tyle niejednoznaczną (toteż niejednoznacznie złą - jak poprzednia), że ludzie (nawet bezerekcyjne, zawodowe hejtery) musiały się przez ten woal intrygi przebić, żeby wyrobić sobie na temat płyty zdanie. I to jest pierwsza rzecz, którą należy zanotować. Drugą jest stylistyczny powrót amerykanów do swojego olbrzyma z 2000 roku, co, mimo częstego jak sraczka autoplagiaryzmu zespołu na nowej płycie, było jedną z najlepszych opcji wyjścia dla jego nowego, "świeżego" oblicza. No, bo jakie mieliśmy (te dobre) scenariusze pisania dalszej historii w temacie - pierwszy to ten, gdzie chłopy nagrywają rewolucyjny materiał definiujący gatunek na nowo, a przynajmniej rewolucjonizujący go w sposób znaczny, drugi, to bek to de fiucza i "Altars of Madness 2", a trzeci to nie szukanie długo i zaczepienie się ostatniego, porządnego czekpojntu kariery.

Opcja pierwsza to mrzonka i nie będę tłumaczył dlaczego, ale płaci się za nią nie tylko pieniędzmi, co potwierdza patologiczny przypadek "Illud...", który taką światłością objawioną był na kartce. Drugi przypadek to dość bezpieczna opcja, ale są dwie wady - w dzisiejszych czasach taki old-skull inspirowany początkami lat '90 wylewa się zewsząd jak tłuszcz z rajtów grubej Berty i istnieje wiele projektów, którym w tej stylistyce MA mógłby swoim powrotem do najkorzeniejszych korzeni buty czyścić, z czego wynika druga wada - opcja odgrzania najstarszego kotleta w zamrażarce, to wybór dość mało ambitny. Muzyk z takim stażem jak Trey, jako szanujący się ekperymentator, a do niedawna rewolucjonista metalu (złamany na cztery, niestety), zawsze lubił się poruszać w raczej nieoczywistej stylistyce i zdecydowanie stać go na więcej, niźli nagranie kolejnego, może i bująjącego materiału, ale takiego, o którym za rok wszyscy zapomnieliby jak o rozpitym trzy dni temu litrze na dwóch. A to byłoby ostatnie tango na własnym grobie. Dlatego, pomni faktu, że "Gateways..." cieszy się do dziś zacną chochlą splendoru, na pewno nie taką, jak od A do D, ale jednak, Burgery postawiły na kontynuację nacierania łbów słuchaczy bagiennym szlamem, który z całym dobrodziejstwem inwentarza przyprawili dużymi ilościami ingrediencji ze świeżego trupa, dzięki czemu powstał album autorstwa bez dwu zdań Morbid Angel, ale przy okazji taki, który odznacza się na scenie w wyraźny sposób.

Napsioczone jest jak na burą sukę na brzmienie "Kingdoms...", ale to jeden z kluczowych czynników, które przybiły mnie do tego gówna jak gwoździem do krzyża - tłuściutkie niczem rosół od babci, pieści uszy podwodną otchłanią piekielną, eksponując tym samym klimat, za który to zabieg bym Rutana ucałował w jego końskie face. Git brzmi jak klasyczny Morbid - rytmiczna z niezaprzeczalną mocą suwa płyty tektoniczne gdzieś w niedalekiej, ale nieokreślonej odległości, a prowadząca, niczem te trąby jerychońskie, wpierdala się w łeb maczugą Herkulesa rozstrzygając spór o uwagę słuchacza. Bas, szarpiąc ciało, podsuwa fundamenty pod krwawe łaźnie w tym zapomnianym przez boga i ludzi chaosie, a perka, mimo słyszalnie innego stylu gry, niż Pete'a czy Yeunga, zapierdala jak dzikus z włócznią polujący na zrzuty ONZetu. Jakbym miał być chujoszem wszetecznym i się dopierdolić, to ten ostatni element najmniej mi pasuje (ale wciąż pasuje) - zdecydowanie jestem fanem paradoksalnych bębnów ze starszych albumów - z jednej strony o zdecydowanie bardziej zwierzęcej naturze, oddalonych od mechanicznej robotyki na tyle, ile tylko sie da przy nieludzko technicznej wirtuozerii, ale trzymającej się pozostałego instrumentarium dość szczelnie i od czasu do czasu tonącej w kakofonicznym ataku gitar czy agresywnych woksach. Na tym nowym dzieciątku perka wysunięta jest ponad wszystko inne - i gdyby nie fakt, że ktoś tu się, kurwa, porządnie przyłożył do komponowania, ale też i do masteringu, mogłaby dużo rzeczy spierdolić. No, ale młody umi na cymbałach zapierdalać, co by nie mówić. Poza tym, tego typu ekperymenty w warstwie produkcyjnej jestem w stanie przełknąć, byleby nie było świni z dopierdolonymi rogami w postaci znanych z poprzednika, dyskotekowych gwizdów. Jeszcze słówko o wokalu, przecież "Kingdoms Disdained" to powrót marnotrawnego przechuja Steve'a Tuckera i jego bagiennego growlu, którego, jak wspominałem na Plazy już niepiętnastokrotnie, jestem turbofanem. Wokal też jest mocno z przodu, za co kilku impotentów uwiesiło na tym albumie swe sflaczałe wory i ogolone nogi, ale wystarczy dziecięca dawka dobrej woli, żeby odkryć (i w duchu powiedzieć "łaaał, jestem, kurwa, pacanem!"), że ów wymyk znalazl się tutaj zupełnie nieprzypadkowo, bo dopełnia bryłowatości, zgruzowienia całego materiału, ale krowie na rowie nie będe na siłę tłumaczył.

Nie będę też za bardzo "Kingdoms..." rozbierał, skupiając się na poszczególnych utworach, bo to nie ta bajka. Album jest ekstremistycznie spójny i zawsze leci u mnie w całości (chyba, że mało czasu, to wybieram swój ulubiony "Pillars Crumbling"), natomiast warto też zauważyć, że mamy tu kilka skrajnie morbidowskich momentów przypominających stare, pełne splendoru czasy. Taki jest marszowy oklep na "Piles of Little Arms", taki jest transowa, wykręcona w kosmos zwrotka "The Righteous Voice", takie jest outro z "Pillars Crumbling" i krwawiąca walcowatość "From the Hand of Kings" - dzięki nim taka mała radość ściska serduszko, bo pan Trey jeszcze pamięta jak się robi sztosowy death we własnym stylu, co daje nadzieję na kolejne krążki na podobnym poziomie. Co prawda jakieś 80% utworów to klasyczne zwrotka-chorus-zwrotka-chorus-solo, lecz, dopóki me uszy pieszczone są sensualnie przepysznym gruzem, nie mam przeciw temu kurwa nic. I takim sympatycznym stwierdzeniem skończmy już to czcze pierdolenie, bo napisałem trochę więcej niż chciałem, a i tak już większość zainteresowanych album słyszała. MORBIDZIE IDŹ TOM DROGOM.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)