Loading

Nowy szajs muzyczny

Necrot - "Blood Offerings" (2017)

Nekro      06 września 2017      Recenzje, Muzyka

Dziś - standardowo ostatniemi czasy na Plazie - się pluskać gwałtownie będziemy w bardzo gęstym, bardzo jadowitym szlamie, w takich starych fusach kawowych, których nawet bezpośredni strumień wody z kranu nie chce ruszyć. Hektolitry owego balsamu, przelane w osiem, mniej więcej tej samej wielkości baniaków, zapewnia nasz sponsor - kalifornijski Necrot, a całość opatrzył wielką, czarną i jebiącą glutem hekatombą - "Blood Offerings".

Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu to dla obecnego społeczeństwa grzech powszedni jak dzień i noc. Nieumiarkowanie w doświadczaniu przezajebistych, death metalowych debiutów, to przewinienie, jakiego doświadczalność jest dużo rzadsza, ale ten nasz specyficzny, 2017 rok, dostarcza coraz to nowych okazji do grzechu. Pisałem już o tym przy okazji Ensnared, ale precedens jest tak wyjątkowy, że po troszę sam nie mogę w niego uwierzyć - no jeden debiut lepszy od drugiego, masakra.

Tym razem atak nadszedł zza oceanu. Necrot to tercet prowadzony przez Lucę Indrio, znanemu pewnie niejednemu jako basista przemocarnego Vastum i dobrego Acephalix. W nowym projekcie nie odbiega za daleko od swoich klimatów, skręcając jednak zdecydowanie wyraźniej w stronę klasyki i łorszipując old-schoolowe, znane i lubiane, deathowe zagrywy. Debiutancki długograj poprzedzony był trzeba demkami o tytułach odpowiednio: "Necrot", "Into the Labirynth" i "The Abyss", które w tamtym roku wydano na kompilacyjnym "The Labirynth" za sprawą TankCrimes Records (labelu od, np. Cannabis Corpse i Ghoul). Do posłuchania jest tutej:

Progres jaki dzieli "Blood Offerings" od demówek nie jest znowuż jakiś znaczący, ale czy to źle? Necrot umościł sobie bardzo przyjemne gniazdko w takim rasowym, konserwatywnym death metalu pozbawionym ozdobników i polerowanej produkcji, który z definicji nie pozwala na śmielsze eksperymenty i majstrowanie z pojebanymi kwerendami, mogącymi grozić podłożeniem zapałki pod ten wspomniany stylistyczny punkt centralny. Na tej płycie panuje głównie płonące gruzowisko, ale nie mniej jest i Antykrysta oblanego jakąś sepią czy inszym morowym kolorem. Przy akcencie tak bardzo przyłożonym do ciężaru i staroszkolnego riffingu, Amerykanom nie zabrakło chyba niczego znaczącego - mozna się zastanawiać czy nie podziwiamy tu tylko dekoracji ignorując prostackie jądro, ale po co, skoro świeże od Necrotu dostarcza bardzo przyjemnego gilgotania synaps? Efektu tego nie umniejsza ani wyraźna powtarzalność utworów, ani złodziejskie żniwa riffów ze starszych kolegów, bo tak już przecież robi (prawie) każdy młodziak, a i zdrożnym to bym tego procederu nie nazwał. Poza tym, regularne przypominanie o tych najpyszniejszych daniach oldskulowego death metalu to rzecz, za którą zawszę będę bił brawo - posłuchajcie skrajnie morbidowskiego "Empty Hands", czy bardziej łupanego, niemal szwedzkiego "Shadows and Light", a znowuż piździec tytułowa to przesmaczny hołd dla, np. Incantation - no nie ma pytań, takie skurwesyństwa jak te przykłady (a - wspominałem o braku różnorodności - reszta wałków od tych nie odstaje) są po prostu sympatyczne i niesamowicie przyjemnie się nimi swoje uszy katuje. A raczej owe uszy obdziera ze skóry, naciera cytryną i solą himalajską, a później wędzi na wiśniowym dymie. Słówko o brzmieniu - gitary są wszędzie! Bębny i bas napędzają ten cały rynsztok, dość wyraźny, ale też relatywnie cichy growl podkreśla atmosferę, ale głównym bohaterem debiutu Necrot są zdecydowanie wiosła - gwałcą kobity, grabią spichlerze i podpalają pola - splendor czasów minionych jest tu zapodany w zwielokrotnieniu i jest to zdecydowanie jeden z najsilniejszych punktów albumu. Do tego metraż materiału jest wręcz idealny - niecałe 40 minut, jakimi częstuje "Blood Offerings" to rozciągłość akurat przed przedobrzeniem a zaraz po pełnym nasyceniu żołądka solidną szuflą gruzu i wapna palonego.

Pisanie recenzji płytek tak generycznych, jak "Blood Offerings" to niejednoznacznie wdzięczna robota, bo z reguły poza generalną charakterystyką nie ma o czym pisać, co paradoksalnie stanowi o sile podobnych materiałów. Płytę dobrą od złej w tej stylistyce dzieli muzycznie całkiem wąska granica, ale od razu słychać, czy robiona jest z serca i flaków, czy z braku lepszego pomysłu. Jednak nie mogłem sobie darować odnotowania na Plazie tej zajebistej, robiącej masakryczne spustoszenie w głowie i po prostu sprawiającej przyjemność z obcowania produkcji - czy kalifornijczycy pójdą ze swoim Nekrotem o krok dalej, czy kontynuując pielęgnację wybranej niszy zdecydują się na powtórkę z rozrywki - nieistotne, przy takich pokładach smaku i oddania klasycznym klimatom - ja to biorę bez popity orenżadą.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)