Loading

Biadolenie okolicznościowe

Po pięć filmów, gier i płytek dobrych na upały

Nekro      05 lipca 2017      Topy&Besty, Misc

Huh, ani się obejrzeliśmy, a z paskudnej, zimnej i niegościnnej wiosny pogoda i kalendarz wkroczyły na tereny letnie. Żar leje się z nieba jak ten przysłowiowy skurwiel, drogowcy nie mają zmartwień, kobity zakładają na się coraz mniej, a plenerowe melanże, koncerty, imprezy okolicznościowe i grille rozmanażają się niczem króliki na wiosnę. Cóż, żyć nie umierać. Jak dla kogo - są na tym świecie persony (do których - z gracją - sam się zaliczam), które tego żaru, duchoty, spiekoty po prostu kurwa nie lubią i w tym jebanym słońcu chcą przebywać jak najmniej. A mówię to jako mieszkaniec miejscowości nadmorskich od prawie dekady.  Dla siebie, jak i dla podobnych mnie, pojebanych, zabłąkanych latem jednostek, przedstawiam krótki spis filmów i płytek, które koją nieco (piekące od oparzeń słonecznych) ciało i umysł.

PS. Wybory dość mocno oczywiste, ale nic nie poradzę - dzisiaj duchota, że ho!

PSS (Społem). Żartuję, słoneczko jest spoko - ale z nim jak z wódką - co za dużo, to niezdrowo.

KINOTEATR:

The Thing

Mając w głowie zamysł podobnego arta do tego tutej, pierwszym platynowym itemem, jaki pojawił mi się przed oczami wyobraźni był ten, wypełniony po dekiel splendorem, klasyk Carpentera z '82. Nie dość, że technicznie, to do dziś prawie się nie zestarzał, to jeszcze straszy, przeraża, aż poślad cierpnie! "Coś" schłodzi piekące miejsca za pomocą swego, mrożącego krew klimatu izolacji i odosobnienia, arktycznych pejzaży kończących się tylko linią horyzontu i galerią cudownie pojebanych maszkar oczekujących tylko okazji do skoku na gardło. Brrr i chuj z rimejkiem!

Alien

Cóż może być zimniejszego od bezlitosnej, komicznej próżni? Od szarpiącego portfelem, sercem i dupą zera absolutnego? Niewiele rzeczy, ale można się pokusić o wskazanie tajemniczego, kosmicznego robala-mordercy z kwasem zamiast krwi, szponami ostrymi jak żyletki i językiem będącym praktycznie drugim potworem. W kosmosie nikt nie usłyszy Twojego krzyku, a nawet jeśli, to nie zdąży nic zrobić - Ksenomorf wybebeszy Cię jak masarz indora i nawlecze Twoje kiszki na swój ostry ogon. Kult Scotta z '79 to jeden z naprawdę niewielu horrorów, który potencjał kosmicznej pustki wykorzystał do cna ku budowaniu klimatu grozy i zaszczucia. Chłodzi łby nie mniej od solidnej szufli śniegu.

The Shining

Można się spierać, czy "Lśnienie" to wielkie dzieło czy wielka pomyłka, ale druga połowa filmu, kiedy nad filmowy hotel przychodzi blokująca wszystkie drogi i zatrzymująca hotelowych gości w jednym miejscu zima, temperatura wkoło widza gwałtownie spada na łeb i dupę. Od pewnego momentu film Kubricka, podobnie jak "The Thing" mrozi krew w żyłach horrorem otoczonym nieprzebytymi zaspami i siarczystym mrozem, które oplatają, niczem mackami, umysł głównego bohatera. Ty już wiesz, jak to się skończy, ale na tutejsze zmagania z czystym, dzikim obłędem można patrzać cały czas bez przerw. Sztos.

Dod Sno a.k.a. Zombie SS

"Martwy Śnieg" to typowy przedstawiciel niemieckiego ekpresjonizmu z bogatymi elementami surrealizmu... not. Obie części tego norweskiego cyklu to była w punkt trafiona, sikająca juchą po śniegu, często sięgająca do klasyki, niegrzeczna czarna komedia atakująca widza dwoma podstawowymi brońmi - armią martwych, żądnych ludzkiego mięsa hitlerowców i mocno zimowymi, niegościnnymi, norweskimi pejzażami - od samego patrzenia twardnieją süty! A że śnieg w "Dod Sno" zazwyczaj po chwili zmienia zabarwienie na czerwone - no to jeszcze lepiej.

