Loading

Na dobre i na złe

Na dobre i na złe III - CARCASS

Nekro      13 czerwca 2017      Artykuły, Muzyka

No, dziatki i dziadki, najwyższy już chyba czas na trzecią odsłonę naszego małego, sympatycznego słuchowiska o dobrociach i ścierwach - Na Dobre i Na KURNA Złe! O ścierwach dziś dosłownie pomówimy, bo bohaterem dzisiejszego odcinka jest klasyczny, brytyjski band, ojciec przynajmniej dwóch subgatunków ekstremy, matecznik znakomitych, dziś bardzo wpływowych muzyków - bezbrzeżny CARCASS!

Duet upodlony... 


2. Surgical Steel (2013)

Dziś będzie w tym miejscu wyjątkowy spokój, jestem dobrej myśli i nadziei, że każdy zdaje sobie sprawę, iż Karkasy nie mają w swoim dorobku płyt tak śmierdzących dupą, jak ich poprzednicy, nigdy nie wtopili nagrywając płytę "ekperymentalną" albo taką, którą musieli wydać, bo mieli wpizdu materiału zdrapanego żyletką polsilvera z dna najgłębszej szuflady, a jeść trzeba. Albumy Brytoli ja sam dzielę na te, które łaskoczą mnie we wór i na te, którym zabrakło tej ścierwowej iskry i kunsztu, a cierpią na nadmiar zblazowania i rutyny. Pierwszą z nich jest powrót wielkiego C z krainy martwoty, czyli wydany po 17 latach od "Swansong" - "Surgical Steel". Nie da się łatwo ukryć, że ten materiał może się podobać - ciężki git, nowoczesne, ale odpowiednio stonowane brzmienie, stary, dobry, jelitowy wokal Walkera i takie nostalgiczne strzały, jak "The Master Butcher's Apron". Mimo wszystko - nie tego oczekiwałem po powrocie Carcass...  Nie żerowaniu na dobrych wspomnieniach fanów (no, tego w sumie nie dało się uniknąć) nie popierając tego smakowitą warstwą dźwiękową, bo głównie tym stoi "Surgical Steel" - nostalgią oraz naręczem kompozycyjnej stagnacji i baniakiem aranżacyjnej nudy upuszczającymi, niczym złą krew doktór, entuzjazm z obcowania z tym materiałem już po pierwszych dwóch odsłuchach. Kawałki podobne są do siebie jak dwie połówki podgniłego japka (zupełnie jak na "Reek of Putrefaction", Ty, to moze jednak na plus?... Nieeee...) i - za wyjątkiem wspomnianego wyżej i może jeszcze przyjemnie melodyjnego, lecącego nieco przedostatnią płytą "Mount of Execution" (chociaż największe konotacje, to "SS" ma z tym albumem z pierwszego miejsca upodlonych...) - nie ma tu na czym ucha zawiesić. Ogólnie to srodze się zawiodłem, chociaż nie nazwałbym tej płyty "złom", raczej "solidnie średniom". Tak na marginesie, '13 to był też rocznik powrotu, np. Gorguts, którzy pokazali jak to się, kurczę pieczone mać, robi.

 

1. Heartwork (1993)

W '93 Carcass wydało suchą bułkę, mającą później zostać niesmaczną przegryzką między genialnymi "Necroticism", a "Swansong". Oczywiście - znowu - nie jest to na pewno zły, czy nieudany album, ma przyjemne momenty (np. tytułowy "Heartwork" to przezajebiste dojlidy), ale tutej nawet nie ma potencjału na coś więcej. To płyta jakby z założenia bez polotu i nie uratują jej nawet te "momenty". To była (niekoniecznie naturalna) ewolucja zespołu, bo właściwie każda płyta Carcass była inna i był to pędrak w stadium przejściowym, jak już wyżej napisałem, między kombinowaną, agresywną i cieżką w pip Necroticism, a (teraz mrużymy oczy) hard-rockową "Swansong", sam w sobie nie zawierający ni szczególnych pokładów smakowitości, ni tożsamości. Z tym ostatnim można się, co prawda, kłócić, bo "Heartwork" gdzieśtam zahaczyła o dopiero ssący kciuka melo-death, ale nie zmienia to faktu, że Brytowie przy spuszczeniu z tonu zaserwowali przy okazji tego albumu coś nie do końca klejącego się kupy i nie mającego z pełną splendoru nazwą za wiele wspólnego, a już na pewno nie jest to płyciwo, które komukolwiek bym polecał. Raczej odradzał, i to z lekkim grymasem zniesmaczenia, jak przy przypadkowym zobaczeniu seksu bezdomnych. Temu najniższa pozycja jak najbardziej zasłużona.

