Loading

Świeżo z kinoteatru

The Girl With All The Gifts (2016)

Nekro      24 lutego 2017      Recenzje, Film

Na temat filmów umiem pisać tylko ubliżenia i drwiny. Łatwo mi je lżyć i nie przebierać w wulgaryzmach na ich głupi temat. Bardzo nie chcę, ale muszę się powstrzymać - bo "The Girl With All The Gifts" zasługuje na kilkukrotnie podbitą kartę rabatową.

Jak pisałem przed momentem, nie czuję się kompetentnym do recenzowania filmów (ani recenzowania czegokolwiek innego, chyba, że chodzi o namiętną noc z Twoją Starą), ale omawiany obraz aż się prosi o kilka słów opracowania - ku pamięci i oddaniu sprawiedliwości, bo zaskoczył mnie nielicho, jak powracający bumerang, którego nie rzuciłem. Obudziłem się widocznie z zimowego letargu, film widziałem już ze 3 tygodnie temu i byłem wybitnie zainspirowany faktem, że jeszcze taki młody mamy rok, a tu już mi dojebali - najprawdopodobniej - jednym z najlepszych przedstawicieli gatunku grozy w tym roku. No i po tych trzech tygodniach (i kilkunastu horrorach) później swoje zdanie podtrzymuję, a może nawet i podbijam - niech mnie dunder świśnie!

"The Girl With All The Gifts" (znany też w Słowenii jako "Dekle z vsemi darovi") to brytyjska produkcja oparta o książkę pod tym samym tytułem autorstwa Mike'a Carreya (który jest też scenarzystą samej adaptacji), umiejscowiona gdzieś na - jakże żyznych - polach zombie postapo. Jako, że mamy już XXI wiek, to zombie musi głośno krzyczeć i biegać niczym francuski murzyn z zajumanym rowerem - tutej jest nie inaczej - maszkary mają doskonały słuch, kondycję i kilka innych nietypowych (kiedyś) przymiotów, ale zwalmy to na (takoż standardową) konwencję wirusa (a raczej grzybowych sporów) a nie klasycznego powstania z martwych - to uznajmy, że magiczne grzybki dają najdzwyczajną petardę w nogi i plus piętnaście do okrzyku bojowego i słuchu - z życia wzięte.

No, ale nikt nie ogląda zombie-movie, żeby wyliczać nieścisłości między światem przedstawionym a realnym (chyba, że się nudzisz, lubisz morzyć ludzi i myślisz, że twoje zdanie kogoś obchodzi). Lepiej skupić się na bohaterach, którzy w tym świecie żyją i w niego ingerują, bo to oni (podobnie, jak w The Walking Dead... suma summarum podobnie jak w większości tego typu produkcji od czasów pierwszej "Nocy"), ich poczynania i machinacje są tu najważniejsze. Zaraz po budującym napięcie (naprawdę świetnym!) prologu, poznajemy tu małą grupkę postaci, która to - rzecz jasna - wraz z kolejnymi spotkaniami ze Szwędaczami sukcesywnie się pomniejsza. W jej skład wchodzi nie kto inny jak kommando foka, kobita-naukowiec, młodsza-kobita-naukowiec, kilka pomniejszych kommando fok i pewna wyjątkowa dziewczynka, która, jakby nie patrzeć, gra tu pierwsze skrzypce i jest osią fabuły. Od tajemniczej introdukcji po konkretne zawiązanie akcji każda postać ewoluuje własną ścieżką (może oprócz kommando foki i jego wytartych wyborów moralnych), ma w gromadce swoje miejsce i konkretną rolę do spełnienia. Plusem jest zaskakująco porządna obsada - jest tu Glenn Close wyglądająca jak stara lesbijka, Paddy Considine (koleś z "Butów Nieboszczyka"), Gemma Arterton (niegdyś piękna Księżyczka Persji, teraz już posunął ją ząb czasu i straciła powab) i mała murzynka której nazwiska nie chce mi się szukać, ale swoją robotę robiła bardzo dobrze (może poza "agresywniejszymi" momentami). Konkludując - kreacja i odtworzenie postaci stoi na bardzo wysokim poziomie (pamiętajcie, że to film o zombie!) i to mogło przeważyć o spektakularnym funie, jaki czerpałem z seansu "Dziewczynki...".

To i niezaprzeczalne podobieństwa - tak w fabule jak też w przedstawieniu uniwersum i jego historii - do genialnej pozycji studia Naughty Dog - "The Last of Us" z 2013 roku. Rzadkim widokiem jest próba oddania podobieństwa (i honoru) growej kreacji amerykanów (np. "Maggie"), o wpływach nawet niekoniecznie zamierzonych, szczególnie, że TLOU czerpała z całej masy starszych produkcji growych i filmowych, ale żadna nie była tak niedaleko pierwowzoru jednocześnie rozszerzając świat o własne, tak dobrze w niego wpasowane, elementy, jak to tutaj brytyjskie dziełko. Wielkie, opuszczone, zarośnięte grzybem i inszą roślinnością miasta, latające zarodniki czyhające tylko, żeby odebrać komuś rozum, przepoczwarzające się "potwory"... Śmierć nie pierdoli się nawet z głównymi postaciami - żeby przeżyć, tak jak w "The Last..." lepiej bezszelestnie się zakradać niż siać pożogę jak Robocop. Nie raz i nie dwa złapałem się na krzyczeniu "Chowaj się! Ani drgnij, kurwa!" do ekranu, szczególnie, że partie grozy to nie wyskakujące zza kadru kakuny na hamburgerową modłę, tylko rozciągnięte w czasie, przyprawiające o bezdech zestawy scen (np. wyborny marsz przez miasto i scena z wózkiem), a za takie finezje - brawa, owacje na stojąco - tego chciałem.

Nie ominięto kilku głupot, takich jak irracjonalne (szczególnie pod koniec filmu) poczynania postaci, albo zachowanie Pokraków, kiedy raz zaatakują przy powstrzymanym kichnięciu, a później można im nad głową strzelać z bazuki i mają to w anusie, ale zwalmy na konwencję i różnorodość w gatunku grzybów (nie jestem biologiem zombie, nie wiem, może słuch im się pierdoli z wiekiem? Ty też nie jesteś biologiem zombie!), ale nie przeszkadzało mi to ani przez chwilę. Chociaż końcówka nie zachwyca i po takim smacznym daniu przydałby się też dobry deser... Widać, że nie mozna mieć wszystkiego, hohoho. Prawdopodobnie będzie sequel (50 lat później - dziewczynkę będzie grała Viola Davis albo Oprah).

Tak, czy inaczej - jeśliś fanem horrorowych nie-amerykańskich produkcji pokazujących pazur i własny charakter twórców - "The Girl With All the Gifts" to zdecydowanie film, na który powinieneś poświęcić czas. Tak samo, jeśli doceniasz nietypowy i pieczołowicie zbudowany filmowy świat przedstawiony, bo ten tutaj czerpie z najlepszych zachowując jednocześnie autorytarność. Dobrze... Bardzo dobrze spędzone dwie godziny, szczególnie, że obraz wziął mnie z zaskoczenia o tak:

Polecam!

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)