Loading

RozTopy 2017

Top 11 najlepszych gier 2017

Nekro      18 marca 2018      Topy&Besty, Gry

Trochę - co prawda - późno, ale co tam, nie stracił przecież na aktualności. Top growych produkcji na nośniku wszelakim wydanych w zeszłym roku, kiedy miałem na nie zdecydowanie mniej czasu, niż w poprzednim, uważam za kompletny. Jest sporo pozycji, którymi jestem bardziej niż zainteresowany, a których nie było mi dane popróbować ("Horizon: Zero Dawn" i "The Last Guardian" będącymi tymi najbardziej intrygujacymi), ale co zrobić - jeszcze się taki nie urodził, co by we wszystko ponapierdalał z mocą. Dlatego też mamy tu tylko jedenaście, za to zajebiście przyjemnych, wartych przepierdolenia swojego czasu wydawnictw wydanych w dwa tysiące i siedemnastym ku uciesze brudasa, czyli mojej. Także zapraszam do rozgrywki!

11. Darkwood

O regionalnej mini-produkcji horrorowej "Darkwood" pisałem już tutej, bodajże przy okazji którejś edycji "Trzech Szybkich", ale to dobrze, bo to zajebisty projekt jest. Taki, w który zapalczywie napierdalasz z dzikiej, masochistycznej żądzy strachu, dla tego szczególnego gilgotania w podbrzuszu, jakie daje mocno niepewna eksploracja odpychającego świata, w ktory rzuca nas ekipa z polskiego Acid Wizard Studio. Perspektywa z lotu ptaka dodaje tu - wbrew pozorom - do tajemniczości, a czasem umowna, ale zdecydowanie ciekawa oprawa wizualna i boleśnie klimatyczne udźwiękowienie mrożą gębę jak polarnie zimne lody wodne. Rozrywka na długie godziny, bo mapy generują się losowo, a strachy wypełzają z najmniej oczekiwanych dziur. Tak się komponuje grozę!


10. Torment: Tides of Numenera

Motyka się w to zapierdolone w dupę slońcę wbiła z przepotężną mocą, bo nowy "Torment" to godny sukcesor, chyba najwybitniejszego eRPeGa w dziejach gier komputerowych i innych najprawdopodobniej też. O ile kilka kwestii (przy okazji chwalenia gry) trzeba absolutnie pominąć (WALKA KUUUURRR...!), to świat przedstawiony i dialogi rozpisane w ostatniej produkcji inXile są absolutnie najwyższej próby, a czempioństwa właśnie w tych dwóch, konkretnych materiach wymagałem od sukcesora idealnego "Planescape". Przyjemna dla oka, nawiązująca do klasyki grafika, mnogość rozwiązań większości problemów i rozbudowane jak spiralna galaktyka drzewka dialogowe robią z tej produkcji grę nie tyle ogromną, co nasyconą dziesiętnie treścią i klimatem. Co dalej?


9. Cuphead

Po pierwsze - "Cuphead" znakomicie wygląda. Po drugie - "Cuphead" doskonale brzmi. W końcu po trzecie - w "Cuphead" fantastycznie sie gra. Mechanika jest prosta jak rowerowa szprycha, bo to w miarę klasyczny side-scroller, w którym lecąc z lewej na prawą za zadanie mamy rozpindolić w pył wszystko, co się tylko rusza, najlepiej unikając wlasnego zgonu - nic nowego, było tego tysiące. Tutej zaś mamy to opakowane w tak rewelacyjną, jak innowacyjną oprawę, jakiej w grach komputerowych jeszcze nie widzieliśmy i która jest integralną częścią rozgrywki. Ten retro-wintydż w połączeniu z (czasem stanowczo za bardzo, można się fest wkurwić!) wyśrubowanym poziomem trudności i różnorodnością etapów i przeciwników zakwitła po krótkiej rozgrywce w prawdziwe objawienie wirtualnych zmagań z własnym, podkurwionym duchem.


8. Hellblade: Senua's Sacrifice

W "Hellblade" dzieje się niedużo - połowę gry spędzamy na chodzeniu, drugie pół na rozwiązywaniu prostackich zagadek i oglądaniu przerywników, a resztę czasu zajmuje zręcznościowa walka, o której nawet nie warto pisać. Sukces tej produkcji zaszyty jest jednak w zupełnie innej płaszczyźnie. Sami twórcy określili grę mianem "przeżycia" i tak też należy do niej podejść - zamiast ślepo wciskać guziki pada, warto tu skupić się na tym co widać, a w szczególności słychać, bo kierujemy tu bohaterką w łeb pojebioną, słyszącą głosy będące wynikiem głębokiego obłędu, którym jest naznaczona. Im dalej w las, tym choroba protagonistki się pogłębia, a oprawa audio-wizualna dostosowuje się do jej stanu psychicznego. Eksperyment sam w sobie niesamowity ("kształt" głosów w głowie Senui był wcześniej konsultowany z chorymi na schizofrenię!), a dodatkowo bardzo udany, bo poza kilkoma wpadkami (znowu walka, tudzież kilka nietrafionych etapów), jest to unikalna podróż, podkreślona dodatkowo świetną grafiką. A jako, że nie jest długa, to jest to mus to ogarnięcia.