 

Duet Wywyższony... 


2. Symphonies of Sickness (1989)

"Symphonies of Sickness"... Uwielbiam jak ten album brzmi. Jak skurwisyn sunie przez głowę jadowitą chmurą zajebizmu. Jak na nowo definiuje dźwiękową ohydę, degenerację, jak piekielnie smoliste aranże Carcass zapewniają tutej połacie gęsiej skórki, a do tego imponują swym zezwierzęceniem po dziś dzień. W '89 to musiał być niesamowity strzał - słychać powinowactwo ze starszym o reek... znaczu o rok (hoho!) bratem, ale w ten rzeczony rok zespół przekroczył niepoliczalnie-milowy, ewolucyjny las i wykorzystał prawie w pełni swoje wielkie talenta nadając materiałowi bardziej dojrzały, ale wciąż obrzydliwy i jebiący grindem, sznyt śmierci. W ogóle, zauważcie, że są tu praktycznie same kultowe klasyki i dokurwieńcze strzały, które w razie eksplozji rozerwałyby przynajmniej kilka dużych krów! "Reek of Putrefaction", "Exhume to Consume", "Excoriating Abdominal Emanation", "Ruptured in Purulence", "Swarming Vulgar Mass...", można wymienić każdy i okaże się on znanym i w chuj szanowanym mordercą. No, ale takie to były czasy... Moim zdaniem, generalnie "Symphonies of Sickness" to najbardziej przełomowa i wpływowa płyta tych brytyjskich hegemonów wymiocin w wiadrze, która spowodowała sobą zawirowania na wszechscenach i powstanie masy kultowych dziś bandów - spokojnie stawiam ją obok debiutów Autopsy i Obituary na półeczce z "wielkimi przedwiecznymi". Szacun się należy i splendor łaskawy!

 

1. Swansong (1996)

Trochę zdziwko, co? Przecież miał tu być "Necroticism"! Albo "Symphonies"! A może nawet "Reek"! No to chuj, jest "Swansong" - moja ulubiona płyta Carcass, którą napierdalać mogę o każdej porze dnia i nocy, którą znam na wskroś i wszerz i która, ze swoim zestawem samych radiowych przebojów, nie poddaje się ubiegowi czasu i ciągle bawi jak bojowy granat rozpryskowy."Swansong" to jest niemal dosłowne przełożenie wyjebiozy "Necroticism" na coś, co z miłym gilgotaniem w pachwinach lubię nazywać "hard rockiem" - no bo co, motoryka, zwrotko-refreny, solówki, melodie, nawet brzmienie, ktore odeszło od "Heartwork" (o wcześniejszych materiałach nie wspominając...) tak daleko, jak to tylko możliwe daje ten fantastyczny, co prawda piosenkowy, ale na tyle bezpretencjonalny feel (tak, tak, wiem, że tutej teksty też były "zaangażowane", ale to dziesiąte tło, na które nawet teraz, po tysięcznym przesłuchaniu, nie zwracam większej uwagi), by nie czuć się urażonym bufonadą czy z drugiej strony pójściem na łatwiznę. W ogóle, gdyby nie wszeteczny charkot Jeffa, album mógłby wyjść pod szyldem, hm, np. CARACAS, albo KARAKAN, albo, biorąc przykład z KOMBI zróbmy CARCASSS. Dobra, kurwa, żart - "Swansong" ma w sobie wszystko, co w tym bandzie było najlepsze i to przedstawione w zupełnie nowej odsłonie - dopicowanej, doglancowanej, o zupełnie innym przyłożeniu akcentem, ale takiej, która wciąż regularnie raduje moje ciało i duszę! Wysmaruj mnie olejem kokosowym i nazywaj bezczelnym pedałem, ale... Uwielbiam.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)