Loading

Śmiechuje

Najbardziej metalowe gry wszechczasów

Nekro      07 kwietnia 2017      Topy&Besty, Gry

Jak można się domyślić - fanów ekstremy nie brakuje w żadnej dziedzinie. Mamy malarzy malujących plugawe gówno, rzeźbiarzy rzeźbiących srogi szajs, dekarzy dekujących bezecny crap, rowerzystów rowerujących szalbierczy gnój czy nawet nauczycieli uczących wynaturzonego łajna. Takoż są koledzy deweloperzy, którzy z pasją i zacięciem dewelopują sobie - ku uciesze pokrewnej zainteresowaniami gawiedzi - jakiś terrorystyczny stolec. Czasem nie wprost, ale taki wyraźnie zaakcentowany ekstremalnym sznytem. I takim nielichym ekskrementem się tutaj zajmiemy.

INFO: Poniższy artykuł to przedruk z nieodżałowanego SOUNDBASTARDS na którym pojawił się on jakieś ponad pół dekady temu (jak to staro brzmi, ja jebię!). Przy tej rewizji został dopicowany i poprawiony aby nam się lepiej czytało, a wszyscy byli zdrowi. Oznacza to jednak, że pełen jest frustracji młodego kuca i niepoprawnej polszczyzny. Ale ogólnie chyba sympatyczny, polecam akowoż czytać przez przymrużone oczy. Do tego jest to pierwsza część cyklu - kolejne będą pisane już dzisiejszej perspektywy (dzięki Swarogowi!).  Zapraszam!


Być może ten artykuł wyda się wam zbyt dziecięcy, ale to nie mój problem. Przechodząc do clue - masz przed sobą zestawienie najbardziej "metalowych" gier wideo - niech cię jednak młody chemiku nie wprowadzi to w następujący błąd: że lista będzie bazowała na cięższych soundtrackach ze świata elektronicznej rozrywki. Przy jej tworzeniu, chodziło mi raczej o to, w jakich grach przedstawiono, z przymrużeniem oka, standardowy (być może stereotypowy?) gust typowego kucmajstra wyrażony w produkcjach ze świata gier a nie muzyki. Z grami, czy to komputerowymi czy konsolowymi na pewno każdy miał do czynienia (oprócz roczników sprzed '80, za ich młodości grało się w, dopiero wymyśloną, kanastę) i na pewno każdy ma jakieś zajebiste wspomnienia z tego okresu (lub cały czas ich doświadcza nabierając się na reklamy dużych produkcji wiszące w witrynach przystanków tramwajowych). Lista jest całkiem obszerna, ale wdzięczny będę za Wasze własne typy gierek, które metal mają w każdym bicie.

 


Guitar Hero

To raczej oczywisty wybór na początek, chociaż, może niekoniecznie? W pewnym momencie seria Guitar Hero poszła w brzmienia takich tuzów nowoczesnego, prawdziwego rocka, jak Królowie Leona czy 30 Sekund na Baton. I odbiorcy podobnych czy inszych straszydeł byli głównym targetem Activision. Dobrym pomysłem była natomiast edycja Metallica, gdzie oprócz samych szlagierów milionerów, można było też zagrać kawałki np. Alice In Chains, Judas Priest, Kyuss, Mastodon czy Slayer. Z prostą w obsłudze gitarką i dużym TV gra się naprawdę przednio, szczególnie w pewnym stanie, kiedy jesteś juz zbyt spierdolony, żeby rozmawiać na racjonalny w danej sytuacji temat. Ostatnia propozycja serii, czyli "Guitar Hero Live" to popelina najniższej próby.


Mortal Kombat

Kultowa seria bijatyk, nie tylko dla fanów machania łbem do gry chujowych kapel w chujowych klubach. Muza i Fatality - te dwie rzeczy czynią MK zajebistą serią gier dla standardowego brudasa. Kultowy motyw przewodni zna każda gospodyni domowa, a animacje takie jak wyrwanie jelita grubego przez ranę pod paznokciem to ambrozja dla duszy grindcore'owca. Można też ponapierdalać po gębie nieruszającego się bota, więc fani gothic metalu także znajdą tutaj coś dla siebie. Szczególnie, że mamy w Mortalu całą masę wyrazistych, kultowych postaci ze Scorpionem i Sonyą "Tit" Blade na czele. Dużym plusem dla wielbicieli dobrej rozrywki jest plunięcie kwasem z ust Reptile'a w twarz przeciwnika oraz gargantuiczne biusty u wszystkich kobiet zaszczycających serię swoim udziałem.


