Loading

Nowy szajs muzyczny

Portal - "ION" (2018)

Nekro      07 marca 2018      Recenzje, Muzyka

010011010

11101100010 - 11110010001

Spienione fale benzyny i brudu malują abstrakcyjne krajobrazy, smoliście czarny nieboskłon wydaje atonalne, ostatnie tchnienie, Bestia znowu przybiera postać obrzydliwych, przedwiecznych monstr, a niesamowity Portal wydaje kolejną doskonałą, wbrew pozorom wciąż oryginalną i intrygującą do szpiku kości maestrię. Dzień jak codzień, nic się nie zmieniło. I tak się powoli żyje na tej wsi.

Nie zmieniło się też moje podejście do tego kangurowego zjawiska, które nie dość, że - tradycyjnie dla siebie - wybiega przed zatłoczony ponad normę szereg o ponad siedem mil (albo i dalej, olaboga!), to z każdym następującym materiałem eksploruje granice tej swojej surrealnej ekstremy do kolejnych, może nie do końca nieokiełznanych, ale co najwyżej lekko liźniętych poziomów wtajemniczenia. "ION" to ledwo piąta płyta Australijczyków, atoli to kolejny skok w przepaść, wyraźne oderwanie się od doskonałej, lecz mocno zakorzenionej w gatunku "Vexovoid" i postawienie znaku zapytania nad tym w którą niszę zespół wyruszy przez następujący metraż swej dalszej wędrówki po scenie. Ale na ten moment zakończmy pierdolenie truizmów, a skupmy się na tym co za ultramarynę dostaliśmy pod koniec stycznia, bo mamy mamy tutej, kurwa jego zapierdolona w dupę mać, prawdopodobnie jedną z najlepszych płyt 2018 roku (ta, wydaną już w styczniu, dyć nie można?!) i nie, nie staram się rozdmuchiwać dramy, tylko informować jak jest, od tego żech jest. 

"ION", rzecz jasna i spodziewana, przytaszcza z powrotem ten wszystek portalowego swagu - te chore przebieranki, tremolowe, nieujarzmione żonglerie młotkami dekarskimi i lyryczno-klymatyczne wpływy pewnego samotnego, genialnego pedała piszącego prawie sto lat temu o zielonych potworkach ze skrzelami. I ściśle mowiąc, to, pomijając pewien (istotny, ale bez przesady) element świata przedstawionego nowiuchnego Portal, to jest to wciąż ten sam, znany, ekstrawagancki radykalizm - Gorguts na LSD, Venetian Snares na analogowych instrumentach, ewentualnie siedem razy przyspieszona Budka Suflera puszczona od tyłu z winyla oblanego sosem balsamico, wepchniętego w slot dla kaset magnetofonowych i obrażanego werbalnie po fińsku ("Äitisi nai poroja skurwesynie!"). Kto tego typu nieludzkie zezwierzęcenie lubił, to wiele się nie zmieni - wciąż będzie czerpał z omawianego lewiatana na tyle dobroci, by na te nadchodzące, wiosenne wieczory zapełnić sobie głowę smakowitością, bo zespół ciągle trzyma niesamowity (moim zdaniem) czy też porządny (zdaniem ludzi) poziom swojego pierdolenia. A tym, którym przez gardło ta kiełbacha nienajlepiej przechodziła, to i tym razem mogą owym czornym pętem zadławieniem ryzykować. Na całe szczęście, dziękować panteonom, żyjemy w czasach, kiedy nikt nikomu słuchać rzeczy na siłę nie rozkazuje (chyba, że na elytarnych, jewbookowych grupach), więc osobnicy wulgarnie wypowiadający się na temat poprzednich wydawnictw Kapeluszników mogą co rychlej zwrócić swą energię w robienie fasolowego quiche lorraine, tudzież treningu łydek w najbliższym oddziale jatomi. Zostanie więcej dla nas.

