Loading

Nowy szajs muzyczny

Six Feet Under - "Torment" (2017)

Nekro      06 marca 2017      Recenzje, Muzyka

Jak co rok/dwa Amerykanie dostarczają nam kolejny krążek pełen dźwiękowego bigosu. Do wszelkiego typu recenzji i opinii internetowych znawców - zorientowany wie - mają stosunek seksualny i to bynajmniej nie waginalny, ale spróbujmy pochylić się chwilę nad nowym od Barnesa i jego koleżeństwa o jakże wybitnie bezecnym, innowacyjnym w pip tytule - "Torment".

Wiem, że lubienie SFU to niepopularny pogląd i jak ktoś słyszy podobne herezje, to puka się w czoło, ale uwierz na słowo przyjacielu - pierdolę, nie dbam, lubię! Nadzwyczaj zacięty hejt, który towarzyszy Burgerom właściwie od samego początku działania (a nawet wcześniej - bo kto był tym złym, kiedy przyszło do wydupczenia Krzyśka z CC?) jest dla mnie zaiste niedgadniony, no bo o co chodzi? Czy szczerze chodzi o muzykę (jaka by nie była) czy o coś, hm, więcej? Jeśli idzie o twórczość, no to nie mam pytań - SFU wyjątkowo często wypływa na mielizny i prawdopodobnie mają więcej złych i średnich płyt niż tych dobrych. Ale takie zjawisko coraz częściej pojawia się w przypadkach popularnych, klasycznych wręcz (chociaż to zdecydowanie zle określenie w stosunku do SFU) ekip, tylko, że to właśnie zespół Barnesa zawsze w okolicy wydania nowego albumu zbiera tłuste żniwo (czasem zasłużonego, a czasem nie) hejtu. Może problem polega na tym, że Six Feet Under cieszy się popularnością niewspółmierną do swych, hm, "osiągów" muzycznych? Może bardzo ograniczony, hermetyczny i kompletnie ograny styl zespołu jest uważany za niegodny przez znawców death metalu? Szczególnie takich, którzy masturbują się nad pierwszymi Entombedami, Massacrami, Gorefestami i innymi Asphyxami? No bo kiedyś nikt tak nie grał... Słusznie prawisz, ale zważ, że do dziś grało tak już pierdylion kapel, a te płyty ciągle trzymają się na przedzie peletonu zajebistości - prostota przekazu to żodyn argument przeciw - na scenach klasycznego blacku, stonera, garage rocka od zawsze żądzą, zauważ, "proste" rzeczy. To taki odpowiednik popu, ale to też znikomy motyw faktu, że to kazdy nowy album właśnie SFU trzeba z zasady hejcić. To, że scenę deathową przez dużą część czasu jej istnienia okupowały dość skomplikowane projekty typu Death, a później Nile, nie znaczy, że w peletonie nie ma miejsca na bardziej, hm, przyziemną twórczość. No więc po co, w jakim celu strzępić sobie język - żeby zasłużyć na miano tego "prawdziwego" w oczach internetowych rzezimieszków? Kto poważny o to dba? Pewnie otrzymałbym odpowiedź prostszą, niż się wydaje- "hejt jest, bo są chujowi i do dupy" - ale w tym przypadku te dywagacje nie są dla Ciebie.

No, tom wylał swoje żale, i przechodzim do rzeczonego albumu, a jeśliś ciekaw czemu takie "kontrowersyjnie sprawiedliwe" traktowanie Six Feet Under troche mnie dziobie w boczek, już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż, z racji na to, iż w '92 nie chodziłem się napierdalać na sztuki Vadera, tylko ssałem mleko z cyców, to debiut tej ekipy był pierwszym death metalowym tworem, na jaki moje uszy trafiły. Był 2005 rok, na półkach świecił się już dwupłytowy digi z "13" do którego śliniłem się za każdą wizytą w empiku, ale to "Haunted", niby to przypadkiem, dostałem nagrane na cedeka imitującego winyl (jest coś takiego jeszcze w sprzedaży?) od znajomego znajomego znajomego i zagościło ono w mej kucerskiej miniwieży na wiele... wieeeeeele eonów. Mały, gruby kuc, ogarniający jeno Black Sabbath, Metallikę, "Seasons..." Slayera i Slipknota, a to i tak słabo, trafia na muzykę, gdzie riffy ciosa się z drewna a wokalista ma srogą przepuklinę połączoną z rozwolnieniem po mleku kokosowym. To była ta płyta. Każdy taką ma.