Metal Gear Solid

W tym kontekście stare, dobre, i kurewsko trudne MGR przypomniało mi się głównie z nazwy, ale kwalifikowanie tej giercy wśród "najbardziej metalowych" gierek byłoby zbyt proste. Nie chodzi mi tu też o soundtrack, bo z metalem nie ma on wiele wspólnego (przynajmniej z pierwszych 3 części). Chodzi tu o klimat - zimny, niegościnny, post-industrialny klimat, jeśli miałbym ryzykować cyckami za porównanie tej serii do jakichś konkretnych metalowych szuflad, to byłby to djentystyczny math metal, albo industrialny black w stylu Spektr. W każdym razie tona niekonwencjonalnej atmosfery i w chuj metalowa otoczka tworzą z tej serii bardzo ważny wybór dla brudnego gracza.


Full Throttle/Grim Fandango

Tutaj dwie klasyczne, przygodowe produkcje LucasArtsu, na które co prawda nie załapałem się na czas, bo mogłem mieć jeszcze serwatkę pod nosem od ssania piersi, ale na szczęście długo nie zwlekałem z poznaniem tych pojebanych gierek, autorstwa jednego i tego samego człowieka zresztą. Full Throttle to chyba najbardziej heavy metalowa przygodówka evah - podczas gry mamy następujące możliwości interakcji - użyj, zbadaj, uderz, złap i kopnij - a początkowo, w grze miała znaleźc się sekwencja popi(k)sowego tripu halucynogennego. Poza tym nasz bohater to prawdziwy bydlak i easy rider - członek gangu motocyklowego. Grim Fandango to gra z całkowicie innej beczki, przepełniona jest, często wysoko latającym, czarnym humorem i klimatem filmów Burtona. A każdy metaluch lubi Burtona, gdyż, jak wiadomo, Burton jest alternatywny i mroczny. Dla wielbicieli tak Misfits jak i Clan of Xymox.


Tu robimy małą przerwę na herbatę z rumem albo seks z clownem.


Rune

Perła gejmingu dla fanów viking norsk true chesthair metalu. Zabiera nas ona do zaśnieżonych krain pólnocnych ziem, które zamieszkiwane są przez przed dzielnych, długowłosych, długobrodych, długopałych i bezzębnych wojowników gwałcących w służbie Odyna cudzoziemskie kobiety. Wcielamy się w rolę woja, który przez całą grę tnie, uderza, rozpierdala, kosmicznie siecze, widzi kurwa pożogę, gwałci Trolle i rozłupuje kokosy tylko po to, aby wojna między Odynem i Lokim (w wersji azjatyckiej - Lo-Kim) nie doprowadziła do zdrowego pierdolnięcia po pachach (czyt. Ragnaroku[nie mylić z Jihadem]). Ogólnie, to mamy w kurwę broni, w kurwę wrogów i zajebisty, zimny, mistyczny świat. Dla fanów Bathory, Falkenbach i Enslaved, raczej srożyzna.


God of War

Co jest bardziej metalowego od napierdalania żelastwem w jakichś przychlastów zagarniających duszę naszej dupy? Nie wiem, ale seria God of War, ze swoją nieprzyzwoitą, cieplutką jak krew świeżo zarżniętego świniaka brutalnością, pokazuje, że nawet takie nadmuchane fabuły potrafią mieć prawdziwy metal we krwi (a może przede wszystkim takie). Każdego w tej gierce możesz posiekać na dziewięćset sposobów jedną bronią, broni są dwa tysiące miliardów, a doliczcie jeszcze do tego zwyrodniałe gore w różnych quick time events albo kombo w dupę. Grałem w nią najmniej, ale to część trzecia trzyma zwierzchnictwo nad serią. Dla fanów z jednej strony Incantation i Nihilist a z drugiej Septicflesh czy Limbonic Art.


Silent Hill/Alan Wake

Wiadomo, że prawdziwy, śmierdzący metal z krwi i kości, taki, który w dzieciństwie chodził na patyka do lasu a jedyne tazosy jakie zbierał, to były te z metalu, nie będzie grał w Raymana (chyba że po dopalaczach, wtedy ta gra nabiera głębi) czy innego Jazza Jackrabbita (kto pamięta, kurwa?) a będzie chciał się zanurzyć w cuchnące moczem ulice Silent Hill albo nawiedzone przez jakieś psychotyczne chujwico lasy z Alan Wake. Gry naprawdę potrafią przestraszyć (najbardziej piję do SH2, niektóre pokurwielstwa z tego japońskiego szitu śnią się cżłowiekowi do dzisiaj), dlatego, tak jak przy słuchaniu bezecnego, ambientowego black metalu w stylu środkowego BaN, Darkspace, The Axis of Perdition czy Xasthur, warto po raz ponownie zainwestować w pieluchy z lewiatana (ostatnio taką radę sprzedałem przy okazji recki nowego Absu), bo biegunka moze rozlać się po całym dywanie, nieprzyjemne, nie polecam.


