Loading

Nowy szajs muzyczny

Oranssi Pazuzu - "Värähtelijä" (2016)

Nekro      02 października 2016      Recenzje, Muzyka

Myślałem, że to niemożliwe - że Oranssi Pazuzu nigdy nie przeskoczy swoich dwóch pierwszych, wybitnych od deski do deski dzieł, które chłonę tak samo dziś, jak w okresie ich premiery. "Värähtelijä" to perfekcja w ruchu. Monolit najbardziej dojrzały, najbardziej złożony, najbardziej uduchowiony (słowo-klucz w kontekście tej ekipy) i taki, który przejdzie do histori gatunku i zostanie w głowie fana do trupa.

I. Värähtelijä (Wibrator)

Pazuzu to jeden z tych kolektywów, których twórczość sięga dalej niż do uszu. Do miejsc, w których myśl styka się z wielkością kosmosu, emocja wybucha w supernową, gdzie wieczystym tańcem pląsa samoświadomość a protony i neutrony tańczą przed oczami niczem motyle w słoneczny poranek. Jest obok takich gargantuicznych bytów jak Ufomammut, Sleep czy nawet Can, których wibracje wchodzą w szpik kostny z siłą laserowo-atomową, skąd rozchodzą się we wspomniane regiony. To metalowe Nurse With Wound, 13th Floor Elevator i Penderecki w jednym, to metalowy ciemny, straszny bór z gniazdem marsjańskich zombie-kosmitów, to metalowy ekwiwalent słodkiej bułeczki śniadaniowej naszpikowanej emenemsami i likworem. Twórczość Pazuzu sięga tam, gdzie wzrok nie sięga.

II. Saturaatio (Nasycenie)

Jak wspomniałem, już zapewne dwukrotnie, Fini wydali najlepszy album w swojej karierze. I ponownie nadmienię, że była to niesamowicie trudna sztuka. "Värähtelijä" to kompletna forma Oranssi Pazuzu, forma, do której ich twórczość jako świadomy byt dążyła od początków dzialalności. Tę drogę obrali sobie na początku, ale największym (jakże rewelapolucyjnym) zwiastunem Giganta Wibratora był "Valonielu" - poprzedni album grupy z '13 roku. Tam to rozwinęły się niemal w pełni krautowe miłości kolektywu, co zaowocowało najbardziej hipnotycznymi i wyrazistymi wszechświatami zamkniętymi w formie szeregu narkotycznych kawałków. Ale zapomnienie poprzednich krążków zespołu byłoby uczciwe jak oprocentowanie Prowidenta. "Valonielu" była genialna, ale jakoś zawsze pozostałem wierny swojej pierwszej miłości - debiutowi "Muukulainen Puhuu" - który ciągle worshipuję i darzę, niegasnącnym niczem wichry namiętności Twojej Starej, afektem...

W dwa tysiące dziewiątym ten album był wyjątkowy i miał wszystko, czego chciałem. Hail Spirit Noir nie było jeszcze w planach, a Aluk Todolo nie wiedział jeszcze, czy chce grać Darkthrone, czy Neu, tymczasem niepochamowany, narkotyczny jad, jaki bił z "Muukulainen..." nokautował od pierwszych sekund "Korppi", ktore katowałem z tak szczególną regularnością, iż żałuję, że nie dało się na to dup wyrywać. Album jawił się jako przekraczający bariery nie tylko gatunkowe ale i percepcyjne, jedyny w swoim rodzaju. Po fantazmatycznym "Kosmomonument" i galaktycznym "Valonielu" przyszło mi zrewidować te poglądy, ale, och, z jaką przyjemnością... 

 

Ekstremalna psychodelia.

III. Lahja (Prezent)

Wibrator nie uderzył niespodziewanie - na album czekałem z wypiekami na pucułowatych polikach od dłuższego czasu - prawie trzy lata, które dzieli go od poprzednika, to nadłuższa przerwa między lonplejami zespołu w jego historii. Dobrze, że w tym czasie dokazywały podobnie niecne bandy i było czego słuchać, jednak zawsze gdzieś w kąciku ust ten czyrak oczekwania na nowe Pazuzu rósł i pęczniał od ropy.

Płyteczka wyjszła w promienie dnia 26 lutego za sprawą Svart Records i od razu zebrała żniwo galantych ocen na hipsterskich portalach. W sumie, jak Wolves in the Throne Room zaczęli grać muzykę do supermarketów, to brodaty właściciel koszuli w kratę 65 kurwa kilo wagi nie ma za bardzo na czym ucha położyć (bo i Deafheaven już się troszeczkę spiździł), to oceny nie dziwią.

