Loading

Na dobre i na złe

Na dobre i na złe II - BATHORY

Nekro      17 maja 2017      Artykuły, Muzyka

Witam Państwa ponownie w "Na dobre i na złe" - miejscu, gdzie rzucamy oskarżenia i wynosimy pod niebiosa, gdzie gówno miesza się z miodem a ubóstwo z bogactwem. Przy pierwszym odcinku, gdzie obrabiałem dupę Morbidom, wcale nie poszło po takim maśle, jak myślałem, że pójdzie, więc pomyślałem, że tym razem wybiorę projekt do ocenienia jeszcze... trudniejszy. Jak możecie zobaczyć po tym wszetecznym, kultowym koźle u góry, odwiedzimy dzisiaj niegościnne piwnice Szwecji i zaglądaniemy w najprzyjemniejsze i te najbardziej śmierdzące zakątki BATHORY. Я приглашаю!

Duet upodlony... 


2. OCTAGON (1996)

To chyba najbardziej znienawidzony rekord w dyskografii Quorthona. Płyta, której chujowość, bylejakość i swego rodzaju drażniącą i niepotrzebną bezpretensjonalność wymienia się przy każdej dyskusji o "okresach chujowych" Bathory. "Octagon" kontynuował, jak to lubią nazywać fani "3 erę Bathory" rozpoczętą na "Requiem", gdzie Szwed odszedł od epickich drakkarów na rzecz mniej lub bardziej zobowiązującego thrash. No, thrash "Octagon" jest na pewno mniej zobowiązujący. Zaczynając od liryków napisanych jakby przez nieogarniętą gimbusiarnię i opowiadających zupełnie o niczym, przez syntetyczne, drażniące uszy brzmienie wszystkich (!) instrumentów, aż po kulejące, nigdzie nie zmierzające, bylejakie do cna kompozycje. Można by powiedzieć, że może Q nie umiał w thrash. Ale posłuchajta "Requiem"! Właśnie, że umiał! Tym czasem wszędobylski, śmierdzący groove jaki wypływa z tego albumu kojarzy się dziś bardziej z tymi mniej chlubnymi okresami Pantery czy Mejszyn Hit, kiedy wynoszeni byli na piedestał przez nastolatków z farncuskimi warkoczykami i kolorowymi butami. Można zwalić część odpowiedzialności na konwencję, na złożenie jakiegoś hołdu innym nazwom czy tumiwisizm Quorthona i to głównie przez te domysły "Octagon" nie dobił dziś do dna.  Na szczęście po tym przekleństwie przyszedł wyborny "Blood on Ice" który pozamiatał wszystkie wąty co do ewentualnej straty, hm, zaangażowania Bathory, ale - jak wspomniałem na początku - "Octagon" ciągle żyje w świadomości słuchaczy. A raczej nie żyje, tylko leży martwy i śmierdzi.

1. DESTROYER OF WORLDS (2001)

To ci niespodzianka, co? A dlaczego jeszcze niżej od "znakomitego" Oktagona, czy to w ogóle możliwe? A no bo to była jedna z pierwszych płyt wielkiego Be, z którymi moja nieskromna osoba miała do czynienia. I jakże to - od samego początku - była niefajna konfrontacja... "Destroyera..." można w sumie nazwać "Octagonem Dwa" - jakby odrzuty z tamtej płyty, będące już stanowczo zbyt ekstremalnie chujowe na nią samą, wykopać parę lat wprzód... No i mamy. Niszczyciela światów, niszczyciela fiutów chyba, ho! Album ze swoim duchowym dziadkiem dzieli nie tylko nijakie spierdolenie kompozycyjnie, ale i brzmienie nie zostawiające wątpliwości co do chęci Quorthona do wydawania nowych płyt. Jest i - tak pożądany od twórczości Bathory - groove, zabijający te klika momentów, w których gitary może i mogą robić dla słuchacza jakąś robotę. Szwed zawodzi nawet w momentach, które - wydawałoby się - są jego specjalnością, czyli w bardziej kombinowanych, długich kompozycjach, takich jak dwa ostatnie - ich długość tylko pogłębia znudzenie i wypranie z emocji przy odsłuchu. Wokale to jakaś kpina, takoż riffy - nie o takie Bathory nic nie robiłem. Ale i tutaj z odsieczą przyszły dwa, bardzo przyjmne "Nordlandy" przewietrzające smród zjełczałego jaja z napisem "Destroyer of Worlds". Aha - "Lake of Fire" to kawałek Nocturnus i nawet Bathory tego nie zmieni.

 

Duet Wywyższony... 


2. HAMMERHEART (1990)

No, ekskrementy mamy z głowy (a raczej z dupy) to możemy bez obawień przejść do smakowitości. A pierwszą z nich jest jeden z najbardziej epickich metalowych materiałów po dziś dzień, mimo już, uwaga, DWUDZIESTU SIEDMIU lat na karku. Dobry rocznik, dobry album. "Hammerheart" to, moim nieskromnym zdaniem dzieło najwyższe, gdy mówimy o tym epickim, wikińskim okresie twórczości Quorthona, album tak dopracowany, tak perfekcyjnie wykonany - i to zarówno w warstwie kompozycyjnej, jak i lirycznej - że do teraz pozostaje cudeńkiem niedoścignionym, jeśli chodzi o ten nurt.  Na tym - piątym w dysce Szweda - długograju czuć całe serce,  jakie wkładał on w swoje dzieła i z czego wszem i wobec jest znany.  Każdy kawałek to emocja, każdy opowiada angażującą historię i zaprasza do fantastycznej podróży. No i ta podniesiona do górnego ekstremum monumentalność, do kreowania której Bathory nie potrzebowało stuosobowej orkiestry symfonicznej, didgeridoo i chóru aleksandrowa, a "tylko" dużych pokładów serca, pasji i inteligencji muzycznej. "Hammerheart" jest teraz i pozostanie na zawsze albumem wyjątkowym i ponadczasowym. Tak, zmoczyłem majtki.