Carmageddon

Gra-legenda. Gra-kult. Gra tak nierozerwalnie związana z dzieciństwem, jak Dragon ball na RTL Sieben. Gra o tak ogromnej sile przyciągania, a jednocześnie o tak słodkiej (nic, że z lekka dewiancko przedstawionej) bezpretensjalności, że na zawsze zostanie w sercu każdego wielbiciela rozjeżdżania pieszych samochodem. Niezależnie od preferowanych gatunków czy nurtów, ta gra nie ma (nie miała) prawa Ci się nie podobać, a jeśli tak było, to znaczy, że najwyższy czas zajebać się młotkiem na śmierć. No bo co jest złego w bonusie za piękny styl wcięcia w kolczaste alufelgi jakiejś starej, burej suczy z zakupami? Ja nie wiem. Gra metalowa aż do kości.


The Path

Giera w stylu indie, odcina się od nurtu hiperwybuchów z Call of Duty i 10-hit combosów z Tekkena, a opiera się cała na symboliźmie. W tej gierce nie zginiesz, musisz tylko dojść z ciasteczkami do domu babci. A jeśli zboczysz z trasy, zapuścisz się do ciemnego lasu i spotkasz wilka... o panie, mindfuck gwarantowany. Chory, mistyczny klimat gry potęgowany jest wybitnym soundtrackiem autorstwa nieświętej Jarboe, o dark-ambientowo post-rockowej prowieniencji. Czemu jest metalowa? Bo fani przeróżnych awangardowych degeneracji grając w The Path będą się czuli, jakby przenieśli się do chorych umysłów ich idoli, np. Mike'a Pattona, Yamasuki Eye, kolesi z Virus czy Thee Maldoror Kollective. Sick shit, bro.


Grand Theft Auto

Radio z serii Grand Theft Auto to juz przedmiot kultu, szczególnie z wybornej odsłony Vice City (gdzie miedzy morderstwami kurew można sobie było posłuchać np. Ozzy'ego, Megadeth, Iron Maiden, Anthrax czy Michaela Jacksona), ale to nie o niej chcę tutaj napisać. Do czwartej odsłony (samej w sobie najmroczniejszej ze wszystkich) wyszedł w 2009 roku dodatek Loast&Damned traktujący o gangu motocyklowym zawierający dodatkową stację radiową - Liberty City Hardcore, której hostami jest Jimmy Gestapo z Murphy's Law oraz, uwaga, sam Max "Oddawaj Moje Franczyzny" Cavalera. Większość gry przejeżdża się na zajebistym Harleyu, a przy radiowych hitach autorstwa, np. Terrorizer, Kreator, Deicide, Sick of It All, Bathory, Agnostic Front, Celtic Frost, Entombed czy Cro-Mags, jest to przejażdżka doprawy wyborna. Jest też dużo zabijania i tortur, a to ulubione przyprawy gimnazjalistów słuchających nowych płyt Cannibal Corpse przy odrabianiu lekcji.


Serious Sam

Naprawdę, czy naprawdę muszę tłumaczyć dlaczego ta gra znalazła się w tym zestawieniu? Wystarczy tylko wspomnieć o ultra-killach dokonywanych na bezgłowych kamikaze i jednookich, kwadratowych monstrach za pomocą rozgrzanego do czerwoności mini-guna długości 5 metrów, i już wiadomo o co chodzi. Poza tym, Sam był kolesiem o zajebistym podejściu do świata - należy rozpierdolić w strzępy wszystko co się rusza. Czyż to nie jest zajebiste? No, powiedz, czy to nie jest zajebiste? Pierdolisz, oczywiście, że jest. Jesteś tylko zbyt durnym cymbałem na gierki z apteczkami rozrzuconymi po planszy, a matka Cię nie kocha. I umrzesz samotnie.


Brutal Legend

Zdecydowanie najbardziej metalowa gra w historii, nie mam żadnych pytań. Ta, autorstwa Tima Schafera (odpowiedzialnego za przytoczone wcześniej Full Throttle i Grim Fandango), opowiada o roadie'm Eddie'm (z głosem i ryjem Jacka Blacka) który, po przeniesieniu się do Świata Metalu musi ocalić go przed Demonami i Pudel Metalem (serio). Robi to za pomocą swojej gitary z której ciska różnymi wyładowaniami, i wielkiego topora którym napierdala siepaczy zła. Można też wsiąść do customizowanego hot roda (świat gry jest otwarty, jak w Fuel) który, niczym w GTA, posiada radio, a w nim usłyszymy takie kapele jak Rotting Christ, Angel Witch, Judas Priest, Black Sabbath, Mastodon, King Diamond, Manowar, Testament, Enslaved, Kiss, Metal Church, Motorhead czy... Cradle of Filth. Znakomitego OSTu dopełniają podkładający głosy i twarze - Lemmy, Ozzy i Rob Halford (zawodowa robota, szczególnie Lemmy rozpierdala). Klimat, muza, świat, wszystko jest w tej gierce prawdziwie metalowe.

 

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)