Loading

RozTopy 2016

Top 14 ciężkich płyt 2016

Nekro      28 stycznia 2017      Topy&Besty, Muzyka

Drugi płytowy ranking roku dwa tysiące i szesnastego. Miało być jedenaście, jak w przypadku tych lżejszych rzeczy, ale moja głowa nie chciała pójść na kompromis - no to jest czternaście. Kolejność rankingu raczej nieprzypadkowa, bo większość tych albumów to doprawdy charakterystyczne potwory. Zabrakło kilku rzeczy (Hail Spirit Noir, Bolzer, Aluk Todolo, itp.) ale może pójdzie lepiej w kolejnych latach. Za to zeszły rok mieliśmy doprawdy przesmaczny - może nie lepszy od poprzedniego, ale annały przywitały mnóstwo świetnego materiału. Sprawdź, co przegapiłeś!

Start!

#14. Cultes des Ghoules, "Coven, or Evil Ways Instead of Love"

Nowa płyta Polaków to kolejny znakomity, oryginalny materiał. Tym razem srogulce wzięły się za black metalowy przekład autorskiej sztuki teatralnej i już za sam koncept powinniśmy odnotować "Coven..." na tej liście. A że do tego mamy fascynującą, chłostającą plecy ciarkami ścieżkę dźwiękową, to należą się naszym rodakom aplauzy stojące. Rekord tak różny od "Henbane" ale o podobnej, bardzo solidnej jakości i siarczystym, przerażającym klimacie. Co dalej? Będziem obserwować zaintrygowani.

#13. Gojira, "Magma"

O ile po zapoznaniu się z poprzednikiem tego tu albumu - "L'enfant Sauvage" - zbierałem zabryzgane krwią strzępy szczęki i dupy z podłogi i sufitu, o tyle przy początkowych przymiarkach do "Magma" zakrzyknąłem "Duplejtner nie idź tom drogom!"... No i co z tego - wystarczyło jeszcze raz-dwa razy dokładnie przysłuchać się tym dźwiękom, by weszły w głowę z nie mniejszą siłą niż starsze dzieła Żabich Udek! Nie jestem i nie będę fanem transformacji a'la Opeth (chociaż tegoroczny album bardzo dobry), ale złagodzenie formy i zagęszczenie treści na nowym materiale twórców "From Mars to Sirius" wyszło wręcz bombastycznie. Warto wracać to tego molocha jak najczęściej.

#12. VRTRA, "My Bones Hold a Stillness"

Piekielne diabelstwo zalane gorącą smołą pod sam dekiel. Długie, rozbudowane i, uważaj, PROGRESYWNE kawałki pełne szatańskiego szlamu ale niepozbawione potężnego kwantu atmosfery i złowróżbnego klimatu - tak można streścić zawartość debiutu hamburgerów z VRTRA. Opis to jednak pobieżny i jeno pół-sprawiedliwy, bo samą płytę odkrywałem kilkakrotnie na nowo - zaczynając od interpretacji typu "krwawy rzyg - żrący jad" kończąc na "kosmiczna przemoc decybelacji" czy coś w tym rodzaju. Stylistyka z definicji szybko zjadająca własną dupę i niezaskakująca, ale przy praktycznym, kilkukrotnym przesłuchu wyprzedzająca nieprzychylną myśl o kilka długości. Chapeau bas i czekam na następcę.

#11. Mithras, "On Strange Loops"

Powrót kanadydysjkich kosmo-deathowców to było wydarzenie, na które czekałem bardzo długi czas, i czasu tego nie żałuję. "On Strange Loops" to przegodny następca wielkich płyt Mithras sprzed dekady. Dokładny opis materiału i moich odczuć macie w recenzji, tam też zachęcam do komentowania. Jeśli tak dalej pójdzie, będziemy mieli ekipę klasy Gorguts.