Jednak w tym konkretnym przypadku wysokie oceny są usprawieliwione tą jedną rzeczą, o której już nie raz dziś wspomniałem - tym, że "Värähtelijä" jest galaktycznie fest przykurwionym albumem wgryzającym się w mózg spektralnymi spiralami jadowitej śmierci. Chwalony za dojrzałość, formę, doskonałość produkcji i kompozycji a także za ubogacenie ducha, album nie przeszedł bez echa w żadnym poważniejszym miejscu wliczając w to takie zblazowane starością miejsca jak Pitchfork czy Spin.

IV. Hypnotisoitu viharukous (Hipnotyczna Gniewna Modlitwa)

Co ciekawe - do miksów wzięli kolesia od "Kosmonument", znanego z miksów dość ciężarnych projektów typu Dark Buddha Rising czy Ghost Brigade. I słuchać, że takie masywne podejście do brzmienia jak najbardziej utrafiło w kompozycje na tej płycie. Gitarra pruje nieboskłon, bębny tradycyjnie trochę na uboczu a na pierwszym planie wydupcisty, bezecny i pipeczny rzyg wokalu w akompaniamencie Kibordu Nuklearnej Psychodelii.

Sound nie jest, wbrew pozorom, tak daleki od "Valonielu", ale Oranssi poszlo o kolejny krok w stronę fuzzy-krautowego brzmienia lat '70 (patrz Hawkwind, Amon Duul II) wystrzeliwującego sluchacza z głowy w kosmos. Nie, żeby to ich wyróżniało - podobną produkcję miała, np. dwójka Trelldom (swoją drogą, polecam) sprzed prawie 20 lat, ale jako, że stylistyka obu zespołów jest zupełnie różna, to i brzmienie inaczej działa. Pazuzu niby obdarza przestrzenią, ale zaraz wypełnia ją jakowymś trującym gazem, tlenu jest mało, wystarczy go na tyle, żeby podryfować te parę minut wzdłuż kawałka. Szczególnie, że praktycznie każdy zaczyna się subtelnym intrem robiącym cug i wpuszczającym powietrze do zakażonej poprzednim monstrum przestrzeni.

"Pazuzu przed wejściem do studia - kto jeszcze pamięta jak się nazywa i skąd wziął się w tym kurwa lesie, ten wygrywa."

V. Vasemman käden hierarkia (Hierarchia Lewej Ręki)

Jeśli chodzi o poszczególne kompozycje, to ten album jest zdecydowanie najbardziej różnorodnym dziełem zespołu. Najbardziej przypomina "Kosmomonument", bo swoje miejsce znalazły tak opętańcze, wykręcające ryj jak lizak maczany w kwaśnym proszku, srogie czarne msze (np. "Havuluu") jak i mocno klimatyczne, czasem wręcz intymne ("Lahja") szepty, przy czym trzeba przyznać, że tych drugich jest zdecydowanie więcej. Te dwa połaczone światy tworzą, mimo, że niesamoicie przepastne, to zamknięte kawałki.

Weźmy takie "Saturaatio" otwierające album. Mamy klimatyczny, subtelny (ale już śmierdzący narkoteką) wstęp, który przeradza się w krautowy, instrumentalny, transowy, zapętlony zjazd, rozwijając kompozycję z każdym kolejnym tej pętli wykonaniem. Wtem wchodzi piekielny, siarczany wokal podbity po pewnym czasie pulsującym, ostrym klawiszem który podkręca hipnotyczność dźwieków o kolejną klasę. Po chwili nastrój leciutko lżeje, zamiast ciętego syntezatora dostajemy takiego pseudo-hammonda jak u HSN który łączy się za moment z małą, prostą, klimatyczną solówką. Później mamy już totalny Hawkwind worship - uporządkowany kosmos, katapultę wypierdalającą mózg w rejony niepojęte (uwaga na zwieracze, same się nie trzymają!). Po tym wszystkim nadchodzi upragniony cug i po tym dzikim napierdolu klimat znów lżeje a zmysły wracają napowrót do głowy. Można zaczerpnąć powietrza. Podróż na słońce i z powrotem w niespełna 12 minut....

