Loading

Nowy szajs muzyczny

Spectral Voice - "Erroded Corridors of Unbeing" (2017)

Nekro      23 października 2017      Recenzje, Muzyka

Dziwny mamy jakiś ten rok. Wśród zatrzęsienia premier płytowych mamy szereg dobroci w postaci powrotów wielkich przedwiecznych, jak i rewelacyjnych, świeżych (lub nieświeżych) debiutów. Z drugiej strony - jak co roku - w głowy audytorium wpuszczane jest też regularnie dużo ześmierdłego powietrza i, co własnie mnie kruca dziwi, sytuacja takowa dotyczy głównie przedstawicieli tej pierwszej wspomnianej grupy. Cierpią one z reguły na coś, co w profesjonalnej nomenklaturze zwie się "Lack of Spuszczenie Wpierdolu", co z reguły (bo zależy też o jakiej stylistyce mowa) kończy się poważnym zastojem ciekwości słuchacza, a finalnie odrzuceniem albumu w przedbiegach (i napisaniem kurwowej recenzji, na ten przykład). Dlatego, wciąż z rezerwą podchodząc do zaistniałych już, lub na razie tylko nadchodzących płyt znanych hordów o wyrobionej marce, z nabożnym uśmiechem i łaskotaniem w krzyżu przyjmuję każdy dobrze rokujący, zbierający pogłos tu i ówdzie, ekstremalny debiut. Takim też jest pierwsza duża płyta amerykańskiego Spectral Voice. Jest jednocześnie czymś dużo, dużo większym.

"Erroded Corridors of Unbeing" przyszedł zupełnie niespodziewanie - kiedy zobaczyłem przedziwną, surrealistyczną, wywołujacą niepokój i trwogę okładkę na liście sprzedażowej jednego z polskich, mocno szanowanych distr (distrów?), moja ciekawość została tym albumem ledwie muśnięta, z wielką subtelnością liźnięta. Jakby dodać szczyptę soli do wanny bigosu, albo dychę do wypłaty. Nie przejmowałem się nim na tyle, by jego zawartość wytropić i chociażby pobieżnie ogarnąć - po co, to pewno kolejny noname w dość szerokim basenie innych, stanowczo niewartych przeznaczenia czasu noname'ów. Atoli ta ciekawość, to delikatne ukłucie zaintrygowania powoli sobie gdzieś z tyłu makówki kiełkowało. Już jako krzew przetransformersował się w wyjebistą dębinę, kiedy wzmianki o płycie poczęły pojawiać się w mediach społecznościowych i sajtach branżowych, a wśród nich info dosyć dla mnie kluczowe - że Spectral Voice złożone jest w trzech czwartych z członków ubiegłorocznej, ekstremistycznej rewelacji, a mianowicie Blood Incantation, której debiut, kosmiczno-trumienne truchło o imieniu "Starspawn", wytarł moim ryjem podłogi wszystkich publicznych toalet w promieniu przynajmniej szesnastu mil morskich, niczem ojsraną szmatą. Swoje przysłowiowe pinć groszy dokładały też - oczywista - peany pochwalne, jakim w kontekście "Erroded Corridors..." nie było praktycznie końca. Te dwa puzzle, skutkujące, bolesną, ale jednak przyjemną erekcją, skłoniły mnie srogo do zakatowania tej płyty jak babilońską ladacznicę oliwkową rózgą, i, ja cię w dynks pierdzielę, był to ruch skutkujący rozkoszną ejakulacją.

Pierwotny, rozruchowy płód Spectral Voice zadowoli łacno przede wszystkim wielbicieli, żarliwców i bałwochwalców gruzowatych brył metalu, tych stawiających w sposób znaczny na ociężałe walczyki przepełnione pod dekielek apokaliptyczno-kosmiczną specyficznością, stojące obiema tłustymi nogami na określonym, solidnym fundamencie old-schoolu. Do fantazyjnych porównań jeszcze przejdziemy, ale trzeba przyznać, że mimo takiej, a nie innej stylistyki materiał na tej tu płycie wyraźnie odznacza się swoją osobowością, dlatego. mimo braku wytrysków orgazmiczno-rewolucyjnych substancji, ta muzyka jest tak bardzo, bardzo dobra. Buńczuczni, kręcący nosem na ułomną technikę, czy niewypolerowane brzmienie trzęsityłki nie mają tu czego szukać - Amerykanie bardzo odważnie i junacko eksplorują death metal (dokładnie z takim zapałem, jak przy pierwszym albumie Blood Incantation) w jednym z jego najmniej przyjemnych, wymagających mocnego żołądka i wora wielkości siatki z cebulami, duszących gruczoły mlekowe obliczy. Za to muzyczni astronauci, szukający starych dźwięków w nowych szatach, popularnych motywów podanych w charakterny, niemal unikalny dla danej grupy sposób i tacy, którzy spod wywrotki gruzu i brył wapiennych nie spierdalają w podskokach, tylko otwierają japę i czekają na deserek - "Erroded Corridors of Unbeing" to są właśnie świetnie skrojone trzy kwadranse dokładnie dla nich.