Frozen

Krwawiące kwasem monstra? Chodzące trupy oficerów SS? To wszystko nic w porównaniu z bezeceństwami, z jakimi ma się do czynienia we "Frozen". Mamy tu obłąkaną, chorą z nienawiści psychopatkę, która (prawdopodobnie po zażyciu ogromnych ilości substacji psychoaktywnych) posiadła moc panowania nad żywiołem lodu. Wykorzystuje go od razu do zmienienia ogromnej połaci terenu w jałową, lodową pustynię (a, co za tym idzie, do anihilacji niezliczonej fauny i flory obecnej wcześniej na tym obszarze) i do nękania bogu ducha winnych mieszkańców krainy (z których zapewne bardzo wielu padło ofiarą okrutnej śmierci głodowej). Niebezpieczna bohaterka gada sama do siebie odpływając w swój obłęd z każdą minutą seansu, doprowadzając w końcu do konfrontacji ze swoją głupią jak but bez cholewy siostrą. Reszty fabuły nie bedę spojlerował, ale to, co odpierdala się w "Krainie Lodu" to najbardziej pojebana, najbardziej rzucająca na skórę ciary rzecz, jaką w życiu widziałem. Tylko dla dorosłych, Disnej, Ty chory pojebie...

Z DRĄŻKIEM W DŁONI:

Conarium

Nakurwianie drążkiem zacznijmy od młodej świeżynki, gołowąsa - rzec można - bo Conarium jest produkcją tegoroczną, ogrywałem ją ledwo 2-3 tygodnie temu i przekupiła mnie swoim, mroźnym jak zjełczały smalec klimatem i mistyczną atmosferą. Czerpiąc prawie, że wprost z pojebactw Lovecrafta, gra umiejscawia akcję w polarnej stacji badawczej i rzuca w ryj tajemniczymi symbolami, starożytnymi bóstwami i plemionami je czczącymi, kilkoma tripowanymi sekwencjami i świetnym audio (trza grać we słuchawkach). Przemierzanie opustoszałego niegościnnego kompleksu budynków (a później jaskiń) jeszcze nigdy nie chłodziło czachy w tak subtelnie-makabryczny sposób.

Bioshock

Klasyka klasyki o kultowym fundamencie. Gra ma już swoje lata, ale, jako, że nie tak dawno ponownie jej "doświadczałem" przy okazji  remasteru, to bez wchania stwierdzam, że ciągle robi dobrą robotę. Bioshock to genialna fabuła połączona  z diabelnie przyjemną, wciągającą od stóp po nos rozgrywką. Dlaczego ta gra (właściwie, to cała seria, razem z podniebnym "Infinity") jest dobra na upał, chyba zorientowanym nie muszę tłumaczyć - Rapture - metropolia  w której poznamy zakamarki wybitnej historii przedstawionej w pierwszym  Bioshocku, to miasto zatopione kilometry pod powierzchnią oceanu, gdzie za oknem widać ławice ryb i rafy koralowe, a po korytarzach biegają małe, psychotyczne, pojebane dziewczynki pragnące wyssać Ci duszę. Dupsko i kark cierpną regularnie!

Fahrenheit: Indigo Prohecy

Fahrenheit to była giera w wielu płaszczyznach rewolucyjna, a jedną z nich był gęsty jak stara śmietana klimat noir w miejskim, ale zimowym i mroźnym settingu. Losy bohaterów, których animowaliśmy w grze to była seria ucieczek, bijatyk, pościgów, strzelanin i odkrywania motywów działania pojeba mordującego swe ofiary w dość dystynktywny sposób. Mimo remastera, gra się już do dziś zestarzała, ale jej doskonałym, duchowym następcą jest "Heavy Rain" - o podobnych właściwościach chłodzących. Warto dać szanse, to może ta skóra, która zaczyna Ci schodzić z nosa grzecznie wróci na swoje miejsce.

Lost Planet

Tej serii nie mogło tutaj zabraknąć - właściwie, to głównym bohaterem Lost Planet jest planeta - przysypana śniegiem, skuta lodem (tu wyłamała się dwójka, gdzie można było zaznać klimatu zgoła odwrotnego) i zamieszkana przez krwiożercze maszkary o gargantuicznych rozmiarach. Rozgrywka to właściwie jedna wielka polarna burza, której łomot przetykany jest szczękiem wystrzałów. Mimo braku skomplikowania i większych ambicji, tytułowa planeta dodziś robi wrażenie swoim ogromem i niegościnnością. Zimno, jak po zmrożonym do swoich limitów browarze.

Dead Space

Tutej mamy przypadek podobny do "Aliena" z sekcji kinoteatralnej - w "Dead Space" mózg konwulsyjnie grabieje za sprawą przerażającej i zimnej komicznej pustki, w którą twórcy upchnęli jedne z najbardziej mrożących krew monstrów w historii gier.  Przemierzanie ciasnych i ciemnych korytarzy stacji kosmicznej jest jak rozbrajanie bomby w przypadku, gdy wiesz, że i tak pierdolnie - pytanie tylko jak mocno walnie. Doskonałość pierwszej "Martwej Przestrzeni" zawiera sie właśnie w tym ciągłym poczuciu zagrożenia, w zajebistym dizajnie poziomów i w historii, popartej zresztą dwoma pełnometrażowymi filmami animowanymi (szczególnie pierwszy polecam). Tysiąc w skali boforta to mało.