7. Divinity: Original Sin II

Jedyna produkcja na tej liście, której jeszcze nie ukończyłem - ogrywam ją właśnie w tym momencie, mając za sobą jakieś 15 godzin intensywnej, wciągającej rozgrywki. Mimo to, poczułem się zmuszony zainkludować drugie Divinity w tym topie, ze względu na jego niesamowity zajebizm - ta gra jest jeszcze lepsza, niż fantastyczna jedynka. Przede wszystkiem, to jest tak samo trudna na wyższych poziomach, dzięki czemu każda, nawet najmniejsza bitka z chochlikiem i zwłokami na płocie to wielkie przeżycie, a wygrana przynosi spektakularny orgazm. Każde wbicie lewela postaci to święta porównywalne z odzyskaniem niepodległości, a każde zdobycie mocarnego przedmiotu to przedwczesny szósty grudnia. Do tego genialna fabuła, przepyszna, kolorowa, detaliczna grafika, epicka ścieżka dźwiękowa i miliard aktywności, którym oddać się można w świecie Divinity, dzięki którym nuda tu ni na minutę nie występuje. Czyni to z dwójki coś ogromnego.


6. Wolfenstein II: The New Colossus

Ach, drugi "nowy" Wolf to chyba najbardziej odprężająca giera w tym zestawieniu. Nieco paradoksalne stwierdzenie, bo to dość dynamiczna i zdecydowanie trudniejsza od "The New Order" odsłona, w której chwile na uspokojenie oddechu można policzyć na palcach drwala. Na szczęście nie pozbyto się tu dość bezpretensjonalnego klimatu (mimo kilku, dość mocnych momentów) exploitation, dzięki któremu przy radosnym strzelaniu, czy oglądaniu genialnie wyreżyserowanych filmików, gęba sama się szczerzy, a stopy przebierają z radości jak baby na targu warzywnym. Mamy tu w chuj narzędzi zagłady, w chuj różnych przeciwników, sekwencje, że tak powiem, infiltracyjne, zwisanie z wysokości, broń roztapiającą molekuły i przebrzydłe nemesis, wręcz błagające o bolesną śmierć. Drugi Wolfenstein to zdecydowanie najlepsze napierdalanie karabinem, na jakie trafiłem w zeszłym roku. Aż znów nabrałem ochoty na parę wolfowych rzeźni.

Wyborny trailer, tak swoją drogą.


5. South Park: Fractured But Whole

O tym wyziewie też tu już było - a był to miks wkurwionej irytacji i zagłuszanego śmiechem zachwytu, w mniej więcej równych proporcjach. Ile się od tamtego czasu zmieniło - tego nie wiem, ale dziś, jakie może pół roku po przejściu drugiej komputerowej odsłony Miasteczka, wspominam ją nad wyraz dobrze, a te 20 godzin, które jej przeznaczyłem nie uważam w żadnym razie za zmarnotrawione. To był bardzo prosty (ale nie prostacki!) erpeg czerpiący z uniwersum SP ile wlezie, wypchany po brzegi znanym każdemu humorem nie oszczędzajacym żadnych świętości, wchodzącym też na terytorium kultury i historii gier, co zaowocowało doskonałym efektem (już po raz drugi!). Niedoróbek było sporo i były wkurwiające, ale wspaniałomyślnie uznam, że wszystko to, przez co płakałem krwią parę miesięcy temu jest już szczelnie załatane, a odbiór produkcji jest niczym nie zmącony. Bo szkoda by było, to była przecież taka zajebistość...


