Loading

Na dobre i na złe

Na dobre i na złe - MORBID ANGEL

Nekro      04 maja 2017      Artykuły, Muzyka

Witajcie, drodzy, tego pięknego majowego wieczora, jak życie? Dzieci zdrowe? Kot nie choruje? No to gites. Przejdźmy zatem do dzisiejszej krótkiej czytanki, a będzie nią bezprecedensowy dla Plazy temat - death metal. Tak, wiem, szok, niedowierzanie. Ja jednak zawczasu zapierdoliłem naręcze piguł na serce i popiłem bioenergobiovitalem doppelherz, zatem bez obaw przejdźmy dalej. Zaczynamy więc nowy cykl o bezbożnej nazwie "Na dobre i na złe" - będzie to wyliczenie dwóch najlepszych i - oczywista - dwóch najgorszych płyt kultowych dla nas bandów, ekip, orkiestr, solistów i tenorów. Będzie to (i jest) wyliczenie ekstremalnie, rzecz jasna, subiektywne, ale dzięki temu powstanie bardzo dobry temat do dyskursu, a nie każdy temat jest do tego dobry. Zaczynamy od jednych z ojców death - tak ze względu na ich status, jak i, hm... kontrowersyjność o której napisać można niejeden esej... Startujmy zatem! 

Duet upodlony... 

2. Heretic (2003)

No, ciężki orzech do zgryzienia był z tym drugim od końca miejscem - bo weźcie pod uwagę, co jest na ostatnim. Wszystko w porównaniu z tamtym jest złotym medalem. Ale coś trzeba było wyszperać - no i padło na "Heretic" - album tak nudny, że seans popołudniowej ramówki Polsatu na czele ze "Policjantami i policjantkami" wydaje się zdecydowanie ciekawszą stratą czasu. Nie jestem pewien, co tu się wydarzyło - ale się wydarzyło - spierdolone, wytarte po pięćset razy, ciągnące się w nieskończoność riffy okraszone przedziwnym brzmieniem przywodzącym w jakiś dziwny sposób chropowatość takiego "Altars..." ale w wersji marki Tesco - tanie, niedbałe i niestrawne. Do tego te kawałki... Żeby któryś zapadł w pamięć musiałby mu towarzyszyć, np. niespodziewany murzyński gangbang bukkake, bo same z siebie za cholerę nie chcą tutejsze "piosenki" w głowie zostać. Jeszcze pomyśleć, że tym albumem z zespołem pożegnał się wielki Commando... Jak na ten konkretny band i jak na następcę takiego konkretnego lewiatana jakim było "Gateways..." to - kolokwialnie rzec - kulą w płot przyjebane.

1. Ilud Divinum Insanus (2011)

Ach, to płyciwo chyba nigdy nie da mi spokoju. "Piękna katastrofa" jak rzekłby klasyk - tak, śmiejmy się - ale to była totalna zaglada legendy na kolejne pół dekady. Kiedy defowy kult wydaje płytę dyskotekową dla tych dziwnych ludzi co wplatają pastelowe rurki we włosy, noszą steampunkowe maski i tanie soczewki na oczach - to wiedz, że kogoś popierdoliło. A popierdoliło tutej dwie kluczowe persony - Treya i Davida, którzy, niczem ostatnio bracia Wachowscy, zmienili swoją orientację o sto osiemdziesiąt stopni i zrobili to w najgorszym do wyobrażenia stylu - robiąc w chuja swój fandom zamieszczając na "Illud..." dwa czy trzy, powiedzmy, "morbidowskie" sieki, którymi go promowali. Po premierze okazało się, że Trey, któremu się już nie chce (i to od czasów tej płyty powyżej) i David, w swoim nowym image grubego Nikki'ego Sixxa, zakpili sobie w żywe oczy, później te oczy wymazując gównem o zapachu "swobody artystycznej". Niech Was licho wpizdu - lepiej, żeby tegoroczny następca tego karalucha zmazał ten blamaż, bo zgnijecie na śmietniku historii. No, żem się wkurwił.

