Loading

Na dobre i na złe

Na Dobre i Na Złe VII - JUDAS PRIEST

Nekro      14 grudnia 2017      Artykuły, Muzyka

W najnowszej odsłonie NDiNZ skoczmy na bezczelną bombę do basenu w panteonie Bogów. Do świętego miejsca, którego nie chce się zachamić własną obecnością i proszącego się o nadzwyczajne traktowanie, ale kuszącego i przyciągającego atencję. Na jednym z boskich tronów siedzą Judasi, którymi się dziś zajmiemy, bo na koncie mają zarówno żelazne, kultowe klasyki, jak i krwawe, śmierdzące draski. Jedziemy więc, zaczynając od tych drugich!

Duet upodlony... 

2. Turbo (1986)

Kolejne Na Dobre... wdrażamy z pasją od wątpliwej jakości "cacuszka", które zerwało z całym rzędem klasycznych, kultowych dziś wydawnictw Judasów (może poza wyjątkiem "Point of Entry", który to jednak nie igrał z ogniem na tyle, co ten tutej skurwego syna syn). "Turbo" to próba odejścia ferajny od skostniałego (whaaaaat?!) heavy lat '80 w stronę rejonów może lżejszych, a na pewno dużo bardziej wtedy popularniejszych. Dość zauważyć, że ów kierunek zdecydowanie NIE był przychylny ekipie Downinga i Tiptona. Dobra, niech stracę, można zaryzykować, że takie tutejsze numery, jak "Turbo Lover" czy "Reckless" mogą się podobać, bo to album do miarowego tupania nogą czy palcem w blat i nie zwracania na to większej uwagi, ale miejmy deczko poczucia estetyki, to kurwa nie jest Judas Priest, tylko jakaś kurwa popierdółka! Dźwięki przyjazne uchu, ale zblendowane na rzadką papkę z oklepaną jak obiadowy schab stylistyką glamową, ktorej nie jestem w stanie znieść, absencja markowego ciężaru i gatunkowości... I tak, jeśli tą płytę nagrałby którykolwiek inny zespół, też chciałoby mi się rzygać na samo jej wspomnienie, bo chcąc liznąć, nawet tych najbardziej serowych (że "cheesy") dźwięków lat '80, mam do wyboru milion do n-tej innych, lepszych wydawnictw.

1. Jugulator (1997)

"Rzygulator" to powrót Brytoli po siedmiu latach od wydania najgłośniejszego heavy metalu lat '90, czyli nieśmiertelnego "Painkillera". Powrót w zamierzeniach mający kontynuować moc epokowego poprzednika, pokazujący, że nie był on ostatnim słowem komitywu, ale... Ale to powrót poległy z żenującym kretesem i krwawiącym anusem na większości frontów. Dokładnie jak w przypadku "Turbo", na "Jugulator" wyspiarze postanowili z całą mocą za nogi chwycić obowiązujące trendy - a druga połowa lat '90 to zdecydowanie czas groove'u, na którego modę wylansowały, np. Machine Head, (częściowo) Pantera, White Zombie czy Sepultura, i które to projekty - paradoksalnie - ów trend pogrzebał (ale pieniążków było dużo!). Jedyna konkluzja jest taka, że mariaże Judasów z gatunkami, z którymi nie są na codzień za pan brat, to maksymalnie przejebany pomysł. I nie mam na myśli tego, że eksperyment to zła praktyka, ale taka nie dla każdego. Album to jedna, wielka papka wytartych (już nawet wtedy...) patentów na miarowo podskakujące na koncertach nastolatki w workowatych spodniach i z warkoczykami na głowie. Być może cokolwiek przesadzam, ale takie właśnie mam skojarzenia z Pizdolatorem i to mimo faktu, że pierwszy raz obadywałem go prawie dekadę po premierze. Już przemilczę brak Halforda (chociaż Owensa nie lubię jak psa, ale i tak dużo lepiej szło mu w Iced Earth), ale popisowe spartolenie "priestowości" takimi tanimi chwytami dla dzieci to jest niemała potwarz. Nie ma w moim uniwersum miejsca na ten blamaż i nie będę się dłużej na to wkurwiał (a tak w ogóle, następujący po Chujulatorze "Demolition" to podobnego stopnia spierdolina, ale z jakimś wyborem lepszych momentów, tutej takich nie ma).

