Loading

Fucked-up shit

Odmienne Stany Twórczości II - THE SHAGGS

Nekro      30 maja 2017      Artykuły, Muzyka

Witajcie, drodzy, w kolejnej odsłonie nowego cyklu - Odmienne Stany Twórczości - pierwszy odcinek, jeszcze jako "Fucked-up shit" traktował o metalowym zwierzogrodzie, więc przy okazji tego wyjdźmy z zoo na ulice miast sprzed 50 lat i przyjrzyjmy się pewnemu małemu fenomenowi, który dopiero od niedawna zachwyca wielbicieli sztuki nieszablonowej, wymykającej się wszelkim analizom, odciętej w definitywny sposób od klasycznych, media-friendly nurtów muzycznych. Dzisiaj przedstawiam The Shaggs - niezauważoną, wyjątkową perłę, odkrytą długo po swoich dokonaniach, prezentującą twórczość znakomicie pasującą do tego cyklu, uwaga - chore gówno!

INFO: Tekst oryginalny napisany i publikowany był któregoś deszczowego wieczoru 2011 roku na SB. Odkopany z zawalonych kopalń internetu, wykorektorowany, poszerzony i podpicowany.

Wyobraźcie sobie, drodzy, gdybyście nigdy w życiu nie słyszeli muzyki. Radio jawiłoby się zbędnym wynalazkiem szatana mającym deprawować Wasze delikatne, szare komórki, nie chodziłoby się do (nie mniej ohydnych od radia) knajp, w których niezajmująca muzyczka leciałaby w tle, ba, nawet mama nigdy nie śpiewałaby Ci przed snem, bo to zbędna fanabaeria, a w ogóle, to przed snem się paciorek deklamuje. Jedynym źródłem twórczości muzycznej z jakim milelibyście styczność byłyby psalmy a capella śpiewane w często odwiedzanym kościele. A teraz, wyobraźcie sobie, że w takiej to sytuacji dotyczącej osłuchania muzycznego, zostalibyście zmuszeni przez kochanych rodzicieli do nagrania studyjnej płyty rockowej. Fantazja chorego umysłu? Fanaberia bogatych, białych ludzi? Nie dla czterech sióstr Wiggin, które pod koniec lat '60 postawione zostały w takiej właśnie sytuacji.

Spójrzcie na powyższe zdjęcie. A potem jeszcze raz. Kto by pomyślał, że te trzy wiejskie dziewczyny w śmiesznych rajstopkach nagrają album dzisiaj uważany za rewolucyjne dzieło - jak to lubią określać czterookie buce w tweedowych marynarkach - outsider music, chwalone przez takie sławy jak Kurt Cobain czy sam Frank Zappa (jak stwierdził genialny wąsacz - "The Shaggs było lepsze od The Beatles"), ale wszystko po kolei.

Dawno, daaawno temu, bo 1968 roku pewien nawiedzony (lub "natchniony") rolnik z 4-tysięcznego miasteczka Fremont w stanie New Hampshire, Austin Wiggin Junior, postanowił dopełnić proroctwo swojej matki, która, czytając mu z ręki na łożu śmierci, przepowiedziała, że jego latorośla podbiją w przyszłości świat muzyki. Nie było to wbrew pozorom takie szalone, bo pozostałe proroctwa opętanej babki - ślub Austina z rudawą blondynką i poczęcie dwóch synów - sprawdziły się co do joty i co do tego nie było wątpliwości. Wierząc więc w przeznaczenie, Wiggin postanowił złapać Boga za nogi i kupił swoim - wtedy kilkunastoletnim - córkom zestaw instrumentów i zapisał je do scholi na lekcje posługiwania się nimi.

