Loading

RozTopy 2016

Top 11 nieciężkich płyt 2016

Nekro      27 stycznia 2017      Topy&Besty, Muzyka

Wybaczcie rozdrabnianie się na pięćset plus rankingów płytowych (będą dwa razem z tym), ale gro płyt o lżejszym charakterze także prosi się jak świnie o własny ranking, a nie chciałbym toteż, żeby mi za rok czy pięć te kilka słodkich albumów uciekło ze łba i długo nie wróciło, szczególnie, że w przeważającej części słucham tłustego jebania blastem po gałach. Dlatego podsumowane są tutej, na tej króciutkiej liście. I pamięć złotego szczupaka może mnie w dupala pocałować, hej! 

Start!

11.Death Grips, "Bottomless Pit"

Zacznijmy od nowego, piątego już krążka rap-noise'owych agresorów z Death Grips. Co prawda, ten zespół nigdy nie nagra drugiego "The Money Store" (albo wybitnego "Ex-Military"), ale amerykańska ekipa to wciąż precedens na skalę globalną - z własnym, ciężkim do podrobienia stylem. I nowa płyta to potwierdza - wybitnie narkotyczne podkłady, cięte wokale i sardoniczne teksty - nowe od czarnuchów nie zaskakuje stylem czy konwencją, ale samą muzyczną zawartością i charakterem - to już, tradycyjnie dla nich, jak najbardziej!

10. Acid Guru Pond, "Acid Guru Pond"

Miał tu być Wovenhand, ale jestem jego w pip niedzielnym słuchaczem, więc nie będę się wymądrzał. Później miał być Motorpsycho, ale doszedłem do wniosku, że ten zespół zrobił się już nudny dawno temu. Jest więc jedyna w swoim rodzaju kolaboracja trzech gigantów kwaśnego, atomowego dokurwu, a są to kolejno - szwabskie, krautrockowe narkomany z kultowego Guru Guru, uzależnieni od psychodelików komuniści z japońskiego Acid Mothers Temple, a do tego unurani w fuzzowym kosmosie narkonauci z amerykańskiego Bardo Pond. Czy taki galaktyczny miks miało prawo nie ukończyć swojej misji na Jupiter? Posłuchaj, to sobie odpowiesz. Mimo, że ćpu... muzycy mogli tu ciekawiej zaakcentować swoje pochodzenie, jak i proweniencję swojej twórczości, to album jest doskonale katapultującym w drogę mleczną przeżyciem na odmienne stany świadomości.

9. Ivar Bjornson & Einar Selvik's Skuggsja, "Skuggsja - A Piece for Mind & Mirror"

Dla prostych ludzi takich jak ja, wystarczy na początek zaakcentować, że typol z Enslaved z typem z Wardruny grają ekstremalnie nacechowaną folklorem fuzję swoich macierzystych formacji. Czy to po prostu "elektryczna Wardruna"? Uproszczając i generalizując - jak najbardziej, ale jeśli komuś nie wystarcza taki opis, albo uważa, że nie oddaje on "Skuggsji" sprawiedliwości, to warto wytarzać się w tych dźwiękach. Ponieważ, wbrew pozorom, mamy tutaj bardzo ciekawą i całkiem oryginalną mieszaninę dobroci tak wardruńskiej puszczy białowieskiej, jak i mocno charakterystycznej gry Bjornsona, dzięki któremu Enslaved jest tym, czym jest. I właśnie w tych bardziej wiosłowanych trackach album pokazuje szpony. No bo robi robotę, że hejże ho! 

8. Cliff Martinez, "The Neon Demon"

Koleś w ogóle się nie zmienia, to czym się tu kruca podniecać? Nie wiem, ale soundtracki Martineza robią "na sucho" równie dobrze (a może nawet i lepiej, w odpowiednim czasie) jak podczas oglądania filmow, do których są pisane. Album doprawdy warty uwagi, tak samo jak sam "Neon Demon", który znalazł się nawet na nekroplazowej liście najlepszych horrorów (mimo, że horrorem per se na pewno nie jest) bo utrzymany jest w firmowym dla tego artysty stylu "koksem i cukrem napędzanym kibordzie". Jak ktoś pamięta - kultową już - ścieżkę do "Drive" czy (paździerzowatego) "Only God Forgives" to od razu będzie wiedział, czy mu się ta muzyka we łbie usiedzi. W moim znalazła swoją niszę.

7. Iggy Pop, "Post Pop Depression"

No to mamy powrót króla. Najlepsza płyta Popa od sam nawet nie wiem kiedy, bo koneserem solowego łojenia tego Pana nigdy nie byłem. Ale "PPD" zatrybił za pierwszym razem. Brzmienie bardzo retro, kompozycje dość retro, anglosas nazwałby je "pretty straightforward" a ja nazwe je "pretty fucken awesome"! Pop ciągle na wyjebie i ciągle wychodzi mu to wybornie - od solidnych, brudnych jak paznokcie po dniu w polu, punkowych strzałów, bo dość mroczne, intymne "ballady" (z przymrużeniem oka, rzecz jasna), "Post Pop Depression" ma wszystko, za co dziś można polubić zblazowaną, wydawałoby się, gwiazdę rocka lat '60. Oby tak dalej, dziadku. Powrót króla! Hench, hench, hench...