 

Duet Wywyższony... 

2. Gateways to Annihilation (2000)

O ile złoty medal daję albumowi, któremu trzeba oddać sprawiedliwość, o tyle drugie miejsce to moja subiektywna fanaberia - jadowity, piekielny wyziew o nadnaturalnym ciężarze, doskonałym, tłustym brzmieniu, riffingu jak z jebanego Olimpu i bulgoczącym, złowróżbnym (nowym!) wokalu... Tak, "Gateways..." to zdecydowanie mój ulubiony Morbid -co przy pierwszych trzech arcydziełach jest nie lada wyczynem - nic nie poradzę. Wspominam, zresztą, o nim na Plazie przy każdej nadarzającej sie okazji, bo jest - kruca  jego mać - o czym. No strzał w pysk, jezus chrystus padł... Płyta tak przesiąknięta lovecraftowską, podwodno-kosmiczną grozą, że czuć wręcz rybi swąd, smród martwego oceanu (a kto coś tu kiedyś czytał, to wie, że takie klimaty wabią mnie jak syreni śpiew) i z której do dziś jebią całe rzesze gołowąsów chcących brzmieć creepy. Ale to właśnie "Gateways..." już od 17 lat stoi jako monolit obleśnego, acz technicznie znakomitego death. No i w tym roku przekonamy się, czy to będzie ostatnia dobra płyta MA w ich długiej historii.

1. Altars of Madness (1989)

No, chyba nie mogło być inaczej... Hm, w sumie to mogło. Mogło tu być "Blessed..." albo "Covenant". Dla niektórych nawet "Domination" albo "Abominations..."... Ale są Ołtarze, gdyż wielkom twórczościom som. Przy okazji premiery ten album musiał być szokiem, ale szokiem jest też, jak genialnie brzmi on i dziś - nieważne, czy w oryginalnym soundzie, czy po paru tysiącach remasterów, takie strzały jak "Maze of Torment", "Suffocation" czy "Chapel of Ghouls" to panteon najdonioślejszych dobroci jakie deathowy nurt przyniósł na ten świat. Debiut nie zestarzał się nawet o jotę cały czas bezlitośnie siecząc mózg i wyciskając soki z płuc słuchacza - pod tym względem przebija nawet takie kulty, jak Death czy Obituary. Myślę, że do przebaczenia jest fakt, że nie ma tu, np. "Covenant", bo Altary to wciąż jedno z największych dzieł ekstremy i nie znam osoby, która tej płyty by nie doceniała. Nie lubię czczo pisać o takich kultach, więc dość i rzucę jednym słowem - Klasyk.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(5)

2017-05-05 19:59:02

 Duet upodlony to dokładnie moje osobiste typy- subiektywnie zgadzam się z subiektywną oceną bez szemrania. 

Duet wywyższony-tu inaczej:

2.-Formulas Fatal to The Flesh

1.-Domination

Z całą nabożną czcią z jaką traktuję trzy pierwsze albumy muszę przyznać że "środkowy" okres działalności Morbidów, wydaje mi się najatrakcyjniejszy. Kurwa, czy Azagthoth zagrał gdzieś lepszą solówę niż ta w Where the Slime Live? Albo narobił jeszcze gdzie indziej takiego nastroju jaki panuje na Formulas..? ( Gateways w sensie nastroju lokuje się tu blisko ale wolę Formulas że wzgl.na jej dzikszą, bardziej chaotyczną i surowszą naturę )

P.S. autentycznie kocham nazwę tego cyklu, ktoś powinien dać Ci za to jakąś nagrodę Nekro, albo chociaż kurwa wyróżnienie\m/

2017-05-06 10:25:39

Totalnie kumam Twój wybór 'Domination' - rzucony 'where the slime...' to jedna z moich najukochańszych orkiestracji MA, ale generalnie IMO to za blisko ta płyta stoi Covenanta, który wyczerpał podobną formułę do cna, więc Domination niczym takim mnie nie zaskoczył  - no bo miał fajne kawały, miał też (jeszcze) to mniamuśne brzmienie, tylko nowości nowej jakości zabrakło. Ale piszę to jako grubas, który każdą z 4 pierwszych płyt słuchał ponad dekadę po ich premierze, więc może to jeno wynikać z punktu siedzenia, album i tak wyborny.