MUSZLA KONCERTOWA:

Biosphere

Przechodzimy więc subtelnie ze świata elektronicznej rozrywki do świata rozrywki duchowej - sprawdźmy czem najlepiej ochłodzić swoje uszy. Na pierwszy ogień (a właściwie sopel) idzie zimna jak stopy Twojej Starej, spirytualna jak Familiada do schabowego i monumentalna jak duże pastwisko twórczość Geira Jenssena publikującego zazwyczaj jako Biosphere. Norweg generalnie tworzy muzykę inspirowaną naturą, żywiołami ze szczególnym uwzględnieniem klimatów właśnie lodowcowo-mroźnych - na ochłodzenie splaonych słonecznymi płomieniami miejsc posłuchać warto takich rzeczy, jak "Polar Sequences", "Patashnik", czy genialne "Substrata" i "Cirque".

Paysage d'Hiver

To chyba najbardziej znany, traktujący o brodzeniu w śniegu i otrzepywaniu rakiet śnieżnych z igliwia blek metal pod słońcem. Projekt jest dość monotematyczny i na ponad tuzinie swoich wydawnictw pruje jedno i to same, ale - kurwasz jego raz - jakie to jest dobre. A i jeszcze lepsze, jak słońce nakurwia skwar, że można na swoim udzie chleb w jajku smażyć. Wintherr, do którego Paysage należy, maluje pejzaże wielkich zamczysk otoczonych fosami śniegu, wyludnionych wiosek przymierających głodem z powodu mrozu i gromadek dzieci w śmiesznych, jednopalczastych rękawiczkach, ale niezbyt radosnych, bo cierpiących na ekstremalne wychłodzenie. d'Hiver jest jak automatyczna myjnia samochodowa do której wjeżdżasz na hulejnodze.

Darkspace

A ku ku, kurwy! Tu znowu Wintherr! Nie wiem czasem, czy Darkspace nie jest już bardziej popularne od starszego (i dużo bardziej płodnego) projektu tego oblecha, ale wali mrozem po gałach na podobnym poziomie, mimo zupełnie innych klimatów. Jakby zapadł się pod tobą lód na jeziorze i wciągnąłbyś do płuc tą zimną, gęstą i czarną wodę, to przed oczami miałbyś pewnie rzeczy, jakimi stara sie ten szwajcarski Scyzoryk epatować w swoim astronomicznym projekcie. Spieniony armagedon próżni kosmicznej z dodatkami w postaci wybuchów słońc i ekstremalnie śmiercionośnego promieniowania gwiezdnego. Tak mniej więcej.

Burzum

Bużumu nikomu przedstawiać nie będę, a i wybrana twórczość tego stricte-koncertowego bandu jest dobrze znana miłośnikom schłodzeń iniektowanych przez uszy od dawien dawna. Kristian Vikernes, jako znany nie tylko kawalarz i bawidamek, ale również brodaty mizantrop, dał się nam poznać już kilkukrotnie niezłymi, zimowymi pejzażami. Do tych najlepsiejszych zaliczyłbym zdecydowanie te z albumu kryjącego się za tą okładką u góry tego akapitu - już od "Det Som Engang Var" (nie mylić z "Det Som Engang Var") dmie siarczystą zimą co to gęsi skórę, kurczy mosznę i twardzi süty, a i dalej jest niegorzej. Miłośnicy przymrozków muszą też ogarnąć "Filosofem", "Belus" i może któreś z nowszych ambientów.

Blut aus Nord, "Ultima Thulée"

Na koniec moja ulubiona, muzyczna zima - a jest nią debiut białoflagowego, kultowego Blut aus Nord, wydany olaboga! albo i więcej lat temu. Bardzo przyjemne subtelne połączenie prostego klawisza i surowego, ale nadzwyczaj zmyślnego łupania metalu to chyba clue uroku "Ultima Thulée". To i przezajebisty, pieszczący poślady i anus polarnym zerem absolutnym klimat, od którego zaprawdę ciężko się uwolnić. Wielkie, śnieżne tornado atakuje już od samego początku, rwąc i tnąc ciało przez te klikadziesiąt minut metrażu płyty - jak dla mnie - jest to niedościgniony klasyk "zimowego" rockendrolla. Warto poogarniać też dwie pierwsze "Memorie Vetusty".

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)