#10. Vektor, "Terminal Redux"

Teraz nowy album burgerowej ekipy przykryty jest nieco odejściem z jej składu prawie wszystkich członków, ale nie zapomnijmy, że ich łabędzi śpiew to płyta ze wszech miar przynajmniej bardzo dobra. "Terminal Redux" to doskonale skomponowana i jeszcze lepiej zagrana wariacja nowoczesnego thrashu, która kryje w sobie dużo więcej niźli słychać na pierwszy rzut uchem. Jakbym wypił, to mógłbym nawet zaryzykować tytuł "thrashowy Pink Floyd", bo mamy tu i progresję i transgresję i niespodziewane patenty, solówy klasyczne i zupełnie-nie-klasyczne, wrzaski, szczekania, demoniczne zawodzenie, czerpanie z wielkich i malych, własną duszę i silny charakter, wszystko zamknięte w dziesięciu długich kawałkach. Może nie robi to już takiego wrażenia, jak przy pierwszych płytach filadelfijczyków ("Black Future" to był SZCZAŁ), ale ciągle przyprawia o podziw i spazmatyczne machanie łbem. Oby wyszli z członkowego piekła i szybko wyrzygali kolejne ścierwo, trzymam kciuki.

#9. Inverloch, "Distance | Collapsed"

Ten album też długo utrzymywał się w mojej podświadomości, szczególnie kiedy Kangury wyrodziły promosa "Dusk | Subside" już całkiem dawno temu. Dopiero po 4 (!) latach od niego, kultowi czołgiści odpowiedzialni za jeden z najbardziej unikalnych projektów w historii metalu - dISEMBOWELMENT, wydali prawowitego następcę chlubnego przodka. "Distance | Collapsed" to płyta potwornie wręcz ciężka, unurzana w takim wewnętrznym strachu, jaki towarzyszył też materiałom "małego d". Jednocześnie wciąga niczem odkurzacz zelmera i wypluwa jak działkę przeżutego tytoniu. Wystarcza też na długo, bo jednostajność charakteryzująca stylistykę takiego quasi-funeral doomu na pewno nie jest tego dziełka bolączką. Nie wiem, czy Inverloch ma w planach coś jeszcze wysrać, ale poprzeczkę zawiesili ekstremalnie wysoko.

#8. Ulcerate, "Shrines of Paralysis"

Jak kto pomyślał, że Ulcerate skończył się na średnio zajmującym "Vermis" sprzed trzech lat, to musiał się srogo zadziwić po wysłuchaniu ich nowego szatana. No, ze mną tak było. Nowozelandczycy (nowozelandianie) znowu intrygują swoim firmowym klimatem i stylem dodatkowo wzbogaconym o dużo zuchowate kombinowanie w kwestii kompozycyjnej. "Shrines of Paralysis" to album zdecydowanie odważniejszy od poprzedników, wrzugujący w i tak mocno połamaną twórczość zespołu bonusowe motywy i niestosowane wcześniej przez jego członów patenty. Zresztą, wystarczy posłuchać pierwszego kawałka żeby zauważyć, jak dorosłą twórczość w obecnym momencie prezentuje Ulcerate. Oby nie był to tylko przypadkowy pozytywny wypadek przy pracy (na pewno nie był - TO SŁYCHAĆ!).

#7. Virus, "Memento Collider"

Dawnom się tak dobrze nie bawił przy materiale tych ekperymentujących Norwegów, jak przy "Memento Collider". Ostatnio to z prawie dekadę temu, szczerze mówiąc. "Carheart" słucham do dziś, ale od niedawna jego miejsce zajmuje właśnie najnowszy dorobek Virus. Materiał bardzo schizoidalny, pogięty jak kartka w kieszeni, narrację prowadzący na poziomie synaps, zaskakujący ale subtelny. Nic nowego tu nie usłyszymy, bo Czral znowu ogrywa znane motywy w nowych kolorach, ale jakże ten recykling robi na zmysły...

#6. Urfaust, "Empty Space Meditation"

Znakomity album od sprawdzonej ekipy. Urfaust to już dawno nie ten sam zespół co na kultowej "Geist is Teufel" - niechlujne, obrzydliwe (ale jakże doskonałe) plwociny zastąpiono (a raczej wyewoluowały one) przemyślaną kompozycją, donośnym brzmieniem, instrumentalnym kunsztem i zdyscyplinowanym wokalem. Do tego mamy tu dużo ambientu - niby zawsze się on w twórczości Holendrów zaznaczał, ale nie w aż tak kosmicznym wydaniu jak tutej. Czy to jeszcze black metal? Może już nie, ale może JESZCZE nie, ciężko dopowiedzieć - Urfaust to wciąż jeden z najbardziej oryginalnych tworów na tej scenie. A i jako bonus, wcześniej w tym roku dostaliśmy też znakomitą EPkę "Voodoo Dust" prezentującą jeszcze bardziej eksperymentalną twarz zespołu.

