Loading

Na dobre i na złe

Na dobre i na złe IV - METALLICA

Nekro      11 lipca 2017      Artykuły, Muzyka

Dobra - po poprzednich trzech, bardzo radiowych boysbandach, takich raczej do pytania na śniadanie, a nie oblegania zamku, poruszmy jeden z obecnych filarów skrajnego, ekstremalnego undergroundu. Zespół mało znany, acz poważany - część fanów (z tej garstki, którą mają) przynaje, że skończył się na debiucie, czyli "Killing Is My Business", ale większość poważa całą pierwszą część ich dyskografii, płyty takie jak "Pleasures of the Flesh", "The Years of Decay" czy "The Legacy". Co wybierzemy w dzisiejszej odsłonie "Na dobre i na złe", jako najgorsze i najlepsze osiągnięcia tych piwnicznych treszersów z METALLICA? Sprawdźcie!

Duet upodlony... 

2. Hardwired... to Self-Destruct (2016)

Zaczynając od makabrycznie nikczemnej okładki, najnowsza próba Metalliki to jeden wielki niewypał. Zapowiadana jako powrót do przeszłości, jako naturalne rozwinięcie (całkiem - przecież - niezłego) "Death Magnetic", "Hardwired..." rozczarowało już długo przed premierą, serwując serię teledysków okraszoną zupełnie przeciętną, zblazowaną, wymuszoną muzyką z krzywym brzmieniem za milion dublonów, przepełnioną seriami nudnych dźwięków od znudzonych muzyków. Z drugiej strony widziołech, że album wielu ludziom podszedł - nie da się zaprzeczyć, że ma radiowy feeling i prawdopodobnie to dobry materiał, np. do samochodu, ale podobnym kryterium to ja płyty klasyków nie będę oceniał. W porównaniu do poprzedniczki Metallika straciła ikrę, dynamikę, chęci i pomyślunek, nagrywając na DWA cedeki materiał najwyżej bardzo średni. A nie tego się spodziewałem - co prawda, nie oczekiwałem też chociaż zbliżenia się do lat '80, ale i tak zostałem niemile potraktowany. Nieładnie. A "Atlas, Rise!" kojarzy mi się niezmiennie z "I Am Morbid!", co jest jakimś skandalem.

1. St. Anger (2003)

Tutej to raczej dużo tłumaczyć nie trzeba, "St. Anger" przeszedł już do historii jako klasyczny przykład ciężkiej muzy szaletowej - na pewno z jakimśtam, zawoalowanym potencjałem, ale przykrytym bardzo grubą warstwą szadzi i ekskrementów. Zaciśnięta, czerwona pięść to już symbol muzycznego, brutalnego fistingu i robótek ręcznych na włodarzach wielkich wytwórni. "St. Anger" to była katastrofa w niemal każdym calu - poczynając od czerpiących z radiowych trendów, popierdółkowych kompozycji, przez proste, czy wręcz prostackie instrumentalizacje, po kompletnie zjebane, nie przypominające niczego brzmienie do dziś odbijajace się hamburgerom czkawką. Albumu zupełnie nie ma jak bronić, nie ma za co chwalić, pozostało tylko płakać, albo śmiać się do łeż. Chyba tylko za DVD z "Some Kind of Monster" gdzie metalikowe primadonny i drama queens płaczą, jacy to oni są już życiem zmęczeni i jak to kurwa trudno sprostać wyśrubowanym oczekiwaniom fanów. Tragedia posejdona, spektakularna katastrofa, niesamowite gówno na kiju. I reklama Tik Taka już w pierwszym kawałku.

Duet Wywyższony... 

2. Kill'Em All (1983)

Dosyć tych pomyj i żółci, czas zająć się smakowitościami! Na pierwszy ogień grillowy (i drugie miejsce) idzie kultowy debiut zespołu (bo ten debiut ze wstępniaka to nie była prawda!) który zaczął thrasze i tak naprawdę miał największy wpływ na tą sympatyczną subkulturę. "Kill'Em All" (na którym - rzecz jasna - Metallica się skończyła) to seria znakomitych, bombastycznych strzałów przelatujących przez łeb jak nuklearna torpeda i zmuszających go do niekontrolowanego miotania we wszystkie strony. To motoryczny, bujajaący metal o wybitnie bezpretensjonalnej naturze, bez znacznego kombinowania, czy "uklimatyzowania" kompozycji, a mający być głównie wybornym tłem do moszpitów i hedbengingów. Album do dziś wybitny, z takimi przykurwami, jak "Hit the Lights", "Whiplash" czy "Seek and Destroy" - burgery już nigdy nie byli w takiej wyjebawczej formie, co czyni jedynkę materiałem wyjątkowym.

1. ...And Justice For All (1988)

Uu, kontrowersyjnie - przy sejnt engerze narzekałeś, chamie, na brzmienie, a tu z AJFĄ wypierdalasz przy złocie? Ano wypierdalam - bo to moja ulubiona Metallica, a "niejednoznacznej rangi" brzmienie dodaje jej niesamowitości, szczególnie dziś, prawie 30 lat po jej wydaniu. Nie słychać basu? Kogo to obchodzi, przecież i tak Burtona tu nie ma, a kto to w ogóle je Newsted? "...And Justice For All" to po dziś dzień najbardziej kombinowany materiał Metalliki i chyba ostatni, gdzie słychać, że ten kwartet (nie)egzotyczny naprawdę potrafił obslugiwać swoje instrumenty - nawet Ulrich, który dziś gra gorzej od czteroletniego koreańczyka, pokazał tutaj pełny pasji i złożoności popis. Do tego, eklektyzm kawałków na płycie swobodnie można porównać do "Mastera...", a to też była rzecz, z której Metallica od '91 roku już nie słynęła. Uwielbiam "Blackened", łorszipuję "Eye of the Beholder", wielbię "One" (tak, gej że hej), fascynuję się "Shortest Straw", admiruję "To Live is To Die" i kocham "Dyers Eve". I tak prawdopodobnie będzie już po kres. Pokrętny i polemiczny, ale monumentalny materiał.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)