 

1. UNDER THE SIGN  OF THE BLACK MARK (1987)

Miałem w głowie 0 (słownie: zero) wątpliwości który album wielkiego Be umieścić na tej pozycji. "Under the Sign..." to album tak klasyczny w swojej gargantuicznej metalowości, że odciska swe palące piętno na rzeszach hord z przeróżnych subgatunków ekstremy do dziś dzień. A niedawno obchodziliśmy trzydziestą rocznicę jego wydania. Dzieło to pełne pasji do muzyki, do szatana, do siarczanych brzmieniowych wypocin (do dziś jakże imponujących w swojej biedzie, ale i w klimacie), wypełnione samym jądrem (a nawet dwoma) black metalu po ostatnie sekundy. Z zestawem niesamowitych, kultowych tracków, takich jak "Massacre", "Equimanthorn", "Chariots of Fire" czy, najczarniejszym z czarnych, "Enter the Eternal Fire". Tak wielkie nazwy jak Darkthrone czy Immortal to były praktycznie worship-bandy "Under the Sign...". Gdzie bylibyśmy razem z naszymi tysiącami wymalowanych na biało szatanistów, gdyby nie ta siarczana plwocina Quorthona z '87? Strach pomyśleć. To jeden z najsilniejszych i najważniejszych fundamentów muzycznego czczenia Szatana dnia obecnego, a i na żadną zmianę w tym względzie się nie zapowiada. To było Bathory za swoich najbardziej szczerych i nienawistnych czasów - monolit.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(2)

2017-05-18 22:11:31

znowu ja? tak? ok, no to idę do czarnej półki, sprawdzam-stoi Octagon, wydany na kasecie przez Morbid Noizz, fajny,niezniszczony, praktycznie nieużywany, niedotarty można by rzec...ciekaweczy take precjozum ma dziś jakąkolwiek wartość...tak se myślę-są tu jacyś masochiści? Może bym to opchnął za uczciwy grosz jakiemu obłąkańcowi? eeeee, marzenia...przy tym albumie nawet Cold Lake nie wygląda na to czym jest w istocie, czyli brutalnym samogwałtem dokonanym na własnym, świętym stylu, ale raczej bardziej prezentuje się jak niegroźna wyjebka pomidora ze straganu umierającego na starość plantatora któremu już i tak wszystko jedno....czyli niewinnie dość. Mam zajebistą, personalną, osobistą i prywatną kosę z tym zajebanym octagonem, głównie przez to że Hammerheart był pierwszym z prawdziwego zdarzenia metalowym albumem jaki w życiu usłyszałem, zatem w tym względzie jest jak myślę całkiem klarownie. Dlatego też nawet tak perfidne zapychanie uszu gównem co się zowie niszczyciel światów (fiutów?) nie da rady zdetronizować octagona z pozycji najgorszego ścierwa w mijej kolekcji.

Wywyższeni: Under...na drugim miejscu. Czemu? Opisałeś wszystko zgodnie z moim postrzeganiem tego albumu więc nie ma się co napinać, aleee...jest coś co nawet Undera przebija, a imię jego....tadam: The Return. Pieprzony archetyp black metalu, absolutnie pierwsza płyta w nurcie...kocham ją za wszystko: za masywną pracę gitar, za gotujący się bas, za walkę rokendrola z cmentarzem w riffach( cmentarz powoli wygrywa) za potężną perkusję z tą cudownie ''utykająca'' stopą, czyli patent na którym inne zespoły zbudowały później całe swoje kariery ( piona herr Nagell), nawet za lakoniczną okładkę co to niespodziewanie dała nieskończona inspirację dla nastepnych pokoleń, no kurwa, tu nie ma żadnych pomyłek.

2017-05-22 11:38:34

He, a Q sobie smacznie śpi i pod  wąsem półgębkiem sie uśmiecha z kolejnych taczek hejtu na cOcktagona. Może to było obliczone na taki pogrobowczy, zlośliwy zgryw Pana Batora. Disrojer of cocks może tyż, he!

mortuary, rozumiem, że ta taśma z MN to bardziej w kategoriach uzupełnień kolekcji, chyba, żeś fan masturbacji drutem kolczastym. Poniekąd - niezły rar.

A co do Returna, to generalnie jest płyciwem nie mniej zajebistym od Undera, w powyższych wynurzeniach wygrały po prostu zwykłe, chłopskie, osobiste sympatie. Jaka kurwę w głowie robi np. 'Winds of Mayhem" to o jezuniu święty wniebowzęty. No ale okładka to trochę kutas, ho!

I jeszcze na koniec chciałbym wyróżnić debiut - chamskie punkowanie o diabelnie diabelnym, garażowo piwnicznym wydźwięku. Ja wiem, że to była dziecinada, ale to było moje pierwsze Bathory, chyba jak jeszcze do podstbazy (a było tyko 6 klas!) zapierdalałem i kocham ją do dziś jak wierny pies. I"M THE REEEEAAAAPAAAAHHH!....