Loading

Na dobre i na złe

Na Dobre i Na Złe VI - LEVIATHAN

Nekro      07 listopada 2017      Artykuły, Muzyka

Ahoj, żeglarze! W niejubileuszowym, szóstym już odcinku Na Dobre i Na Złe przeczytacie dziś o dwóch "niejednoznacznie dobrych" i dwóch przepysznych dokonaniach tajemniczego pojeba Jefa "Wresta" Whiteheada i jego głównego, jakże osobistego projektu. Brzmienie, złożoność i klimat dzieł tego tworu mocno ewoluowały na przestrzeni prawie dwóch dekad działalności, więc zadanie nie jest proste. Szczególnie, że mimo kurwiliona leviathanowych wydawnictw, tylko sześć to studyjne długograje i to trzymające przynajmniej niezły poziom. No nic, nikt nie mówił, że będzie łatwo... Zaczynajmy więc bez kozery.

Duet upodlony... 

2. A Silhouette in Splinters (2005)

Chyba najbardziej dystynktywny długograj w pełnowymiarowej kolekcji Leviathan, "A Silhouette in Splinters" to płyta na wskroś ambientowa. Po dość szorstkich w swej wymowie  poprzednikach, Wrest postawił tu na mroczne jak trzydniowe fusy kawowe pejzaże nocy i negatywnych emocji. A czy ten nieoczywisty eksperyment się udał? No, miejsce w upodlonych zasłużone nie bez powodu, ale... to - mimo wszystko - wciąż dobra płyta. Elektroniczne, posuwiste ambienty nieco urozmaicają rozmyte, złowróżbne drony, a i kilka innych, zgoła nie-ambientowych motywów się też tutej znajdzie. Nic na krążku raczej nie bije w mordę ad hoc, więc nie ma większego problemu z wczuciem się w klimat albumu. Tym, co mam jej do zarzucenia, to dość uparta powtarzalność (wow, w dark ambiencie? No nie może być, Andrzeju!) i symboliczny replay-factor - na dobrą sprawę na płycie nie ma gdzie ucha zawiesić, a i te ciekawsze fragmenty (np. w kawalku tytułowym) były jeszcze fajniejsze u Wresta i wcześniej i później. Nie wspominam już o tym, że 2005 to też rocznik Lurker of Chalice o, nie da się ukryć, bardzo silnym akcencie ambientowym, który to materiał jest do dziś jebanym mistrzostwem klimatu. "...Splinters" to niby muzyka tła, ale Jefa stać na dużo więcej. Na szczęście rok później kolo zmył ten lekki blamaż doskonałą EPeczką "The Blind Wound".

1. True Traitor, True Whore (2011)

Bardzo nieprzyjemne zaskoczenie po znakomitym poprzedniku i jedyny Leviathan, którego do dziś nie mogę połknąć w całości. Zdaję sobie sprawę z okoliczności powstawania albumu, który poskutkował takim, a nie innym materiałem, ale, oczarowany trzy lata starszym "Massive...", bardzo, baaardzo liczyłem na twórcze i udane rozwinięcie jego stylistyki, której doczekałem się dopiero dużo później w postaci przepotężnego "Scar Sighted". "True..." jest jakąś ewolucją brzmienia - słuchając go nie da się temu zaprzeczyć, ale, jak na moje ucho, nie w takim wydaniu Wrest czuje się najlepiej. Jest całkiem progresywnie, słychać tutej regularnie pomyślunek kompozycyjny Hamburgera, ale płyta jest skrajnie nudna. Są tu zwolnienia, fragmenty bardziej klimatyczne, są i blackowe galopady, ale coś mi w tym wyraźnie nie gra - czy to niewłaściwa proporcja składników, czy niezbyt fortunne brzmienie, nie chce mi się już dociekać. Przedostatnia płyta Leviathan to wycie z wściekłości, ale zadziwiająco mało emocjonujące. Azaliż zaznaczyć muszę, że pomimo faktu, że to najmniej lubiany przeze mnie materiał długogrający zespołu, wciąż jest to całkiem solidny kawał metalu, potrafiący przyjebać z piąchy bez ostrzeżenia, ale w dośc ograniczonych, wybiórczych fragmentach. 


Duet Wywyższony... 

2. The Tenth Sub Level of Suicide (2003)

Pierdolona maestria morowego dźwięku. Przepotężny impuls nienawiści do świata. "The Tenth Sublevel of Suicide", któremu za rok stuknie półtorej dekady, to stworzona przez nieopierzonego srogulca dzika symfonia rozpaczy, furia depresyjnych myśli, gniew skierowany na świat i ludzkość o niezwykle autentycznym charakterze. I właśnie ta autentyczność, ta wyraźnie odczuwalna w kościach agresja z regularnymi napadami szału stanowi o wielkości, aktualności i wszechogarniającym zajebiźmie owego materiału. Mimo, że to wszystko oparte jest zaledwie na garstce riffów zaklętych w nieproporcjonalnie długi metraż prawie pięciu kwadransów, długogrający debiut Leviathan wciąga od pierwszych do ostatnich sekund, powoli dusząc, gryząc, szarpiąc mózg słuchacza do momentu osiągnięcia masy krytycznej, kiedy nie ma już dla niego ucieczki od plugawych myśli i ogarniającej wszystkie członki nienawiści. "Sublevel", wymagający przebicia się przez dość jednostajne, transowe dźwięki, to zdecydowanie jeden z najczarniejszych, najbardziej przesyconych złem i psychozą albumów blackowych tego tysiąclecia, obezwładniający mnie swą grozą o każdej porze dnia i nocy.

1. Massive Conspiracy Against All Life (2008)

Bardzo chciałbym wyróżnić doskonały, ostatni pełny metraż Jefa, ale to właśnie prawie dziesięcioletni "Massive Conspiracy Against All Life" skradł moje serce już dawno temu i do dziś nie chce go, kurwa, puścić. Łacno zaprezentowane na tym albumie wcielenie Leviathan jest dokładnie tym, które uważam na najbardziej intrygujące. Skąpane po czubek łba w szaleństwie, obsesji, doprowadzającym do ostateczności obłędzie. "Massive..." to chorobliwa psychoza przelana w ciąg genialnych, ekstremalnych dźwięków. Wrest połączył tu w znakomitych proporcjach duszny, depresyjny klimat z rozjątrzoną histerią, w co zdaje się celować podczas całej swojej kariery i stworzył dzielo ogromne, z jedyną w swoim rodzaju atmosferą. Płyta oszałamia surrealistyczną otoczką jednocześnie kłując podświadomość pazurami demonów miotających człowiekiem stojącym za tym projektem, wciąga lepkimi mackami w jego chory umysł i wysysa bezlitośnie siły witalne. Jest tu też mój leviathanowy track nr jeden, czyli "Merging With Sword, Onto Them", który, niczem rozjuszony sztormem ocean, porywa mnie w burzę emocji kończącą sie w jedyny logiczny sposób. Niekoniecznie popularny wśrod słuchaczy, ale niesamowity, olbrzymi materiał, którym katuję łeb z rewelacyjną regularnością. Majstersztyk wielkiego L, który stawiam na równi fanatyzmu z trumiennym Lurkerem. Lubić może nie, ale znać wypada.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)