No, a co do 'Formulas...' to już będę polemizował - pop ierwsze brzmienie nie robi mi w ogóle - na pewno trafnie przyrównałeś do 'Gateways...' ale ja bym to sparafrazował pdoobnie, jak przyrównywałem brzmienie 'Heretic' do 'Altars...' - czyli tania morda soundu tej drugiej płyty. Dwa - wokal Tuckera to nie było jeszcze to - brzmi mnie już kurewsko demonicznie, ale dość jednowymiarowo, jakby robił scatman johna, poza ttym te pseudo-bentonowskie skrzeki mnie wkurwiały, na 'GtA' też były, ale jebały całkiem inaczej. Plus, jeszcze się nieco dopierdolę ze złosliwości - trochę za długa była.

Co nie zmienia faktu, że zjada takie 'Heretic' na podwieczorek.

2017-05-06 12:53:39

Nie będę strugał pawiana i zaprzeczał faktom, a fakty są takie że Covenant i Domination to bliźniaki nawet jeśli ten drugi odlezał za długo w chorobliwym łonie i przez to nie jest takim dziarskim, agresywnym koksem jak jego starszy brat. Taki trochę bardziej cherlawy intelektualista...ale ma wspaniałe kawalki, wyjebujace pod sufit brzmienie o czym zresztą też wspomniałeś i prezentuje magnum opus możliwości wokalnych Vincenta, wbrew temu co twierdzą tu i tam jacyś zgrzybiali malkontenci dla których MA skończył się na Altars. Ogólnie należę do frakcji fanów vincenciegio ryku. Czytywałeś Metal Hammer? W recenzji Formulas Fatal..Remo stwierdził że w porównaniu z Vincentem, Tucker "jest po prostu jednym z wielu kolesi śpiewających growlem..." niestety to prawda bo nawet jak już chlopina się na Gatewaysach poprawił to zabrzmiał jak kurwa Nergaliszcze czyli .... nadal kaszana. Formulas za długi? zawsze można wyłączyć te zapchajdziury przy końcu płyty. Co do brzmienia- może i muł ale nie powiesz że wałki niezapamiętywalne, dodatkowo parę niesubtelnych żaluzji do Altars i mamy prawdziwą bombę 

2017-05-07 11:14:23

No, z mądrym to i pogadać ciekawie.

Adoruję GtA'skę, adoruję więc Tuckera. Nigdy bym nie wpadl na porównanie go do Holocausto, ale... coś w tym jest, lekko zdeptałeś Pan mój światopogląd (ale prównanie zdecydowanie bardziej trafne właśnie w przypadku 'Formulas..." niż następczyni)! Tak czy inaczej - kolesia podziwiam. Vincent też kiedys ryczał jak młody bóg wojny, ale Illud...

Tak sobię patrzę na promówkę "Grindcrusher" Earache z '91... kurwa, co za nazwy!

 

2017-05-07 11:33:00

Ano właśnie; konkluzja jaka płynie z płyty na 'i' jest dla mnie następująca: paradoksalnie i wbrew wszelkim pozorom bardzo cieszę się z ponownego odejścia Vincenta, bo  może z Tuckerem na pokładzie znowu jakiś death metal nagrają..co do Grindcrusher'a- jest moc, nie?...szalony to był czas dla muzycznej brutalki:)