Loading

Nowy szajs muzyczny

Satyricon - "Deep Calleth Upon Deep" (2017)

Nekro      18 listopada 2017      Recenzje, Muzyka

Jeśli istnieje jeden klasyczny, antyczny, norweski czarnuch, na którego najnowszy materiał nie czekałem wcale, to będzie nim właśnie Satyricon. Ów zawsze jawił mi się na deczko przebrzmiałą burzę, która po inicjalnym zamęcie (do "Nemesis..."), może i potrafiła wykrzesać zacniejszy wiechetek błyskawic ("Now, Diabolical"), ale generalnie zmieniła się w spokojną mżawkę zwilżającą glebę gdzieś na obrzeżach wsi. Tym bardziej cieszy, że ich najnowsze płyciwo, o enigmatycznej okładce i srogim, filozoficznym tytule "Deep Calleth Upon Deep", jest substancją dynamicznie interesującą.

"KUUURRRWAAA!" - siarczyście zasobaczyłem zasłyszając półuchem pantoflowe baje o nowym albumie wielkiego "S". Aliści to nie ze względu na fakt, że na ten meldunek gorączkowo czekałem i pragnąłem jak ta jebana kania dżdżu, o nie - czasem po prostu dobrze kompulsywnie wyrzucić z siebie jad, spuścić parę z uszu i ukoić myśli. Taki obrzęd dobrze robi na głowę. Mogę tylko domniemywać, ale uważam, że podobną praktykę zastosowali Norwegowie przed podejściem do komponowania materiału na swój dziewiąty, calkowicie nie-jubileuszowy longplej. Fakt ten wyraźnie słychać w wielu aspektach "Deep Calleth..." i taka postawa mnie, człeka prostego - chama, rzec można - bardzo cieszy. Bo rozmyślnie, strategicznie rzucona kurwa czasem robi więcej dobrego, niż jedzenie z widelcem w lewej dłoni.

Tak, jak bez wielkich rewelacji, obyło się w dwa tysiące siedemnastym również bez rewolucji. Konstruowanie nowego materiału od podstaw, mając taką spuściznę jak Norwedzy byłoby strzałem w stopę, a nawet śmiem rzec, że takie przedsięwzięcie nigdy by raczej nie powstało (a jeśli nawet, to wyszłoby z tego asluchalne ekskremenctwo). Faktycznym stanem rzeczy, są hordy, które redefiniowały swoją twórczość w sposób mniej lub bardziej ekstremalny (i nie mówię tu o Ulver, a, np. o Abigor), ale chyba każdy rozumie, że to bardzo delikatna i ryzykowna sprawa, która średnio opłaci się muzykom (a często w ogóle), którzy ze swojej twórczości żyją i chleb za nią w pss społem kupują. Toteż Satyricon nie zaskoczył w sposób, w jaki zaskakuje diabeł wyskakujący z pudełka, raczej jak te dwie dychy znalezione w starych spodniach, albo jeszcze jedno dobre, zimne piwko odkryte zupełnym przypadkiem pod porcją rosołową w lodówkowej szufladzie. Kompozycyjnie celując w modny już od lat melodyjny black o rockowym feelingu, a brzmieniowo w bardzo organiczne, starodawne heavy-psychy, też stojące w niejakiej symetrii z obowiązującymi na scenie fasonami, ten klasyczny skład w końcu, po tylu wiosnach intelektualnej jałowizny i gnuśnego wyprania z sensacji, pokazał się od zaczepnie interesującej, co prawda niejednoznacznie jakościowo spójnej, ale, kurwa jego raz, dobrej strony. Masz, powiedziałem to.