#5. Blood Incantation, "Starspawn"

"Starspawn" to death na miarę naszych czasów - łączy wpływy klasycznych ciężarowców z maestrią techniczno-kompozycyjną co bardziej utalentowanych przedstawicieli, nazwijmy to "modern" death metalu. Długogrający debiut jankesów to starcie Incantation z Obscurą, taki Immolation, ale inaczej, taki Demilich, tylko inny. Jakby Adramelech i Gorguts miały dziecięcie, to by było właśnie Blood Incantation. Jest ciężar, jest melodyka, jest techniczna wirtuozeria i troska o klimat. Są bestie za mikrofonem i bębnami, a riffowanie czerpane jest pełną chochlą z gara Death, Morbidów czy klasycznego Deicide. "Starspawn" to nowe w starym i stare w nowym - i to tak jakby... naraz. Wielka płyta pełna ciekawostek.

#4. Inquisition, "Bloodshed Across the blablabla blabla"

Pogiem a prawdą - myślałem, że najnowszy krązek Dagona będzie na tej liście na podium, stało się jednak inaczej. Jednak bardziej to kwestia mamuciej konkurencji niż niedociągnięć produkcyjnych nowego materiału kolumbijczyków. Bo jest się czym zachwycać - klasyczny riffolubny potwór Inquisition po raz kolejny staje na wysokości zadania. Nie dziwota to - nie słyszałem jeszcze od nich słabej płyty (a ogarniam każdą w sposób porządny), a i się na to nie zanosi - "Bloodshed..." to naturalna konsekwencja "Obscure Verses...", może nieco bardziej jednostajna, ale ze zdecydowanie lepszym brzmieniem i z kilkoma wybornymi killerami ("Wings of Anu"? "Power From the blablabla"? Niech rzuci tamponem ten, kogo te bestie nie zniszczyły...)., kontynuująca bardzo równy poziom rżnięcia Inquisition w black metal. No, ale szkoda, że nie podium.

#3. Thy Worshiper, "Klechdy"

Polak z medalem zawsze cieszy, a jeśli ów reprezentuje sobą światowy poziom - no to czapki z głów. I uszankę zdjąłem przed "Klechdami" - płytą pieczołowicie hipnotyczną, pełną zawartości, nienużącą, ukazującą wiele odmiennych, często zaskakujących twarzy. Perfekcyjny miks siary i folkloru jaki Thy Worshiper osiągnął na tym albumie będzie jeszcze przez dłuuugi okres niedościgniony i to nie tylko na naszym podwórku. Spusty, jazdy i transy znajdziecie w nekroplazowej recenzji, a słówko od autorów - w nekroplazowym wywiadzie. Nic, tylko słuchać!

#2. Gorguts, "Pleiades' Dust" 

Tak bym chciał Was, moje drogie Kanadiany wrzucić na zloto, ale na nieszczęście, trafiliście na rok z nowym Pazuzu, więc żeśta sami sobie winni. Ale nie płaczcie, nagraliście (ZNOWU KURWA, ZNOWU!) materiał doskonały od pierwszej sekundy po kropkę w pacierzu. A zadanie nie było w zupełności trywialne - w końcu zrobić 1 (słownie: jeden) utwór o metrażu ponad 30 (słownie: trzydziestu) minut sztuką jest przez duże es-zet, a zważając na szwargot w jakim porusza się Gorguts, jest to biegłość wręcz niemożliwa. Ale dla tych skurwisynów chyba nic nie jest niemożliwe - po absolutnie perfekcyjnym "Colored Sands" nie mogło być inaczej - wydano absolutnie perfekcyjny "Pleiades' Dust". Czy ta ekipa się kiedyś skończy, wypierze z pomysłów, zagra na jedno czarcie kopyto? Odpowiadam: TAKIEGO CHUJA! 

#1. Oranssi Pazuzu, "Värähtelijä" 

 KIETOUTUU SISÄLLÄNI FRAKTAALIMUODOSSA

 


 

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)