Loading

Nowy szajs muzyczny

Necrowretch - "Satanic Slavery" (2017)

Nekro      21 czerwca 2017      Recenzje, Muzyka

Dość techniki, dosyć wirtuozerii! Nuty to je gówno, a drem titer żre pomyje! Progresja to plebejska fanaberia, złożone kompozycje to chuj! W tę mańkę siarczyście kląc nadszedł kolejny (po, np. Harvest Gulgaltha), szalony potwór, wagon szatańskiej flegmy i brudnej spermy, zabójczy cios NECROWRETCH i ich najnowszy pomiot siarczysty ognisty - "Satanic Slavery". Nadstawcie łby do rąbania i zwilżcie dupy do przegrzmocenia, bo strzał to jest - zaiste - dokurewny!

"Satanic Slavery" to trzeci pełny metraż w życiorysie tych bezczelnych, bezpardonowych i mefistofelowych żabojadów i, o ile orientuję się w tym, że po lewej stawiamy na chodniku nogę prawą, jest to najlepsze, najbardziej reprezentacyjne i dojrzałe śmierdzące ścierwo w ichniej dyskografii. Bez szarżujących dzików, bez sabaczenia po pięciolinii, France dają wpierdol na poziomie wora mosznowego, by wraz z metrażem materiału posuwać się ze swym tępym, zardzewiałym ostrzem w górę i dodatkowo jeszcze dźgać po nerach starymi grabiami do liści. Finezja występuje tu w ilościach takich, jak mózg we łbach posłów w sejmie - czyli śladowych i filozofii tu też żadnej ni ma. A właściwie jest - jedna jedyna. Najbardziej kosmiczny w ryj przykurw demonami, jaki da się osiągnąć za pomocą standardowego metalowego instrumentarium i gwałcenia strun głosowych upapranymi w żabim łajnie, głodnymi krwi widłami gnojnymi.

Krogulczy wyziew black metalu idzie tu w nieopisany hajduk z dusznotą, ciężarem i wykręcającym sok z rzyci klimatem death, podlewając to bezpretensjonalnym jebaniem gitarom i iniekcjami żrącego jadu klasycznego, niemieckiego thrashu. Tany tych wpływów, o ewidentnie apokaliptycznych konsekwencjach, potrafią sciąć krew żyłach i przyprawić o bolesną erekcję w tym samym momencie - gruz z wapnem, jakie sypią się ze słuchawek ważą przynajmniej tyle, co udziec Godzilli, albo łydka Twojej Starej. No i to wszystko jest w Twe ucho wyharane z takim gniewiem, jakby papieża obrażano - wakot, złość i harmider towarzyszący tym ośmiu konkretnym chlastom zimnego, trupiego mięsa, jakimi częstuje mordy słuchaczy "Satanic Slavery" to jest rzecz, którą warto przeżyć więcej niż raz - bo z tak konkretnie ukierunkowanym womitem nienawiści, to człowiek rzadko kiedy się spotyka.

Wokal grinduje po bandzie takim siarczanym, paskudnym bełtem kojarzącym się z jednej strony z piekielnictwami typu białe, skandynawskie mordy, a z drugiej gruźlicą nowej fali amerykańskiego palenia stodół razem z parobami. Nie powiedziałbym, żeby ktoś od zmian skali rzygu wokalisty dostał wytrysku, ale czasem jebaniec ciągnie jak przepuszczony przez taką okrągłą kratkę do jajek judaszowy klecha albo inszy król diamentów - miodnie podkreśla blasfemię i baterię jelitowych krucjat necrowretchowego instrumentarium - a w nim też się sporo odkobździeja! Gity tną, jakby jutra nie było, siepią riffami jak chomiki ruchaniem, grzmocą  w łeb jadowitą mocą piekła i kosmosu lawirując między gorącą smołą, a zimnem trucheł swoich ofiar nadzianych na thrash/blackową Dzidę Pożogi. Bębniarz daje do pieca jak Myszka Miki w Myszkę Mini, a i nawet basistę dobrze słychać! Wybebesza te przysłowiowe nieletnie dziewice jak zawodowy rzeźnik i dopierdala do pieca jak człek pojebion! Instrumentalnie, mimo pozornej lachy na technikę i komponowanie, jest mniamuśnie, wręcz bombastycznie! A do tego brzmi to wszystko jak ofiary jęczące o życie na gruzowisku katedr i kaplic skąpanych w ogniu i zwierzęcej posoce, ach, tyle dobra!

Jeżeli oryginalność to Jezus, to Necrowretch krzyżuje go raz po raz i nawet kamieniami rzuca - nie po to się dziką, szatańską inbę odpierdala, żeby Cię później od oryginalnych wyzywali - cały splendor szlamu, jaki posiada podobna odnoga czarnego metalu jest też przemycony na "Satanic Slavery" - ten album to bezlitosna macka potwora morskiego owijająca się wokół gardła i przez prawie czterdzieści minut wyciskająca z Twojego głupiego łba wszystkie soki i szczująca instynkty. Nie będzie to duża, czy kultowa płyta, ale można ją nazwać zajebistym planktonem. I z tym stwierdzeniem, jak i z muzyką ślimakożerców, zostawiam Was na koniec.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)