Co w sposób znaczny wpływa na zadowolenie z odsłuchu - "Deep Calleth..." jest albumem - relatywnie do swoich dyskusyjnie udanych poprzedników - dość zróżnicowanym i z różnych pieców chleb jedzącym. Stare, dobre, czarno-białe czasy przypomina, np. otwieracz "Midnight Serpent", połowę zeszłej dekady, kiedy Satyricon wspiął się na swój ówcześnie dostępny szczyt - przebojowe połączenie "K.I.N.G" i "Pentagram Burns" w postaci "To Your Brethren in the Dark" (kolejna "piosenka", której absencji na listach Radia Złote Przeboje nie jestem w stanie zrozumieć), czy utwór tytułowy łacno przypominający mi takie słodkości jak "Delirium" albo "To the Mountains", a ostatnie dokonania w wyewoluowanej, przyjemnej w przełykaniu formie - melodyjny "The Ghost of Rome" (konotacja z przedostatnim długograjem jest tu bardziej niż znacząca). Ten faktor ciekawości w zacnym stopniu podkręcany jest komplementarnie przeplataniem przez duet stylistyk z różnych parafii -  jak melodyjne pipidówki z kalkulowaną progresją w "Burial Rite", czy, niemniej złożone, klimatyczne pasaże ze srogim ejakulatem Lucyfera w takim "Blood Cracks Open the Ground". Jak z poprzedniego zdania można łatwo wywnioskować, na płycie nie znajdziemy momentów zaskakujących, ale pełno jest takich przy których aż się prosi uśmiechnąć półgębkiem słysząc znajomy motyw w nowych szatach kompozycyjno-brzmieniowych. Bo oprócz świeżego podejścia do pisania muzyki, jako się rzekło wyżej, mamy tutej też niemniej smaczną i świeżą produkcję.

Brzmienie to najpierwsza rzecz, którą jestem gotów chwalić w kontekście nowego Satyricona - być może przypomina nieco wcześniejsze, bardziej rockowe soundy, ale to tutej mamy ową retro-magię, o jaką chodzi zespołowi, podejrzewam, że juz od czasów takiego "Volcano" (a może i od samych początkow działalności, pamiętajmy od czego te srogulce zaczynały), doprowadzoną do optymalnych rozmiarów - wyraźną w smaku, ale bez przesadyzmu i wykręcania parodii. Na "Deep Calleth..." już od początku słychać to inne brzmienie gitar, zakorzenione po równo w pierwszej (subtelnie, ale właśnie tak) połowie lat '90, jak i, no, latach... '70? Wicie - przestrzeń, oddychający riffing, biologiczna surowizna, ale trzymająca klasę i nie wchodząca w rejony zarezerwowane dla garażowych demówkowiczów. Co przyjemne, to taka produkcja pasuje zarówno do oszczędnych, klimatycznych ballad typu "To Your Brethren...", jak i do srożyzn w rodzaju "Midnight Serpent". Najlepsze jednak wrażenie robi w kawałkach, które te dwa wpływy łączą w jedną, spójną calość - jak środkowy wałeczek tytułowy, czy, mój albumowy ulubieniec - "Black Wings and Withering Gloom", gdzie atmosfera nad gromami ciskającym blackiem jest bardzo pieczołowicie zaaranżowanym wybiegiem.

"Ech... Stare, dobre..."

Generalnie uważam nowy album Satyricon za materiał udany, do którego wracać będę nie tylko od święta. Od czasów "Now, Diabolical" (rocznik dwa tysiące i szósty!), Norwedzy nie byli w stanie zainteresować mnie swoją bieżącą twórczością na tyle, żebym spotykał się z nią nie tylko przy okazji randomowych playlist na Jewtube czy Spotijew, bo, nie czarujmy się, tak naprawdę ciekawego było tam tyle, co kot napłakał, a zamiast tego posłuchać można było setki innych, lepszych smakowitości. Tymczasem "Deep Calleth Upon Deep" to album, który od paru tygodni wybieram do odsłuchu bardzo świadomie i to zarowno ze strimingów, jak i z fizycznego formatu - do tego uważam, że to oczywisty grower (nie pierwszy w menu Satyra i Frosta), który odkrywa swoje najsilniejsze karty po przynajmniej sięśnastym odsłuchu i do którego każdemu polecam wytrwać, a nie pożałuje. Satyricon tradycyjnie nie mydli oczu, tylko robi swoje i mam nadzieję, że po załapaniu właściwej trasy na tym albumie, podobnej klasy dobroci przyniesie nam też na kolejnych.

 

 

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)