Loading

Nowy szajs muzyczny

Suffocation - "Of The Dark Light" (2017)

Nekro      06 lipca 2017      Recenzje, Muzyka

Olaboga, jakie to gówno! Jaki plastik śmierdzący sztucznością! Jaki wstyd, że taka wielka i uznana nazwa to wydała! Jak to być może, toć bez Smitha ten band nie istnieje! Te i kilka innych opinii w podobnym tonie opanowały "opiniotwórcze" internety w okolicach daty wydania nowego, ósmego albumu czizburgerów z Suffo, czyli bardzo niedawno.

A ja Wam powiem tak - pierdolita, bo to dobra płyta. I możeta mnie cytować.

Na "...of the Dark Light" czekać nam przyszło krzynkę ponad 4 lata - niemało, ale jak na kombo z takim stażem, to był to okres całkowicie wytłumaczalny. Jako się rzekło we wstępie - tym albumem mnie Suffo kupiło - to bardzo solidny, przynoszący kilka nowości, powielający kilka starych bolączek, ale na koniec dnia wynagradzający przeznaczony mu czas radosnym odsłuchem materiał, którego w tym tekście pochwalić wstydził się nie będę. Zganić tyż nie.

Nowe Suffo rozsiało spore spiny u facebookowych znawców. Ból dupy, jaki wywołało brzmienie odwołujące się do mało fortunnych poprzedników, ale które zostało poddane znaczącemu dopicowaniu (chyba "Pinnacle..." już zbyt dawno temu wyszedł), porównywalny był z tym, co działo się w momencie, gdy Morbidy wydały swoją płytę na "I" (przez wzgląd na dobre obyczaje, nie będę tytułu tego gówna przywoływał), co było wierutnym nadużyciem... ale jakże typowym. Kiedy wychodziło "Souls to Deny", to ludzi piekło w kroku, że "brzmienie brudne, niewyraźne! taka technika aż się prosi o dobrą produkcję!" hurrr... W przypadku "...of the Dark Light", zespół wespół z producentami przecież doskonale wiedział co robi i w jakim celu! Na szczęście Suffo nie zatrzymało się w pierwszej połowie lat '90 (tam, gdzie te borowe dziady by ich chętnie widziały). Nie zrozumta mnie źle, uwielbiam wszystko, co Merykańce zrobili w pierwszej dekadzie swojej działalności, ale strzał w stopę w postaci powtarzania (a raczej odtwarzania) tego, co już słyszałem uznałbym za większą potwarz, niż - nawet mniej udany - eksperyment. Bez hipokryzji proszę - nowe bandy zżera się ad hoc i z miejsca wysrywa za brak innowacji (poza wyjątkami, rzecz jasna), ale legendy to kurwa muszą tworzyć kopię swoich najlepszych, nie raz starszych od trzeciej eRPe albumów. Los taki ciężki.

I nie wiem, w jak bardzo zindustrailizowanej okolicy żyją ci malkontenci, że i na tym albumie dosłuchali się z łatwością horrendalnych ilości plastiku i silikonu. Album jest na pewno bardziej przestrzenny i "niższy" od dwóch ostatnich, przy których coś faktycznie poszło nie tak, bo chwilami były płaskie jak czterdziestoośmiokilowa kobieta - podobnego przypadku na "...of the Dark Light", mimo usilnych starań zaobserwować nie mogę - złóżta to na karb zjebanego słuchu/gustu, cokolwiek. Sound nowej płyty na pewno nie jest idealny, ale robi z pieszczonymi nim kompozycjami to, co ma robić przy nastawionym na brutalność i ostrzał techniką i riffami death metal - wszystkie instrumenta słychać jest przecież klarownie, gitara lata nisko - tam gdzie ma, a i rytmicznym niewiele brakuje. Możnaby i podbić bardziej, np. stopę, ale to mały mankament w porównaniu z rzygami żółci w internetach. Jedna rzecz, która i mi zdecydowanie nie pasi, to produkcja wokali - nierówna jak podatek dochodowy - raz czuć wręcz siarczyste, grillowane mięcho (np. "Your Last Breaths"), a zaraz, czy to przez akompaniament, czy rytmikę, czy jeszcze inszy chuj, wokal pada na pysk i nie daje pożądanego ciepełka (np. w kawałku tytułowym czy w otwieraczu). Ja się nie czepiam Mullena - bo ten skurwisyn to bestia, ale następnym razem niech patrzy mikserom na ręce, to i Wy i ja będziemy kontent.