Hamburgery władają tutaj (z bardzo niewłaściwym debiutującym grupom pietyzmem) bronią obosieczną - z jednej strony ostrze jest tępe i miażdzące, jest tu plugawy death doom spijający sok splendoru z topora takiego Incantation czy Rippikoulu, z drugiej - ekstrema, jak już wyżej nieśmiało napomknąłem, mocno ukierunkowana na atmosferę i "intymność" - i tutaj takie nazwy jak Evoken, Unholy czy, słowo klucz, diSEMBOWELMENT są jak najbardziej na miejscu. Dźwięki Spectral Voice to zniszczone serią doskonałych wpływów, wymarłe pustkowie z ruinami wielkich miast, to wygaśnięte gwiazdy i ich jaskinie skrywające tajemnice Wielkich Przedwiecznych. To w końcu dosadne, najbardziej neibezpieczne i odstręczające jazdy narkotykowe połączone z odkrywaniem bezsensu życia. "Erroded Corridors..." to seria uderzeń wielkiego dzwonu kończących życie na kolejnych połaciach terenu, niesamowita robota. Nadrzędną więc magią pośród tego materiału jest fuzja, którą uskuteczniają Jankesi nad tymi dwoma kierunkami i to, jak niesamowicie to do kurwy maci brzmi! Tutej też bardzo do głowy ciśnie się tytuł "Starspawn", gdzie pentagony połączyły marsjańskie erupcje wulkaniczne ze smrodem świeżego trupa, tylko w trochę szybszym tempie.

Wykursywię jeszcze, że jak na mój dość wytarty gust, to - co nietypowe - najznamienitsze i najciekawsze fragmenty tej płyty to właśnie te ukierunkowane na klimat i podróże międzygalaktyczne - długie, powolne pasaże upstrzone różnorakimi dźwiękami niekoniecznie sięgającymi do nurtowego matecznika motywów, w sposób wyśmienity (no co) budujące klimat i nastawiającymi nastrój słuchacza na odpowiednie tory (a raczej pierścienie saturna). Mnie to od razu zapachniało jaskiniowymi barbarzyńcami ze zgasłego słońca, czyli Krypts i ich dwoma monolitami grania właśnie w tę mańkę i to z jakim fantastycznie gniotącym cyce skutkiem. Rzecz jasna, gdyby fragmenty gruzowe, bardziej gatunkowe nie nadążały za tymi nastrojowymi, "Erroded Corridors..." nie miałoby takiego "spektralnego" uderzenia w potylicę, takiego osobistego feelu. Srogie fragmenty wytępują tu pod dostatkiem i to w przeróżnych obliczach - od wygasających, wykręcających suty, powolnych sunięć po klasycznie łojone, stricte deathowe rzeźnie, a brutalistycznych, walących na łeb galopad wcale nie brakuje, bo takie folgowanie nie pasowałoby zbyt dobrze do takiej twórczości, nie mam złudzeń. Mimo to, każdy twardogłowy fan riffowych sraczek powinien być jak najbardziej kontent. Płyta nie ma zachwycać pieczołowitością czy techniką, nie będę tłumaczył oczywistego -  ma odurzać psylocybiną, by później ścierać w moździerzu na proch słuchaczowe kości i podroby, ma wrzucać do dołu pełnego brudnych strzykawek wypełnionych powolnie uśmiercającym jadem i przysypywać go po kolei kolejnymi szuflami wapna. Robi to w sposób doskonały, wykorzystując gitary i werbel do wyciskania cytrusów na świeże rany szarpane w sposób - zaiste - spersonalizowany.

Krótki poradnik gwoli podsumowania - długogrający debiut Spectral Voice jest dla Ciebie, jeśli:

  • skupujesz gruz od sąsiadów, a następnie nacierasz nim swe ciało w chorym rytuale
  • wolisz Mignolę od Stana Lee
  • na wspomnienie dzieł Lovecrafta masz pory pełne budyniu
  • dochodzisz dopiero po partnerce
  • lubisz płatki zaraz po zalaniu mlekiem, a nie rozmiękczone
  • jebać chleb, żrysz suchary!
  • uważasz, że największym wynalazkiem ludzkości jest bomba atomowa
  • w domu używasz 25-watowych żarówek tradycyjnych
  • żyjesz już wiele lat, a ciągle zastanawiasz się czemu to wszystko jeszcze nie jebło

Jeśli na któryś z powyższych paragrafów odpowiedziałeś twierdząco - łap się bracie ochoczo za tą potworną, sparszywiałą, dźwiękową aberrację i daj się osaczyć kruczo-czornej, złowróżbnej krzepie Spectral Voice, bo w tym roku już wiele lepszego nie będzie, o nie. Pomnij mą gadkę.

 

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)