6. Hexvessel, "When We Are Death"

Przyznam, że po znakomitym debiucie, któremu "Dawnbearer" było na imię, jakoś se dałem spokój z kvohstowym podejściem do folk-rocka. Co prawda dwójeczkę też jakoś przy okazji obadywałem, ale nie pamiętam z niej nic, oprócz nieco wyraźniejszego postawienia akcentu na elektrykę gitarową. No to teraz poszedł kolega jeszcze dalej w tą stronę, bo mimo, że wpływy psych-folkowe nadal są niezaprzeczalnie wyczuwalne (i robią mi znakomicie), to album stoi na zdecydowanie gitarowym fundamencie - ale nie jest to, na szczęście, przewidywalne, tradycyjne oblicze rocka, a bardzo klimatyczny, dość melancholijny miks przeróżnych tego nurtu twarzy. Jest dość narkotycznie, co cieszy, bo do leśnych wynaturzeń dodaje też pierwiastek kosmiczny. No i ciągle kocham wokal tego gnoja - nie zliczę od ilu to już lat.

5. King Dude, "Sex"

Dosyć popularny nad Wisłą wykonawca, więc nie będę się rozpisywał - w 2016 wydał swoją najlepszą płytę, której, na marginesie, chyba ostatnio pozazdrościł mu jeden z naszych krajowych metal-celebrytów, bo zaczął grać podobne rzeczy. Mimo, że Dude wydaje płyty co rok, to jest na czym ucho zahaczyć - trumienne ballady o nihilistycznym smrodzie zakorzenione głęboko w Bad Seedsach czy gotyckim country typu Slim Cessna's AC - rzecz osobliwa i ryzykowna, ale w wykonaniu tego ex-bezecnika tak intrygująca...

4. Mondo Drag, "The Occultation of Light"

W Mondo zakochałem się dopiero przy okazji zeszłorocznego self-titleda, co nie dziwi biorąc pod uwagę, że ich wcześniejszych dokonań w życiu nie słyszałem, he! W każdym razie Hamburgery kontynuują swoją bardzo skondensowaną mieszankę progresywnego i psychodelicznego rocka o złotej proporcji. Niby to czerpie z klasyki gatunku, ale oplata ja swoim, lekko dzikim, nieprzewidywalnym pazurostylem, który stanowi o zajebistości tego materiału. Może i "The Occultation..." nie przebił poprzednika, ale w pewien sposób rozwinął jego formułę i daje podobną, nieprzecenioną zabawę. Plus, w jakiś nieopisany sposób, Mondo robi bardzo dobry klimat do erotycznych igraszek. Spróbuj. Posłuchaj!

3. Swans, "The Glowing Man"

Ciągle czekam, aż passa Brudnej Giry i jego przybocznej gwardii zmieni sie ze "znakomitej" na "meh", ale doczekać się nie mogę. Być może "The Glowing Man" to pierwsza od czasu powrotu Żiry na rynek i scenę zniżka formy, ale proszę cię panie jezuniu i wszyscy święci ludzie z aureolami, żeby każdy artysta miał takie zniżki. Być może zabrakło trochę ciężaru, trochę pomysłów w kilku miejscach (wszystkie mogły pójść na najwyższej próby "To Be Kind" sprzed dwóch lat) ale to wszystko chuj. Bo cheeseburgery ciągle robią to, czego inni nie robią - biegna galopem pod prąd tworząc absolutnie unikalne jednostki tak bardzo wciągające, tak bardzo intrygujące, tak bardzo jeszcze niestworzone. Duh!

2. Pixies, "Head Carrier"

Widziałem bardzo dużo rozlanej żółci nad tą płytą, ale co poradzić, skoro buja głową we wszystkie strony jak w 3D? Pixies wróciło po 25 (!!!) latach z nowym albumem pełnym nowych rozwiązań, ale arcysilnie zakorzenionych w ich firmowym stylu - rewolucji nikt się chyba nie spodziewał, to nie lata '80 kiedy Bostończycy odkrywali nowe horyzonty, które przemierzał później cały rock ostatniej dekady zeszłego stulecia, ale ich nieoczywisty, hałaśliwy styl grania bawi prawie tak, jak na "Surfer Rosa" albo jego następcy. Kawałek tytułowy to chyba najlepszy track na jaki trafiłem w zeszłym roku.

1. King Gizzard & the Lizard Wizard, "Nonagon Infinity"

Nowy King Gizzard to lista przebojów. Jakby w radiu puszczali muzykę do słuchania, to sporą część ramówki powinny zajmować te kangury ze swoim świeżym albumem. To się jednak nie wydarzy, ale wciąż - przy słuchaniu tej płytki mam masę zabawy - od energetycznych surfowanych strzałów po mocno psychotyczne, odjechanę w andromedę schizy, australijczycy czują się w każdej konwencji jak ryba we w tej przysłowiowej wodzie. Mocny zastrzyk narko-nekro-energii i niesłychany wręcz rockowy feel jaki wybębnia z "Nonagon Infinity" czyni z niego mój "najlepszy nieciężki" album zeszłego roku, posłuchaj!

 

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)