 


Duet Wywyższony... 

2. Sad Wings of Destiny (1976)

Ufff... Bycze łajno z głowy i z dupy, zajmijmy się więc tym, co każdy brudny tygrysek lubi najbardziej - klasycznymi, przesiąkniętymi metalem do kości wydawnictwymi tej wyjątkowej bandy wielbicieli ćwieków. Srebrny medal ode mnie z wielką rozkoszą i fascynacją wręczam dwójce Judasów, czyli przewybornej i w wielu płaszczyznach wyjątkowej "Sad Wings of Destiny". To z pewnością najbardziej klimatyczny album grupy, często stawiający akcent nie na elementy, których oczekiwalibyśmy od płyty metalowej, ale hej, patrz na rocznik - wystarczy posłuchać uberkultowego otwieracza "Victim of Changes" i więcej strzępić ryja nie trzeba. Na "Sad..." zespół w fantastyczny sposób połączył ciężar Sabbsów, punkowy dryl i bluesowy klimat co zaowocowalo płytą zróżnicowaną, wciągającą, inspirującą, po prostu gigantyczną - co to musiało być dla odbiorców tego sztosa w '76, to ja nawet nie. Rob przechodzi sam siebie, a pasaże KejKeja i Glenna to dziś po prostu standardy - dzięki takim składowym do dziś dzień materiał jawi się jako zjawiskowy i uważany jest za jeden z pierwszych (no wiesz, tych prawdziwych) dzieł heavy. Doskonała rzecz, którą każdy brudas i tak lubi, a którą każdy aspirujący brudas znać ma. 

1. Screaming for Vengance (1982)

Echsz, kurwa, "Screaming for Vengance"... Jedyny Priest, którego uważam za kompozycyjną perfekcję (może za wyjątkiem "Painkillera", ale ten z kolei ma inne wady), która oblewa serię kultowych przebojów następujących jeden po drugim i powodujących spazmatyczne cierpnięcie pośladów, pozwolicie, że wymienię: "The Hellion/Electric Eye", "Riding on the Wind", "Bloodstone", "Take These Chains", "Pain And Pleasure", "Screaming for Vengance", "You've Got Another Thing Comin", "Fever" i "Devil's Child", no do ciężkiej cholery - nie ma tu słabego momentu, album wypichcony i wypicowany jest dosłownie idealnie i mógłby obdzielić przebojami z pięć innych. Mimo absolutnego zionięcia klimatem poczatku ówczesnej dekady, "Screaming..." nie zestarzał się ani o włos i, mimo, że znam go na pamięć, przy każdym odłsuchu mam niezmiennie mokre pory i rozszerzone źrenice. Świetne, ostre brzmienie, Halford w życiowej formie (pod tym względem płyta przegrywa u mnie tylko z tą z drugiego miejsca), klasyczne solówki i obecny w każdym miejscu, najczystszy pierwiastek metalu. Materiał legendarny, w moim top 5 najlepszego heavy wszechczasów i taki, którego taki frazes, jak zmęczenie materiału nigdy dotyczyć nie będzie, no ni chuja, drodzy! A tak na koniec, to pragnę jeszcze zaznaczyć, że mój wybór największych dokonań Brytów to była naprawdę ciężka robota z przyczyny bardzo prozaicznej - jest ich tak wiele! "Painkiller", "British Steel", "Stainless Class", z nowszych choćby "Angel of Retribution" - to wszystko są mięsiste, zajebiście wykute sztaby metalu, ale hej, jak to mówił klasyk - there can be only two!

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)