Dobra, tera już naprawdę abstrahuję od całej około-zespołowej otoczki i nostalgicznych pierdów, od których łza ciśnie się do oka niczem kropla moczu przy przeroście prostaty. Teraz uważaj, bo będzie zaskok - "Torment" to płyta (tylko i aż, hejterze pierdolony...) średnia, więc skołowaniom i zeszokowaniom nie będzie końca... Jak się tak teraz zastanawiam, to w przypadku Hamburgerów o sukcesie decydują zmiany mniej lub bardziej kosmetyczne - albo im riff wejdzie, albo nie. Albo wymyślą fajne przejście, albo i nie. I to naprawdę jest u nich takie proste - proste, jak ich twórczość, niestety tym razem nie do końca ta cała kosmetyczna kabała się powiodła. Dooobra, biorę poprawkę na taki a nie inny styl SFU, ale nagrywając płytę i ciesząc się jakąś tam konkretną popularnością, trzeba chociaż trochę przykalkulować - trzeba tworzyć muzykę, a nie szarpać druta (hm, może właśnie o to chodzi hejterskim świniom - o szarpanie druta?) na chama i nazywać orłem wróbla. Taka kalkulacja wcale nie kosztuje dużo czasu, ni piniędzy. W sumie kogo to obchodzi, może SFU to klasyczny death, a może ptasie mleczko to mleko z ptaka. Tym razem się Barnesowi nie chciało, wszedł do studia zepewne z niczym, albo z melodyjkami, które wyśpiewał z pamięci gitarzyście i wystukał słomką bębniarzowi i tak w 2 dni nagrali "Torment". No, tak to brzmi.

Z małymi wyjątkami, bo SFU przyzwyczaiło mnie już, że nawet na najgorszym ścierwie znajdzie się ta przysłowiowa meczka biodu w dziżce łegciu. Fajniusi jest opener, "Sacrificial Kill" - nie dziwota, że tym walcem album promowali. Przyjemnie buja we wszystkie strony "The Separation of Flesh from Bone", jeszcze trochę i leciałby w radiu. Stare czasy przypomina bardzo grubo ciosany "Funeral Mask", a miano najlepszego na płycie zgarnia zdecydowanie "Slaughtered As They Slept" - slamazarność przysparza mu ciężaru i mroku, a groove'owy środek przypomina łacno moją ukochaną "Warpath". Reszta tracków to średnizna lub totalne ścierwo ("Skeleton" - co to kurwa jest i dlaczego jest?!), ale do tego też Florydianie ich słuchaczy przyzwyczaili (aż za dobrze). Generalnie, "Torment" prezentuje średnie stany średnie - tak w spektrum całej sceny, jak i w porównaniu do reszty dyskografii SFU, gdzie były już materiały zarówno lepsze jak i gorsze.

Słowo o technikaliach - no brzmienie to konkretnie zjebali. Rezygnując z podkreślającego instrumenty (oczywiście - relatywnie do ich innych tworów) soundu "Undead" i "Unborn" na rzecz rozlazłego, przypominającego (w teorii) stare czasy groove'u, gdzie wszystko miesza się jak w misce z rzygami kilkunastu świniaków (w praktyce). Proceder ten zaczął się już na "Crypt of the devil" z '15, ale tam było więcej bujania, które do tego gruwu by tańczyło. Teraz czuję się, jakby ktoś wylał mi na łeb owocowy poncz i bym te kawałki gruszek i innych gówien miał na twarzy - w teorii super, w praktyce chujoza. Nieładnie. Sam Krzyś już ma tak rozcyganiony głos, że prawdopodobnie w bliźniaczym tonie kupuje bułki i twaróg w warzywniaku co opowiada o rzezaniu rodzin z dziećmi za pomocą maczety. Rewolucji nie ma, bo to niemożliwe, do korzeni nie sięgnął bo Corpse'owe naleciałości odleciały z jego strun już jakiś czas temu. Tera jakby się napiął, to zrobiłby grindowego świniaka, założę się. Tylko takiego, co to już tylko leży w chlewiku przy korycie, pali trawę i nic mu się nie chce. Instrumentarze grają, bo grają. Zostało kilka firmowych patencików (znów patrz "Slaughtered...", albo "In the Process of Decomposing"), ale zazwyczaj git zlewa sie w jedną, prawie 50-minutową masę przetykaną pyknięciami w werbel. Meh. Ale zobaczyta, że następnym razem...

Cóż, szkoda, że i tym razem chłopcom się nie udało (bo za ostatni udany album SFU uważam gdzieś wyżej wspomniany "Unborn"), ale jakoś szczególnie smutny nie będę. Mam dodatkowy kawałek do osobistego best-ofu zespołu i z tego jestem zadowolny. Dobrze by tylko było, jakby taki jad, jaki tu wyplułem na tych amerykańskich skurczysynów, był wysrywany w przyzwoitym momencie. Ergo, po przesłuchaniu płyty. No, zwijam się i idę po browara.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(1)

2017-03-29 14:26:50

Płyta jest dobra do tępego powymachiwania banią-tak samo dobra jak każdy inny ochłap z logiem SFU toteż nigdy specjalnie nie rozumiałem tych całych hejtów pod adresem Barnes'a i jego trupy. Świat jest wystarczająco duży żeby pomieściły się na nim i Six Feet Under i -powiedzmy- Antideluvian.