Loading

Nowy szajs muzyczny

The Ruins of Beverast - "Exuvia" (2017)

Nekro      06 czerwca 2017      Recenzje, Muzyka

Zbierzcie się, bracia i siostry cienia, nad naszym błogosławionym, starożytnym krągiem poświęcenia! Złóżcie ofiarę z krwi, połączcie się z kosmosem! Odrzućcie życie, uwolnijcie swe duchy i wole! Zakosztujcie słodyczy wolności i absolutu, rozszarpcie pazurami cielesną egzystencję! Wejdźcie do grobów i otwórzcie swe żyły! Zjednoczcie się z Ziemią, Waszą matką! 

Tak zobrazowane - w ogólnych zarysach - stany emocjonalne towarzyszą śródmózgowiu podczas obcowania z najnowszym dziełem imć von Meilenwalda, tworzącego jako wszeteczny The Ruins of Beverast pod egidą ekstremistycznie mrocznego, ambientolowego, rytualnego black metalu sięgającego też po niejedno spod szeregu innych ekstrem, skrzętnie lawirując między nimi i unikając pijackiego, przyprawiającego o womit bełkotu. Projekt znany już i poważany od dłuższego czasu - już debiut, czyli "Unlock the Shrine" z 2004 był kawałem godnej pozazdroszczenia, silnie nacechowanej oryginalnością i własnym, niemal niepowtarzalnym charakterem substancji, a i jego następcom niewiele między uszami w kroczu brakowało. Ostatnią próbą Beverast był przepotężnie kwaśny i szalony "Blood Vaults", który wikłał wpływy w sposób już skrzętny i dość znaczny.

W pewien sposób  nowy materiał projektu, lakonicznie zatytułowany "Exuvia", to kontynuacja, rozwinięcie czteroletniego, bezpośredniego poprzednika, dyć analogicznie można mówić o nowym wcieleniu "stareńkiej" już "Unlock..." z którą także łączy nowy album takoż znaczna liczba przymiotów - po kolei zatem.

Nie ma co woalować, nie ma co kryć - Meilenwald znowuż to zrobił. Znów przekroczył całym ciałem granice transcendencji za pomocą licznej ciżby uporządkowanych dźwięków. Znów oddzielił ducha od mięsa wykorzystując szeroką skalę wpływów. Znów pokazał, że muzyka pełna nienawiści, smutku i odrzucenia życia potrafi być jednocześnie piękna, staranna, pieszcząca zmysły i pielęgnująca nie tylko te, zepsute niczym starcze zęby, cechy osobowości. Napisał podwalinę dźwiękową do snów astralnych, do duchowych lotów przez przestrzenie kosmosów, do seansów dyskusji ze zmarłymi i z duchami żywiołów. "Exuvia" to przeżycie spirytualne z zupełnie innej mańki, niż takie kwaśne arcyjazdy, jak Oranssi P. czy A. Todolo.

Rytm podróży nadaje rachitycznie, wlokąc się wręcz, szepcząc, subtelnie muskając synapsy na poziomie między snem a jawą, deklamując wersety poskładane z nut z wielką starannością. Przyciąga duszę swym mrokiem w sposób tak naturalny, niewymuszony, że nie wiadomo kiedy i w jaki sposób, ale właśnie wdał Cię w dyskurs z pierwszym duchem. Czerpie z kosmicznej zupy dokładając na talerz kolejne porcje fascynacji i doświadczeń, ale też niepokoju, chaosu, trwogi i desperacji chłoszcząc tak wkręcony w tryby Machiny Ostatecznej umysł. Dyktując wciąż tempo tego nadwojażu, "Exuvia" serwuje moim bytom kolejne nawiedzenia, czasem to zwiększając ich częstotliwość, czasem całkowicie stopując i dając chwilę na oddech krystalicznie czystym, ciepłym powietrzem, czasem poganiając mnie w stronę następnej Obecności.

Organizacja kompozycji gra w przyżywaniu tego materiału znaczącą rolę. Te same dźwięki, motywy, całe parcele nut przychodzą nam z pomocą niejednokrotnie, i to nie tylko w zakresie pojedynczego nawiedzenia, a spotkać możemy je też w innych miejscach, jakby tylko czekające na konfrontację. Doskonały zabieg spajający podróż w jeden, wielki, kosmicznie-apokaliptyczny pejzaż o horyzoncie wśród mgieł zapraszającym swoim dziewictwem i nieprzebytą połacią terenów poza nim. Kusi do rytualnego tańca plemiennym, pierwotnym rytmem, niby bijącym sercem, niby zwiastunem zagłady. Porywa do lotu nad skąpaną w cieniu, ale jakżeż fantastyczną krainą. Zachwyca pietyzmem, kunsztem i dopracowaniem detali - zrazu niewinne, przelotne dźwięki przechodzą często w takie, które przygniatają swym cieżarem, wpijają szorstkie dłonie w skórę na karku i przyprawiają o spazm szaleństwa na samo wspomnienie o nich. Niesamowite przeżycie.

Rozsiew stylistycznych nawiedzeń, jakimi raczą nas ceremonie "Exuvia" zasługuje rzeczywiście na poklask - Beverast w swoim braku zachowawczości i idei non-wsteczności wyprzedził konkurencję i pozwolił sobie na jeszcze więcej niż na - pełnych splendoru przecież - poprzednikach. Składa swój wszechświat z małych i delikatnych detali, ale takich, które w połączeniu ze sobą działają na spokój ducha czasami bardzo destrukcyjnie. Ruch dźwięków jest zdecydowanie mniej agresywny niż na poprzedniku, a produkcję nie tyle wygładzono, co zmieniono podmioty na które  ów akcent produkcyjny jest nałożony. Mimo tradycyjnej przewiewności Beverast, przy okazji nowej podróży wbita jest ona na jeszcze wyższy poziom, czasem rozmiękczając wręcz emocje w ambientowej, czy takoż post-rockowej próżni. Nie brakuje tutaj, rzecz jasna, duchoty - ciśnienia, które atakuje głowę z każdej strony, zwiększając nacisk z każdym obrotem kołowrotu. "Klaustrofobia" to dobre słowo w tym przypadku.

Czerń z tyłu głowy szepcze, że o płytach takich jak ta, powinno pisać sie jak najmniej. Może brzmi to pretensjonalnie i kliszowato, ale takim właśnie, szczerym uczuciem darzę nowe od The Ruins of Beverast. Moim zdaniem, a mówię to w pełni władz fizyczno-umysłowych, mimo, że wciąż pod urzekającym wpływem tego dzieła, "Exuvia" to definitywnie najlepsza podróż, jaką udało mi się odbyć (i częstokroć powtórzyć) we własnym umyśle w tym roku, której splendor będę szerzył w cztery strony świata i której czar mam nadzieję czuć - wciąż bardziej intensyfikowany - przy kolejnych próbach wybrania się na nią. Sztuka to diabeł.

TUTEJ macie opis wydania by Van Records.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)