Tutej trzeba wspomnieć, że siostry: Dorothy "Dot", Helen, Betty i Rachel w swoim, buzującym hormonami wieku, interesowały się raczej innymi rzeczami, niż majakami swojego do przesady konserwatywnego ojca (który, jak głosił wszem i wobec, we śnie rozmawiał z Jezusem), nie ryzykowały jednak postawienia się surowemu, wychowanego w twardej, chrześcijańskiej, małomiasteczkowej marszrucie zgredowi. Wykonywały skrzętnie wszystko, co ojciec im rozkazał i musiały pisać "piosenki" od ręki spełniając jego chore, warunkowane wątłym stanem psychiki, zachcianki. Były one całkowicie niezainteresowane karierą muzyczną, dlatego (oraz z powodu charakteru ich ojczula) prawdopodobnie nigdy wcześniej nie spotkały się bliżej z twórczością muzyczną w jakimkolwiek sensie. Każda z nich była jak noworodek, dla którego nie istnieją symbole i ma na tyle "czystą" świadomość, że wszystko, co zrobi, będzie nowe i niepowtarzalne. Siostry nie chodziły na zabawy szkolne, nie uczestniczyły w paradach ani świętach państwowych, w ich domu nie było radia (czyli diabelskiego pudełka z ludzikami w środku) a telewizor ustawiony był permanentnie na konserwatywne media informacyjne. W takich okolicznościach siostry skomponowały swój pierwszy i jedyny album "Philosophy of the World".

Cały materiał składający się na płytę skomponowały siostry Wiggin, natomiast za proces nagrywania, produkcji i wydania albumu zapłacił, wciąż wierzący w majaki zmarłej dawno temu matki, Austin Junior. Co do wydania albumu, to wesołej familii nie dopisało szczęście - człowiek współpracujący z wydawnictwem Third Word Records, które, pod długich poszukiwaniach, jako jedyne zgodziło się na puszczenie płyty Wigginsów w obieg, zniknął z 900 sztukami z 1000 wytłoczonych i nikt go później nie widział. Pozostałe 100 sztuk zapalczywie porozsyłane zostało po amerykańskich stacjach radiowych, dlatego za oryginalny egzemplarz płyty można dostać dzisiaj tłusty plik dolarów. Radiostacje szybko zrezygnowały z puszczania utworów z "Philosophy..." ze względu na bardzo niskie zainteresowanie słuchaczy podobnego typu twórczością. Razem z usunięciem albumu z radiowych setlist, The Shaggs, jak i marzenia Papy Wiggin'a o podboju świata muzycznego przez jego córki, zostały pogrzebane. Płyta została odkryta na nowo 1978 roku, kiedy w przypadkowej rozgłośni radiowej w Massachussets ktoś wygrzebał z szuflady zakurzoną płytkę z trzema uśmiechniętymi dziewczynami w śmiesznych rajstopkach na okładce. Od tamtego czasu album regularnie zbiera wysokie pozycje w wielu prestiżowych rankingach.

A sama zawartość krążka "Philosophy of the World"? Powiem Wam, że prędzej uwierzyłbym w to, że do założenia rodzinnego kolektywu skłonił Austina Hrabia Lucyfer a nie Jezus, bo muzyka produkowana przez jego córki (pomimo, że nieintencjonalnie) jest tak zła i zdegenerowana, że trudno ją połączyć z jakąkolwiek inną twórczością z tamtego czasu. Pisząc "zła" nie mam na myśli jej jakości, a raczej taką pierwotną dewiację, która pod dziewczęcymi głosami śpiewającymi prostolinijne i kompletnie bezpretensjonalne rymowanki, ukrywa przekaz podprogowy każący zabijać kobiety i dzieci, i fantazjować na temat samobójstwa. Mimo przerażającej wręcz prostoty, to muzyka boleśnie aż sugestywna i (w swój "zły" sposób) emocjonalna, chowająca przesłanie na tyle głęboko, że nie znalazło się wielu odważnych, którzy by ten album w jakiś sposób docenili. Pierwsze, co rzuca się w uszy, to kompletnie nieregularne harmonie, które przy pierwszym kontakcie wywołują potężny wstręt. W połączeniu z rozsynchronizowanymi melodiami rodem ze starych kołysanek, jest to zaprawdę niebanalna sprawa (a rok był - powtórzę - 1968!). Każdy instrument gra sam dla siebie, perkusistka cały czas rżnie, jakby pomyliła kawałki, gitary w żaden sposób się nie zgrywają, a lekki, bardzo amatorski styl śpiewania dopełnia ten psychodeliczny, soniczny obraz zniszczenia.

