Loading

Nasze polskie, krajowe

Thy Worshiper - "Klechdy" (2016)

Nekro      05 lipca 2016      Recenzje, Muzyka

Tako zarzekł Dżagathrustra - polska metall = dobra metall! Ostatniemi czasami w szczególności. Jeszcze zarzekł mocniej, jeśli "polski" nie znaczy tylko tyle, że muzykanty i artysty w Koszalinie czy Bzitem zrodzone, ale że to polskie w swą twórczość wkładają. Jak Mazowsze czy poznańskie słowiki. Thy Worshiper jest z Wrocławia.

I. "(...)więc obejmij mnie dobry Wrocławiu!..."

Wrocław to to magiczne miejsce, gdzie ostatnio występował David Gilmour Dzwońcem zwany. Termin owej hecy moja plebejska percepcja przeestymowała o jakieś trzy miesiące do przodu. "O, bedę jechał" mówili... "O, może zagra co sprzed 1970, to się mógł będę chwalić w klasie!" mówili... Wyszło z tego tyle co kot napłakał, ale jakieś zadośćuczynienie przyszło mi otrzymać, tylko o tym już gdzie indziej. Wracając do tematu, wychodzi na to, że gród ten na którymś ze śląsków położon, jest w jakiś sposób kulturowo błogosławiony. Z niego oto pochodzą takie nazwy jak ... i ... a także ... byłego wokalisty ... . Niewielu pojęło, że stamtąd też nadszedł szwarny chór Thy Worshiper zwany (odczuwam chorą przyjemność wymawiając słowo Thy z takim drętwym językiem, wiesz o co chodzi). To już zresztą wcześniej napisałem.

 

II. Twój Czciciel

Oprócz tego powyższego szczegółu, nie będę męczył ichnią biografią, jeśliś dociekliwy progał, to poczytaj akapity na ich oficjalnej stronie. Za dużo tam nie ma i chyba niezbyt aktualizowane, ale nie sądzę, żeby to miało jakieś znaczenie. Pewnikiem bardziej ważny jest fakt, że niecałkiem dawno ujawnili się z kolejnym albumem. Gdyby nie lenistwo, podałbym nawet te wszystkie daty, sklady, ktora to płyta i po jakiej i tym podobniej - naprawdę - podałbym je, więc doceń! Jak pewnie niejeden spryciula zdążył zauważyć, płyta nosi tytuł "Klechdy". Klechda to, wg słownika języka polskiego Zygmunta Chajzera, podanie ludowe (no dobra, posiłkowalem się kieszonkowym wydaniem "100 Jolek i Panoramicznych", nie stać mnie na książkę Chajzera), więc naturalnie odwołuje przedsłuchacza (osobę, która będzie słuchać, ale jeszcze nie słuchała) w rejony muzyki folkowej, tak wspaniale kojarzonej z artystami typu Skaldowie, Żywiołak, czy ostatnio trapper Donutan. Kierunek dobry, chociaż jak słyszałem Thy Worshipper wcześniej (a były to pojedyncze utwory, których imion nie pamiętam, ale nie ze zlośliwości, tylko, że się kolokwialnie wyrażę, chujowej pamięci długotrwałej), to wiedziałem, że folkowy szlak, którym idą Wrocanie (Wrocławiacze?) nie będzie wiódł przez dożynkowy jarmark, wydeptany do łysej kości przez naszych (pseudo) folkowych wykonawców.

