Loading

Na dobre i na złe

Na Dobre i Na Złe V - MASTODON

Nekro      14 września 2017      Artykuły, Muzyka

Serwus w piątej już, półjubileuszowej edycji Na Dobre i Na Złe - miejsca, gdzie wpatrzam się na najjaśniejsze i na najgówniejsze osiągnięcia znanych i lubianych (takoż nienawidzonych), klasycznych ekip. Może Mastodon nie ma tak "szlagierniczego" statusu, jak poprzednie grupy, którym obrabiałem tutaj dupę, ale na pewno na tle całej ciężkiej sceny jest to zespół wyjątkowo popularny, no i z naręczem dość dystynktywnych albumów. Co zmieszamy z błotem, a co ozłocimy? Możesz sprawdzić już teraz, ale materia nie była taka znowu, cholender jasna, łatwa do zrealizowania.


Duet upodlony... 

2. Emperor of Sand (2017)

Tak się jakoś, wesołku, przydarzyło, że na obu miejscach wzgórza gówna upodlonych znalazły się dziś dwa najnowsze materiały amerykańskich wesołków. Wnioski z tego można pewne powyciągać, czemu nie, ale - z drugiej strony - płyty te zebrały też całkiem potężne żniwo komplementów, więc, tradycyjnie, jedynym skutecznym sposobem oceny jest własnouche jej przesłuchanie. No więc zaczynamy od najświeższej, już może nie gorącej, ale przynajmniej letniej "Emperor of Sand" - płyty, od której zawsze odrzuca mnie zaraz po pierwszym kawałku, przepraszam Mastodona. Co prawda zmusiłem się do przesłuchania jej wszerz (bo gruba nie jest, ale wzdłuż już nie dałem rady, bo cienka), powiedzmy, ze dwukrotnie, ale to był szczyt moich i mojego, nazwijmy go (umownie, na potrzeby artykułu) zdupconego gustu. No nie mogę, do tego tu Imperatoró mam stosunek podobny, jak do zdrowego żarcia - no mogę zeżreć, ale obok paruje Goloneczka W Piwie (specjalnie z dużych liter, bo lubię... a propos liter, to do popicia też coś trza mieć!), więc po jasny chuj? A nawet jak już zjem tą Waszą chujową, jarmużową sałatkę, to po niej i tak ojebię dupala świni jak stado tygrysów szablastozębnych w rui po czym beknę jak grzmotem o kościelną wieżę z uśmiechem. Nie jest tak, że nie lubię, bo nie ciężko, bo nie drą jap jak pojebani, bo radiowiej jest czy co, nie chodzi o stylistykę i jej zmianę (która, przecież nie zmieniała się gargantuicznie z płyty na płytę, tylko na przestrzeni trzech, a rzekłbym, że i czterech), bo i taką potrafię docenić. Po prostu piosenkowa, lżejsza stylistyka w wykonaniu Mastodona mi nie odpowiada. Szacun, że zrobili to po swojemu i tak jak chcieli, ale ja tego nie kupuję. Może jeszcze dorosnę.

1. Once More 'Round the Sun (2014)

A tej tu nie lubie jak psa. "The Hunter" to było coś, co mnie zaskoczyło, ale w końcu przełamałem się jak ta przysłowiowa świecąca laseczka do nurkowania i katowaniom pewnych momentów nie było swego czasu końca (bo dużo też utartego żużlu na tamtej płycie było, to fakt). Następczyni wspomnianego albumu to jednak zblazing o bardzo rozwalonym na boki polu rażenia. To, że przystali z bardziej staroświecką progresywnością odpuszczając dzikie, ale zajątrzone szarże z pierwszych albumów, to jedno, ale to, że chłopcy porwali się na klimaty, których ruszanie jest nierozsądne (psychowe, transowe, zaognione milionem efektów fuzzy z lat dawno minionych) to drugie. Eksperymenty są świetne, ale raczej te udane - człek uczy się na błędach, ale nie znaczy to, że wydając płytę przepełnioną czymś, w czym muzycy nie do końca się odnajdują, to praktyka dobra. Bo nią nie jest. Tutej wpół drogi spotkać miał się sladż i jakiś heavy psych (a dojeb jeszcze hewi metal i masz czelendż jak to nazwać), ale brzmi to jak archetypowy przykład popłuczyny - jest nudno, czasem przekombinowanie (atak efektowy ściska jądra... w tym złym znaczeniu), a dodatkowo uświadczylem tu najgorszych wokali w histori Mastodona, które zawsze były jednym z czynników, które czyniły go dla mnie projektem w jakiś sposób wyjątkowym. Po prawie godzinie z tym "progresywnym post-sludge-psych-heavy metalem" chcę już tylko Dakthrone, Master i Ramones. Czegoś, co spuści w szalecie tą flegmę, co się tam zalęgła za czasów "Once More...". Jedyna fajna rzecz tutej, to okładka, ta wyszła przesmakowicie (szczególnie, że Mastodon wybitnie nie ma szczęścia do dobrych okładek).

 


Duet Wywyższony... 