Nie ma szans na zapamiętanie melodii poszczególnych kawałków, nie wspominając już o jakichkolwiek zagrywkach. Jedyne, czym wyróżniają się, chociaż trochę, poszczególne utwory, to teksty. Nie sugerujcie się słowem "philosophy" w tytule płyty - dziewczyny śpiewają o kotkach, bieganiu po łące, cukierkach i prawdziwej przyjaźni. Prawie, jak Madonna. Może tutaj trochę przesadzę (a nawet bardzo), ale na postronnego słuchacza dysharmonie "Philosophy..." będą miały podobny wpływ jak sztandarowa pozycja rozpierdalająca uszy przyzwyczajonych do rytmicznej i prostej muzyki ludzi, czyli "Trout Mask Replica" Kapitana Wołowe Serce. Zaprawieni w boju i używkach dostrzegą jednak różnicę miedzy wizjonerskim, nadludzkim poziomem złożoności kawałków Beefhearta, a kompletną (aczkolwiek wyborną) amatorką sióstr Wiggin. Jednak płyta The Shaggs również miała ogromne znamiona oryginalności, zawdzięczając je głównie wspomnianym już przeze mnie całkowitym braku inspiracji muzycznych. To czyniło i wciąż czyni tę płytę taka wyjątkową na mapie historii muzyki.

Po kilku malutkich koncertach, Austin odpuścił córkom i dał im się w spokoju zająć nauką i seksem bez zabezpieczeń, aczkolwiek parę lat później, w '75, postanowił wydać następne dolce na kolejną sesję nagraniową. Siostry znów nie były zainteresowane takimi banialukami, ale, wciąż tłamszone przez nawiedzonego despotę, skomponowały kolejne kawałki, które, niedługo później, zaczęły nagrywać. Tak się jednak jakoś nieszczęśliwie stało, że w połowie sesji nagraniowej, zmarł, natchniony przed laty przez Boga mówiącego ustami jego matki, Austin Wiggin Junior. Siostry, z braku przysłowiowego bata wiszącego im nad karkami, od razu rozwiązały zespół swojego ojca i wróciły do normalnego, teraz już pozbawionego kontrolującego dziada, życia.

Odkrycie płyty "Philosophy of the World" na nowo pod koniec lat '70 nie oznaczało dla sióstr rewolucji. Dostały trochę kasy za reedycję albumu plus wydanie niepublikowanych utworów z sesji z '75 na albumie "Shaggs' Own Thing" i tyle. Ciągle nie były zainteresowane muzycznym światkiem, szczególnie, że ponowne odkrycie wizji ich ojca mogło wiązać się z powrotem kilku złych wspomnień. Nadal żyły ze swoimi rodzinami w 4-tysięcznym Fremont i zarabiały na życie uprawiając ziemię. Były całkowicie poza obrazkiem, i bardzo im to odpowiadało. Aż do 1999 roku, kiedy, może z chęci zysku, a może z czystej nostalgii, zagrały dwa koncerty w Nowym Jorku dla uczczenia trzydziestej rocznicy wydania "Philosophy...". Do dzisiaj, siostry Wiggin, a właściwie chory pęd ich ojca, dorobiły się filmu dokumentalnego, musicalu, kilku książek, sprzedano też prawa do fabularnej ekranizacji historii The Shaggs.

Wszystko to jest jak najbardziej zasłużone - warunkuje to niesamowita wyjątkowość twórczości tych wiejskich dziewczynek w śmiesznych rajstopkach. Staly się też inspiracją dla rzeszy kolejnych projektów, starających się robić sztukę "niecodzienną". Jest to też jeden z niewielu (jedyny?) przykład muzyki pozbawionej jakiegokolwiek dosłownego znaczenia, wypranej z symboli, doświadczenia i inspiracji. To niewinna, pierwotna muzyka.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(7)

2017-05-30 16:38:40

Nie, kurwa to nie może być prawda, to zjawisko mnie przerasta....ameryko, you filthy aberrant bitch!

2017-05-31 07:20:31

To przecież przodek powerviolence w prostej linii, he

2017-05-31 17:23:01

No conajmniej, nie rozumiem  jak Euro mógł przeoczyć takie zło i nie wydać ich w Deathlike Silence

2017-06-02 19:18:00

Biere sie

2017-06-02 19:20:00

O Boże...

2017-06-03 12:59:47

I jak?

2017-06-06 23:12:02

Ciężkie, to na pewno