 

III. Podanie ludowe i gol!

Bez wchodzenia w szczegóły - ten zespół gra metall. Tylko ten metall jest wyjątkowy - to polski metall. Nie z nazwy, ale z ducha, takiego ducha przywoływanego podczas dziadów. Worshipper wplótł w nuty polskie starodawne bajania (wybacz ignoranctwo, nie wiem co z jakiej epoki, ale strzelam, że chodzi o czasy pogańskie, przedchrzestnicze) tak od strony tekstowej jak i muzycznej. Do mnie te klechdy nie mogły trafić w lepszym momencie - akurat drugi raz zacząłem grać we Wieśmina Trzeciego z okazji wydania drugiego dodatku - więc wszystkie smrody bab cmentarnych i kurioliszków chłonę niczem małżeństwo Lewandowskich kolejne kontrakty reklamowe (to tak a propos Euro '16, żeby nie było, że nie oglądam), a takie bukiety unoszą się nad "Klechdami" w ilościach uprawniających je do sprzedaży w Makro albo Selgrosie. Mimo, że za podstawę brzmienia zespołu robia tu wichajstry strunowe i baterie słoneczne bębnowe, to uważny spotka tu całą masę ciekawych upstrokacizn w postaci instrumentów z epoki (zapewne wykonanych z drewna jarzębinowego i chrząstek bydła hodowlanego z paciorkami z grdyk indorów i piór archegryfów przeklejonych na szpik z grzydkcia wąpierza dla dekoracji) i (mniemam) elektroniki. Szkielet odlany z całkiem przedniego metallu (takiego chyba raczej czarnego, chociaż nie jest to jakaś kapitalna srożyzna) Thy Worshipper ubiera niczem Marzannę w kolorowe girlandy z folku - najważniejsza sprawa - robi to dobrze, z wyczuciem, na ogół subtelnie (czasem troszkę zatrąci tym wspomnianym jarmarkiem, ale to i tak z rok świetlny lepiej od konkurencji [wiem, rok świetlny to nie jednostka dobroci, ale to nie ja pierwszy chwaliłem się czasowką w parsekach...]), bo nie atakuje kwaszeńcami ni rozbratlem po uszach, by zamaskować to i owo. Ingrediencją, która szczególnie cieszy jest fakt, że spektrum dźwięków polsko-metallowych jest w wykonaniu Thy Worshipper przepastne jak spodnie blogerki modowej, której się już nie chce. Przejdzmy więc do owych spektrów....

 

IV. Kurwo Zdychaj (ang. Die Curvo)

Więc ten czapter zacznijmy od porownania - tak jak pisałem, wcześniejszą twórzość amalgamatu znam dość pobieżnie, ale na tyle, by zauważyć rewolucję (a raczej progres) jakiej uczestnikiem był na przestrzeni ostatnich wydawnictw. Pierwsze co robi robotę na tyle, żeby zacząć brawo bić, to jest brzmienie. Nie chodzi o fanboizm czystego czy brudnego brzmienia, ale jest czyściej i jest lepiej. O tyle, że słychać to, co trzeba, w tym momencie co trzeba. Założę się, że miks "Klechd" (Klechdów?) to była skurwysyńsko ciężka praca, bo czasem ścieżki ruchają się w kilkuosobowych orgiach, ale kolega, który to sklejał zrobił swoją robotę jak trzeba (mam nadzieję, że pieniądz wziąl też godny). Starsze epiki, z bodajże, "Czarna dzika czerwień" to był dosyć mętny kocioł dźwięków (chociaż klimat to miały), być moze nienajlepiej dobrany do takiej twórczości a nie innej. Ale co ja tam się kurdwa znam. Teraz wszystko słychać jakby grali u Ciebie w sieni.

