Loading

Nowy szajs muzyczny

Suffering Hour - "In Passing Ascension" (2017)

Nekro      13 lipca 2017      Recenzje, Muzyka

TADAAAM! Dobra, trzeba podgonić z reckami rzeczy, które wiszą zaczęte od miesiąca albo dwóch (albo dwóch i pół) i czekają na swoją kolej. Pierwszą z nich jest rewelacja, na którą zupełnie przypadkiem naprowadziła mnie Spotifajka, gdy wpisywałem w ichni sercz "Suffocation". Niezły hardkor, co? Koleje losu są nieodgadnioną ladacznicą, bo Suffering Hour, którego debiut właśnie wpadł w me obślizgłe łapska, pozamiatał mą moszną w sposób znaczny i conajmniej przyjemny. Przypadek to? Nie sądzę, Watsonie.

Suffering Hour (Męcząca Godzina?) to je amerykańska banda (sprawdziłem!) założona cztery lata temu przez trzech siurków (z których wszyscy są młodsi ode mnie, takich to czasów dożyłem, pora na kleik i tlen dożylnie), a do tej pory znana być mogła długowłosej gawiedzi z jednej jedynej EPki o skrajnie srogim tytule "Foreseeing Exemptions to a Dismal Beyond" - pierwsze słyszę, to pewnie dużym echem się nie odbiła, z drugiej strony, jestem na salonach niebywały, to może są już nad wyraz sławni, kto wie. Do posłuchania i przetrawienia tutej:

Wszelako w odniesieniu do opisywanego tutej długograja lepiej się epeczką nie sugerować (szczerze - nudna jak praca gospodyni u plebana), bo to dość znacząco różne muzyki są. Na "Foreseeing..." króluje mniej lub bardziej prostackie łupanie w duchu klasyków, kiedy "In Passing..." to zupełnie inna para gumiaków - donioślejsza, subtelniejsza i zdecydowanie bardziej, hm... okultystyczna w ten sprytny, przenikający synapsy sposób. Dodatkowo ma ten, ryzykowny niczem spierdalanie przed forfiterem, ale jakże dziś pożądany, pierwiastek adrenaliny w całej swojej kombinowanej, tajemniczej nieprzewidywalnej postaci.

Tak czy inaczej, na przełomie maja i czerwca tego roku, te szczawiowe czizburgery zaatakowały rynek ze swoim debiutanckim longplejem o nie mniej od poprzedniego krogulczym tytule "In Passing Ascnsion". Co to jest takiego? To mocno kombinowany, w przypływie endorfin rzekłbym nawet, że progresywny death, lekko, ale wyczuwanie naciągnięty blackiem, i to takim nowoczesnym, którym konia wali, np. DsO czy Dodecahedron - gitarowym połamańcom i fikołkom nie ma końca, ale daleko jestem od określenia tego materiału jako "technicznego". To prawda, czasem się budlighty lekko masturbują, ale akcent zdecydowanie położony jest tu bardziej na klimat, niźli instrumentalne polerowanie rycerza o czerwonym hełmie.

Bo generalnie album trzyma stały, całkiem wysoki poziom, aczkolwiek są tutej też momenty, które wgniatają mnie w fotel z siłą modelki plus-size. To głównie dwa kawałki umiejscowione mniej więcej po środku albumu - "Devouring Shapeless Void" i "The Abrasive Black Dust" - z nich najbardziej tchnie ta specyficzna, nienapastliwa eksperymentalność muzyki Suffering Hour, ale też kosmiczność klimatu (kontynuowana też na kolejnej "Withering Microcosmos"). Parę razy zdarzyła się wąsom prostacka łupanka prowadząca dokładnie donikąd (w "For the Putridity of Man" na przykład), a na takie zapychacze jakoś ostatnio wyrobiłem sobie nad wyraz dolegliwą alergię. Nie jest to przeze mnie umiłowane, ale kurwał nać, to ich pierwszy album, a ledwo w maku pierwszą robotę dostali.

Czuję się zmuszony poświęcić oddzielny i dosyć szybko wyeksponowany akapit brzmieniu "In Passing Ascension". Bo tu jest się nad czym, mój drogi, rozwodzić - zachowany jest złoty półśrodek pomiędzy demonicznym brudem, a przyjemną wyrazistością - wszystko, co słyszeć trzeba jest tu zdecydowanie słyszane - po równo gity, basy, perkusja i wokal (a jak trzeba, to i klawisz, ale w ilościach, niczem orzechy arachidowe śladowych), naprawdę nie mam się gdzie przyczepić. No dobra, z racji różnych skal wokalnych z jakich korzysta tutej rzygacz, część mogłaby być nieco bardziej zaakcentowana - bo, tak jak klasyczny growl i attilowe stękania są jak najbardziej pyszne, to, np. świniak w stylu Dying Fetus czy blackowy krogulec nie mają, tak czuję, wykorzystanego do końca potencjału. Na szczęście jest to jak najbardziej wyzerowane tym, że wokalista dwoi się wręcz i troi, żeby dać jak najzajebistszy popis swoich umiejętności i talentu i - uwaga, będzie deklaratywnie - wydaje mnie się, że słyszę tutaj najlepsze deathowe wokale, jakimi męczyłem swój mózg w tym roku. Albumowy materiał bluźnierczy jest w swej naturze, ale potęguje go głównie brudny i ciężki jak rozmowy o polityce z opiekunami prawnymi, trupi wokal Pana śpiewającego, czasem walący deathowym gruzem, czasem czornym krzykiem a'la Aspa w Clandestine Blaze, a czasem post-hardkorowym wrzaskiem.

Pozostali muzycy nie zostają w cieniu tworząc sukcesywnie powiększajacą się, dźwiękową kipiel, którą spienia wykładniczo wspomniane, znakomite brzmienie. W ogóle, "In Passing Ascension" znakomicie brzmi z głośników czy słuchawek, ale mogę się założyć, że koncertowo po prostu zabija. To jak podóż w głąb czarnej dziury grzesznych uciech cielesnych, coś, co wisi ponad głową i ciska w nią niewiadomego pochodzenia falami atmosfery niepoznanego zła, a jeszcze wykluwa mioty ciar prosto na kręgosłupie. Cieszy też niezmiernie duża różnorodność, jeśli chodzi o prezentowane przez jankesów tempa - od obituaryjnych walców, przez rozpędzone, blackowe gonitwy, kończąc na bezlitosnych, połamanych galopadach - stanowczo wydłuża to żywotność materiału i pozwala na docenienie talentu młokosów na wielu płaszczyznach - czy to w budowaniu klimatu, czy tworzenia piekielnego kotła płynnej lawy.

To wypośrodkowanie między dobrą techniką bez onanizmu, przepotężnym wokalowaniem (sory, będę się nad nim spuszczał, póki nie usłyszę czeoś nowego, a lepszego w tej kwestii), złożonymi kawałkami, konsekwentnym budowaniem klimatu i bardzo porządnym, z jednej strony kosmicznym, a z drugiej brudnym brzmieniem, to jest to, za co ten album bardzo polubiłem. Dały chłopy popis i udowodniły, że i z mlekiem pod nosem można grać rasowy i bardzo klimatyczny, zdecydowanie złożony death, który podnieci jakiegoś grubego typa po drugiej stronie kuli ziemskiej i rozkaże mu zastanowić się nad ilością przeżytych wiosen. Wyborny album, ale to dopiero kolejnym mnie zabiją.

 

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)