Nie wszystkie kawałki są tak eklektyczne jak otwieracz, ale przesłuchując całą płytę ma się wrażenie, że tak właśnie miało być. Taka "Lahja", w swojej relatywnie spokojnej, tajemniczej naturze, brzmi jak jaskiniowy rytuał jakiegoś poyebanego, kosmicznego kultu a "Hypnotisoitu viharukous" to coś, co nagrałby dziś Flower Travellin' Band gdyby nawiedził ich kosmiczny zombie-szatan. Natomiast trzecia z kolei, kompozycja tytułowa, to gargantuiczna nasycona kwaśnym post-rockiem, senna ośmiornica - jakby ktoś wstrzyknął stanowczo niepokojącą dawkę lsd pod powiekę Neurosis z czasów "A Sun That Never Sets". Bardzo niepokojąca rzecz. Takie wpływy przeplatają się na Gigancie Wibratorze bardzo regularnie tworząc ekstremalną, narko-kosmiczną zupę.

VI. Havuluu (?)

Ukryć się nie da, że Pazuzu zawsze dążyli (i wciąż to robią...) do magicznej syntestezji. Do roztaczania krajobrazów swojej wyobraźni za pomocą kompozycyjnej wizji i wykonania. Do przeniesienia krajobrazu myśli w empirycznie doświadczalne przeżycie. To, obok przestrzennego brzmienia i wybitnie hipnotycznego charakteru samych utworów, najsilniej łączy fiński kolektyw ze środkowoeuropejską sceną krautrockową lat (głównie) '70. Tak w przypadku Pazuzu jak i ekip takich jak Can, Ash Ra Tempel, Cluster czy Agitation Free nadrzędnym celem tworzonej muzyki jest malowanie dźwiękiem, zapełnianie białego płótna plamami kreatywnej wyobraźni muzyków. Na pewno tak dziś, jak i wtedy dużo w takim podejściu środków powszechnie używanych za uzależniające (chociaż wydaje sie, że te, przy których pomocy tworzono tak konkretnie ukierunkowaną twórczość, to akurat nie uzależniają), ale są one jeno katalizatorem umożliwiającym w miarę dokładne i twórcze przeniesienie owych wyobrażeń na taśmę (wiem, zabrzmiało cliche).

Twórczość osadzona w latach dawno minionych jest zresztą ostatnio bardzo jazzy, czego dowodem jest mainstreamowa popularność ekip takich jak Ghost i Witchcraft (mniej, ale jednak Wujek Kwas i Leniuchy), to podejściem do takiej tworczości jak u Pazuzu para się zaledwie garstka mniej lub dużo mniej znanych ekip. I to już jest powód do chociaż pobieżnego romansu z ich "obrazami".

VII. Valveavaruus (Kosmiczny Zawór)

Kończąc już ten pean pochwalny na cześć nowej (NAJLEPSZEJ!!!) płyty finów, musze wspomnieć, że, rzecz jasna zespół nadal nie ma dystrybutora na Polskę i po płytę trzeba dzwonić do Pana z Czech albo Portugalii (ewentualnie, jak masz za dużo pieniędzy, możesz to zlecić przez allegro - 130 złotych za CD, 250 za LP i, uważaj, 420 za digi 2LP), więc to kolejny tekst, który pisałem na podstawie popelin ze Spotify przy której, mam wrażenie, nawet porządne sluchawki nie pomagają.

Mimo, że album prawdopodobnie nie rozwinął swoich brzmieniowych skrzydeł w stopniu takim, jakbym chciał, to oczarował mnie od pierwszych sekund odtwarzania, nostalgicznie przypominając rozpakowywanie debiutu zespołu kilka lat temu. Oranssi Pazuzu to obecnie zespół w pełni świadomy jak ma wyglądać jego twórczość a "Värähtelijä" jest tego najlepszym potwierdzeniem. Album to w pełni dojrzały, zróżnicowany, nasycony energią i szatańsko hipnotyczny a do tego świetnie wyprodukowany. Czy to ostatnie ogniwo ewolucji zespołu? Mam nieodparte wrażenie, że na kolejnych wydawnictwach Pazuzu zniszczy jeszcze bardziej a pochwalom i spontanicznym, entuzjastycznym ejakulacjom nie będzie końca.

No cóż, nic mi innego nei pozostało, jak zarzucić album i coś do niego by wystrzelić rakietę na krańce kosmosu... Ahoj przygodo!

 

PS. Za tłumaczenie dziekuję Panu Guglowi Translatowi, należność wyślę przelewem.

 

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)