2. Leviathan (2004)

Uporaliśmy się więc z barachłem, uraczmy się dobrociami. Na pierwszy ogień grillowy idzie drugi longplej ciężarowców o bardzo wymownym tytule - "Leviathan". Tam to Mastdon swoją bardzo nieprzeciętną i nad wyraz konstruktywną twórczość z debiutu "Remission" dopracował w bardzo dorosły, intrygujący sposób. Rozrośnięte ponad miarę, progresywne trotuary gęsto naszpikowane niesamowitymi zagrywkami, żonglerkami tempa i technicznym, wręcz karykaturalnie wyjątkowym łupaniem Dailora nadały dwójeczce jeszcze więcej charakteru, smaku i pałera (bo ciężaru to nie, debiut wielkiego M to już na zawsze będzie ich najcięższa, najbardziej walcowata kurew). Każden jeden młody, odważny ekplorator mórz i oceanów znajdzie tutaj takie lewiatany, jak "Blood and Thunder", "Megalodon", czy ogromny jak Ocean Spokojny, miażdżący, wielowątkowy "Hearts Alive". Album, mimo nieco lekkiego zlekceważenia ciężaru na rzecz przykładania akcentów na inne tematy i tak brzmi niesamowicie mięsiście, zaczepnie i miejscami wyrywa kiszki sprawnymi pociągnięciami haka rybackiego i bosaka. W 2004 roku zespół dopiero wykształcał swój niepodrabialny styl, ale może właśnie w tym tkwi siła "Leviathan" - w nieociosanym diamencie, którego walory przebijają się z wielką śmiałością przez kawałki oblepiającego go węgla. Tak, chyba tak.

1. Crack the Skye (2009)

"Crack the Skye"...  Crack... thaaa... Skye... Na sam słodki dźwięk tytułu tego dzieła głowa wypełnia mi się zajebistością pod dekiel. To był dopiero drugi album zespołu, który zaszczycił obecnością moje uszy (po "Blood Mountain"), ale do dziś został tym niepokonanym, jeśli chodzi o przezajebistość i arcymistrzostwo pisania dźwięków. Ani sekundy nudy, ani jednego zapychacza, ani jednej zbędnej nuty, przedobrzenia, przekombinowania. W stylu, jaki Amerykanie uprawiali prawie dekadę temu to było ostateczne słowo, ostatnie ogniwo tego przypierdolonego progiem metalu w charakterystycznym do granic rozsądku wyrafinowaniu, tu nie było już co więcej zrobić, dlatego, mimo niespodzianki, następca "Crack..." nie był do końca tak megazaskakującym krokiem Mastodonta. Wracając do bohatera wieczoru - to tutaj talent kompozytorski poszczególnych jego członów dał o sobie znać najbardziej - praktycznie każda z kompozycji (mimo, że jest ich tylko siedem) jest całkowicie inna od poprzedniej ciągle balansując i tańcząc na linie między tymi kontenerami wpływów z jakimi romansowały te wytatuowane zgrywusy - i to z gracją cyrkowego orangutana. W końcu, jest tu mój absolutnie ulubiony klasyk kapeli - ponad dziesięciominutowy "The Czar", wspaniale łączący wpływy, nurty i ciężary. Szkoda, że ta tutej płyta z ostatnią ma tyle wspólnego co narzędzie z narządem, ale dzięki swojej eklektyczności, progresywności nasyconej przebojowością i brzmieniu pasującemu jak kula do okrągłego otworu, czwarty album zespołu chyba nie ma prawa (mi) się znudzić, a i na to się nie zapowiada. Przepyszne, wielowątkowe dzieło.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(2)

2017-10-01 23:45:58

Kurna, tutej to jakoś konstruktuwniej się nie udziele z tej prostej przyczyny że po hanterze odpuściłem se mastodona zupełnie, a te skrawki póżniejszych wypocin hopakuw jakie do mnie dotarły nie pozwalają mi na skonstruowanie choćby oględnego osądu na ich temat. Jedno natomiast jest pewne - swego czasu Leviathan przeczołgał mnie bardzo ostro; do tego stopnia  ostro że po dziś dzień słysząc ich nazwę  we łbie z automatu zaczyna mi huczeć zwycięski riff z Iron Tusk. Kurwa, totalnie majestatyczny temat, a takich momentów na lewiatanie jest więcej. Na drugim miejscu słyszałbym Blad Mauntej , głównie przez cudowny Sleeping Giant ( jeden z najlepszych kawałków mastodona imo). Co do Crack the Skye, no cóż, po bezbłędnym otwieraczu obraz mi się letko zamydla a im dalej w las tym więcej tej progresywnej bufonady co to mnie osobiście drzażni. Wolę Mastodona muzykujàcego młotem i ogniem niż mastodna próbujàcego na pełny etat malować subtelne pejzaże łapą drwala E E

 

 

 

 

2017-10-02 07:49:05

@mortuary_erection

BM po mojemu to taki za szeroki rozkrok między tym co było, a tym co przyjdzie, niemniej album bdb a do tego sentyment mam do niego gargantuiczny. I "Sleeping..." zaiste pyszota.