4. Little Nightmares

Bardzo długo czekałem na Małe Koszmary, bo i każda zapowiedź obiecywała naprawdę sporo. Co prawda część deklaracji potraktowano po macoszemu, ale w generalnym zarysie, to dzieło Tarsier Studios jest produkcją przynajmniej bardzo dobrą, jeśli nie wyśmienitą. Poczynając od dystynktywnego klimatu mroku i zaszczucia, przez pomysłowy i wymagający design poziomów, projekty przeciwników przyprawiające o ciarki na plecach, tajemniczą fabułę, aż po dynamiczną, wymuszającą kombinowanie rozgrywkę - tu wszędzie "Little Nightmares" bryluje. Produkcja reprezentuje - niby to wytarty już do kości - nurt zręcznościówek z widokiem z boku, w których robimy wszystko, byleby tylko nas nie zabili, ale setting, mus myślenia nad tym, co się robi i praktycznie nieustające poczucie zagrożenia jakie towarzyszy każdemu krokowi naszej małej, zakapturzonej bohaterki to jest to, co wyróżnia ją z tłumu. Do gry wyszedł już świetny dodatek, a że nie jest długa, to można ją ograć po dwa albo dwadzieścia razy, brawo!


3. What Remains of Edith Finch

Podium otwiera projekt o długiej nazwie, której nie mam zamiaru już przepisywać. "What..." to zawodnik - popularnych jeszcze nie tak dawno temu - symulatorów chodzenia, gdzie, aby nie popaść w bardzo grubo zarysowane klisze wynikające z hermetyczności gatunku, trzeba wyróznić się albo rewolucyjną mechaniką, albo tej klasy fabułą. Omawiana produkcja postawiła zdecydowanie na ten drugi przymiot i zrobiła to z niesamowitą starannością. Dzieło to, to bardzo emocjonalna podróż przez dzieje kilku pokoleń pewnej rodziny, które przyjdzie nam poznać przez kilku-godzinny metraż. Dzięki dość oryginalnemu podejściu do opowiadania historii, "What..." to produkcja unikalna w warstwie narracyjnej, a jednocześnie bardzo przyjemnie czerpiąca z bardziej "klasycznych" (jeśli można tak nazywać pewne walking-simulatorowe pozycje) poprzedników w warstwie mechaniki. To jeno kilka godzin grania, ale skutkujące prawdziwym huraganem emocji przy rozwikływaniu zagadki rodziny Finchów.


2. Night in the Woods

"NITW" to jedyna gra, która doczekała się w tamtym roku pełnej, dużej recenzji na Plazie, a to już coś mówi. Przygody małych, kolorowych zwierzątek obdarzonych własnymi, czasem konkretnie pojebanymi osobowościami przenoszą w na poły magiczny, na poły tajemniczy świat, z którym jednak w bardzo naturalny sposób można utożsamić ten realny. Główna w tym zasługa wspomnianej galerii osobliwych postaci, które rzadziej latają w slow-motion po krainach rodem z mar nocnych, a częściej piją browara, grają na iks-boksie i pierdolą o dupie maryni. Dzięki temu, już po kwadransie umysł gracza zakotwicza w okowach Possum Springs i nie pozwala się od rozgrywki oderwać ani na chwilę. Skutkuje to zadziwiającym, nieporównywalnym do niczego innego klimatem łączacym komedię, groteskę i grozę, zagęszczającym się wraz z postępami fabularnymi. Do tego dochodzi naprawdę malownicza, kolorowa grafika, i doskonały, nostalgiczny soundtrack którego słucham sporadycznie do dziś. Taka gra zdarza się raz na kilka lat, potrzeba tylko właściwej koniunkcji planet.


1. Thimbleweed Park

Złoty medal zgarniają małe, rozgadane, niepozorne kupki pikseli jakimi poczęstował mnie w tamtym roku legendarny producent Ron Gilbert ("Maniac Mansion", seria "Monkey Island" czy uberkultowe "Total Annihilation"!) przenosząc w czasie do okresu, kiedy słodycze smakowały lepiej, cygarety śmierdziały żywym piekłem, a gry fabularne o nieskomplikowanej oprawie wciągały młody umysł na dziesiątki rozkosznych godzin. Gdybym był starszy, to wrażenie byloby jeszcze silniejsze, bo "Thimbleweed Park" odnosi się w linii prostej do pierwszej połowy lat '90, kiedy w przygodówkach królował opisowy interfejs, a dialogi wybierało się wpisując frazy z palca, ale i tak - przy obcowaniu z tym dziełem  poczułem z tyłu głowy olbrzymi ocean ciepłej nostalgii. Mniejsza o tajemniczą, zaskakującą fabułę, o doskonale napisane postacie i ich przesmaczne dialogi (Małpia wyspa jest tu - zaiste - silna!) - ale ten klimat łączący silne, lynchowskie motywy z czarnym kryminałem zacnie podlany nostalgicznym sosem - to jest doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Dlatego "TP" to mój absolutny numer jeden na mapie zeszłorocznych, growych wydarzeń. Uwaga, trza w chuj kombinować!

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)