Muzak nabrał na progresji i nie zawsze tam, gdzie chłop spodziewałby się refrenu czy też zwrotki ta zwrotka czy też refren tam występuje. W najdłuższych słitach na płycie takich jak "Wschody", mamy poważne, kuriozalne struktury przeplatające motywy niczem niezdecydowana transseksualistka. Jeden riff potrafi pojawić się w pierwszej, później dzisiątej a później w czwartej minucie (to ci dopiero...), zamykając kompozycję platynową klamrą. Większość tracków ma piękną budowę cicho-głośno-cicho, ale są też cicho-cicho-głośno, albo w ogóle cicho-głośno-cicho-głośno-głośno-cicho-głośno-cicho ("Dziady"), co, przy bogatym instrumentarium i dualności (ładne słowo...) wokalnej robi z tych utworów naprawdę ciekawą przejażdżkę. Jak wspomniałem wokale, to trochę rozwińmy - pojawia się tutaj Pan, który rżnie srogie deklamacje w cięższych fragmentach (wyborne "Kurwo zdychaj!" w "Marzannie") jest także pani, bodajże Ania ma na imię (jeśli pokićkałem, przepraszam, nie chcialem), która ubarwia wolniejsze fragmenty swoim, mimo wszystko dość masywnym głosem. Gdzieniegdzie ten duet robi naprawdę furgoczącą robotę ("Gorzkie żale") i wprowadza w pogański megatrans (znowu "Dziady", kobita epicko interpretuje Mickiewicza, warto posłyszeć).

I, zupełnie przypadkiem, niechcący, zarzuciłem tutaj tym "transem". Słowo klucz dotyczące tego albumu. Jest transowy jak jasna choroba. Utwory są tak nasycone takim hipnotycznym złem, że przerwanie słuchania tej wielkiej suki następuje tylko w momencie, kiedy trzeba zmienić płytę (dwie kurwa płyty, 12 kawałków i 80 minut klechd), żeby torturować Marzannę dalej. Uwielbiam takie klimaty, a i Ty się do nich przekonasz jakie tu halucynacje Łorszipery zapodają. Płyta mimo swojego gargantuicznego przebiegu jest gotowa do odsłuchu od początku aż do końca (na spotifaju odpada zmienianie płyt, ogarnij!) i wsysa Cię jak loszka milkszejka z maka. Klechdy to rzecz spirytualna i tak należy ja postrzegać (znaczy należy... najlepiej będzie) bo odpłaci Ci się nielichym tripem w świat grzybowego kosmosu.

Się troszkę rozpisałem (cztery browary zdążyłem wypić), to jeszcze słówko o wydaniu. Album wydała Arachnophobia w przyjemnym digi - pamiętajmy że "Klechdy" to dwie płyty CD, które trzeba ładnie umiejscowić, a i miejsce na kartonie odpowiednio zagospodarować - wydaje się okej, ja nie mam pytań. Właściwie jedno mam - jakim, na miłość Melitele farbianym materiałem pokryty jest ten karton, bo w dotyku jest jak wnętrze uda 16-letniej zakonnicy! Ostatnio taką gładkość czułem jak  włożyłem sobie pod pachę ten wihajster od polerowania pięt mojej kobity. Cudne uczucie, słowa podziwu składam. Tu macie jakieś fotosza (mam nadzieję, że nie naruszają jakichś dziwnych praw czy prawidłeł typu kopyrajt):

 

V. Popioły

Thy Worshipper to projekt zaiste dość oryginalny na scenie naszej polskiej muzyki metallowej, który jest na najlepszej drodze stać się projektem kultowym. Robią swoje profesjonalnie, mają plan, czały czas zachowując swoje eksperymentalne podejście. Poza tym nie ma lepszej herbaty od nich na półtorej godzinki zadumy po intensywnym napierdzielaniu utopców i północnic w Wiedźminie. Nie wiem, czy tego typu epitety pochlebiają Wrocławianiczom, ale... Honestly darling, i don't give a damn. Posłuchać.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(3)

2016-08-04 11:37:39
Bry... Bardzo dobra recenzja. Chcialbym zglosic jedynie, ze kazdy kto w nia wejdzie moze ja edytowac. Da sie jakos naprawic? Pozdrawiam. Kielbasa.
2016-08-16 19:15:02
Da sie, drogi chłopcze! Propsy kolorowe i złote lampasy za dobre oko i chęci!
2016-08-18 23:51:44
Z polecenia przesłuchałem album jakiś miesiąc temu. Dobrze że przypomniałeś, miło wrócić do klimatu Słowian zachodnich ... wschodnich pewnie zresztą też.