Wsączmy się z kopyta do najistotniejszego detalu, któremu należy oddać tu miejsce. Ową determinantą, o której poplułem cośtam wyżej, oddzielającą "ION" od poprzednich albumów Portal grubą krechą purpurowego markera, jest mocno zaskakujące, przyprawiające o autentyczną konfuzję, kontrowersyjne (w odniesieniu do omawianych klimatów i do tego wszystkiego, czego za sprawą Koali świadkami byliśmy w latach minionych) brzmienie większości jego konstruktu. Grupa do imentu odeszła od swoich zawiesistych niczem marchewka z groszkiem na drugi dzień, dusznych chmur kloaki szczelnie przepasających sound, które, co by nie gadać, były jednym z bardziej charakterystycznych znaków szczególnych tego projektu. Chmury rozwiano monstrualnym wentylatorem, instrumenta nielicho (acz dyplomatycznie - bez chamstwa!) wyostrzono, jeno wokal opętanego diablim urokiem Curatora nadal donośnie wiruje jak z tunelu do ostatniego kręgu piekieł. Gędźba kwartetu nabrała na charakterze i, hm, "awangardowości" - co prawda co do tej ostatniej obserwacji, to krążą po półświatku różne zdania, łącznie z takimi, według których nowy album zbliżył się niebezpiecznie do tradycyjnie pojmowanego deathu w najbliższy, możliwy do spełnienia przy stylu Portal sposób, ale moim, skromnym jak liczba dobrych kierowców na Pomorzu zdaniem, sprawa przedstawia się wręcz przeciwnie. To właśnie produkcja poprzednich dokonań projektu jest dzisiaj tak popularna, że wręcz spowszedniała - pojęcie "caverncore'u" weszło już do podstawowego slowniczka brudasa, a hord prześcigających się w zacieśnieniu soundu do kolejnych granic przybywa teraz wykładniczo. Dlatego podobny kraul pod prąd, jakiego dopuścili się Antypodyści, to bardzo wyraźne znamienie awangardy, oczywiście takiej, która unika śmieszności i parodiowania idei eksperymentu, słuchamy przecież metalu, drogi Andrzeju. Dlatego dla tych, którym sztuka Kangurów nie jest obca, drastyczne przemodelowanie produkcji będzie najpierwszym czynnikiem decydującym o miodności całego materiału, ergo - zaakceptowania jego szczególnej inności. Sam przyznam, że dziś, po całkiem sporszej liczbie spinów "ION", nadal zwracam grot kompasu na tą niepospolitą eksplorację własnej osobowości Portal, ktora pozwoliła odkryć nową twarz tego kolektywu i jego nieludzko tech-starożytnego podejścia do ekstremy. W moim przypadku również ten właśnie czynnik zdecydował o tym, że album zakurwiście gładko wszedł mi pod kopułę - ani chybi dlatego, że to nie kolejny bagienny szlam, których Portal ma za pazuchą w liczbie więcej niż wystarczającej, a w dupkę grzmocony feniks z popiołów zmieniający się na żywych oczach (no, uszach) w przedziwne, kosmiczne potworności. 

Możnaby tutej dywagować, czy sprytne zabiegi produkcyjne wystarczą, by uczynić z projektu rewelację raz jeszcze (acz zrazu zaznaczę, że dla mnie był nią cały czas!), przy dość mało znamiennych modyfikacjach w jądrze komponowania, acz - najpewniej - rację będa mieliby tak zwolennicy takiego kombinowania, jak i jego profani. Dlatego, tradycyjnie dla naszego ulubionego medium, pierwsze skrzypce gra tu nasz gust i poczucie estetyki, nawet, jeśli dyskutując o tej ostatniej w lejtmotywie Portal jest bardzo trudno. Celowo darowałem sobie jakiekolwiek opisy poszczególnych traków, takoż uzewnętrznianie się na temat mniej rzucających się w uszy detali "ION", bo zupełnie nie o to tutej chodzi. Zdecydowanie lepiej to gówno chociaż raz posłuchać, niż przeczytać dwadzieścia pięć recenzji o dupie maryni, bo z taką to substancją mamy tu do czynienia. Na pewno nie polecałbym zaczynać przygody z tym Australijskim potworem od tego pomiotu, ze względu na jego detaliczną, konkretną wyrazistość i zrezygnowanie z ostatnich objawów gatunkowego podporządkowania, ale dla wyznawców podobnie ekstremalnego gówna, będzie to gratka ponad definicję.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)