Do tego ta rzecz z Mikiem Smithem - nie grał juz na "Pinnacle of Bedlam", ale okej, to była średnia płyta, mniej udana, to możeście sie czemś sugerowali - ale koleś nie grał też, np. na "Pierced From Within" i chuj? No i druga rzecz - nie oszukujmy się - żyjemy już w takich czasach, kiedy wybitnych, bębnowych hegemonów jest dużo więcej niż kiedyś i są już dziesiątki (jeśli nie setki) deathowych perkusistów grających "lepiej" (technika? feel? sam to nazwij) od Smitha, a do tego o ćwierć (połowę?) młodszych. Zaakceptuj to lub zgnij ze starości. Nowy gołowąs w składzie Suffo poradził sobie przednio, chociaż pewnie dopiero na następnym albumie (a przynajmniej taką mam nadzieję) włoży w palkowanie całe serce, bez półśrodków. Nikomu nie chcę umniejszać zasług, ale mówię jak jest (he!).

Generalnie, to wszystkie kompozycje trzymają się jakichśtam nowych, świeżych ram, ale na móje ucho, to zdecydowanym faworytem i daniem głównym tego nowego materiału jest jego druga połowa. Są tam takie pyszności, jak kawałek tytułowy z zajebistom solówkom i baaardzo przyjemnym zwolnieniem od drugiej minuty, jest "Some Things Should Be Left Alone" kojarzący się mocno ze starymi przebojami Suffo i z bezbłędnie napisanymi partiami bębnów. Atakuje najwolniejszy (a właściwie najmniej szybki) i najbardziej kombinowany "Caught Between Two Worlds" - w okolicach połowy traka bas zaczyna skakać jak ropucha z cholerną czkawką! No i na koniec kawałek zamykający, przechodzący z anihilującego włosy z pleców bombardowania do smołowatego tąpnięcia i z powrotem, klasa. Skądinąd nie powiem, pierwsza część też ma swoje wielkie cyce - przykładowo otwieracz "Clarity Through Deprivation", mimo bycia zmasowanym nalotem riffów, to prowadzi uszy bardzo subtelnie, przepoczwarzając się tuż przed naszą uwagą w bardzo naturalny, przemyślany sposób - nie nazwę tego melodią, ale takim "riffem przewodnim" może, o! Drugim rżnięciem, które na pewno zapamiętam na długo jest "Your Last Breaths" z, jak wyżej pisałem, pierwszorzędnym wymiotem Franka i znów - pysznym bębnieniem świeżaka, wydaje się że to jeden z najbardziej brutalnych strzałów Suffo od dawien dawna. Jak taki rozpędzony kawał łajna wystrzelony z trebusza - niszczy armaturę, a i mózg zlasuje. Świetna robota.

Jeśli natomiast miałbym wylewać żale na warstwę kompozycyjną, to miernota przejawia się głównie w tym, z czego Suffocation jest znane i za co poważane - szewc bez butów chodzi - są momenty, gdzie intensywny riffing zaczyna brnąć przez strasznie wytarte, wyklepane szlaki - weźmy taki "The Violation" - wszystko niby gra jak trza, ale spróbuj rozsupłać tą gitarową nawałnicę, a trafisz tylko na zwykłe pitu-pitu i średniactwo nie wyróżniające się z tłumu - nie biłoby to tak w ucho, gdyby nie, wspomniane wyżej, naprawdę rasowe pokazy zdolności technicznych i kompozytorskich Hamburgerów. Takie, nie lękajmy się tego określenia, świńskie zapychacze pojawiają się na albumie w bardziej lub mnie skondensowanej formie ("..of the Dark Light" albo "The Warmth Behind The Dark"), ale pamiętać warto, że na płytach post "soulsowych" podobne praktyki występowały o wiele częściej, ergo cieszy trochę więcej przyłożonego do owych tracków pomyślunku.

Zbierając to wszystko do kupy, bo wylałem z siebie już najważniejsze rzeczy - ósma płyta Suffo to materiał udany, łączący stare, dobre patenty i tradycyjnie doskonały warsztat z nowoczesnym (ale odpowiednio skrojonym) brzmieniem, nie ustrzegająca się mielizn kompozycyjno-produkcyjnych, ale waląca w pysk dobrym, ciężkim, szybkim i brutalnym death metalem. Nie będzie to najlepszy death roku, nie będzie to też czołówka dokonań samych zainteresowanych, ale cieszy powrót do dobrej formy po lekkich, ale jednak poślizgach, i - miejmy nadzieję - jest zwiastunem kolejnego materiału, który zostawi po sobie tylko pożogę i zamknie ryje dziadkom od plastikowego brzmienia. Taka jest moja koncepcja, tak ja to widzę.

A TUTEJ macie opis wydania płyty by Nuclear Blast.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)