Loading

Biadolenie okolicznościowe

Top 16 płyt na Halloween!

Nekro      31 października 2016      Topy&Besty, Muzyka

Jest taki czas w roku, kiedy ludzie dzielą się na tych co przyodziewają się w peleryny Draculi, bandaże mumii i maski Ewy Minge i na tych, którzy gardzą amerykańską stonką w postaci przywleczonych ze zgniłego zachodu pseudo-tradycji. Caly ambaras jest oczywiście absurdalny i nie będziemy sobie tym dupy zawracać. Zamiast tego obczajcie, czym,  po niedawnym (udanym, mam nadzieję) ognisku, możecie oczarować gości na rewii z okazji święta strachu...

Jak to zwykle z podobnymi odliczankami bywa, część pozycji jest w absolutnie losowym porządku, ale część, zwłaszcza kilka pierwszych, to absolutny mus siepiący w plecy falami zimnych ciarek. I od razu mówię - nie pierdolimy się - nikt do tego tańczyć nie zdoła. No to ten, start!

 

#16. Esoteric, "The Maniacal Vale" (2008)

Może ten album jest niepozorny, może, ale im dalej plyta postępuje, tym gorszych bezeceństw jesteśmy świadkami. Nie ma tutej litrów flaków, ran szarpanych i zwłok na płocie, "The Maniacal Vale" wywołuje terror zdecydowanie bardziej psychiczny niż fizyczny. Pokręcone, psychodeliczne, nieharmonijne kompozycje oplatają się wokół mózgu nie dając szansy na oddech. Jakbyś ginął trawiony przez soki żołądkowe Shub-Nigguratha, ten album byłby dla tego procesu idealnym soundtrackiem. A im dalej w las...

#15. Portal, "Vexovoid" (2015)

Dobór płyty w przypadku tego projektu nie ma większego znaczenia, Australijczycy od samego początku swojej działalności celują w druzgoczącą swoją ohydą, wręcz transcendentalną twórczość. Wybrałem ostatni album Portal, ze względu na jego klarowniejszą zawartość. O ile poprzedniczki (szczególnie "Swarth") to czarne, bulgoczące plamy kosmicznego szlamu, o tyle ta płyta ma deczko bardziej otwartą strukturę i podział na kawałki. Mimo to doświadczymy tu firmowego dla kangurów paraliżu strachem w obliczu strukturalnego chaosu, opętanego wokalu (jakby kolo przemierzał oceaniczne głębiny w drewnianej trumnie) i obleśnego, a tak doskonale dobranego brzmienia. "Vexovoid" to Cthulhu muzyki.

#14. The Axis of Perdition, "Deleted Scenes From the Transition Hospital" (2005)

TAoP zapodaje schizy takoż swoim industrialnym, obrzydliwym przypierdolem jak i dużą ilością ambientu, a na "Deleted..." sięgnęli swoich wyżyn. Album doskonale duszny, chory i wykręcający kiszki, rzucający słuchacza w sam środek ciemnego pokoju bez klamek, który z każdym kolejnym kawałkiem zmniejsza się, powoli dusząc ofiarę. Bardzo dopracowana, jedyna w swoim rodzaju twórczość. Słuchać po ciemnicy!

#13. Abruptum, "In umbra malitiae ambulabo, in aeternum in triumpho tenebrarum" (1994)

Jakościowo nie powala, ale drugi album szwedzkiego Abruptum zdecydowanie można nazwać kultowym. Szwedzcy psychokapłani zamykają nas tu w lochach czarnych jak anus lucyfera. Nic nie widać, ale zewsząd słychać przeraźliwy skowyt bólu bezlitośnie piorący mózg. To spirala szaleństwa od którego nie ma ucieczki. To morowe pojeby z Abruptum chcą nas przestraszyć...

#12. Sunn O))), "Black One" (2006)

Nie dość, że sami Amerykanie potrafią swoimi wiesłami wywołać gęsią skórę na pośladach słuchacza, to jeszcze wzięli sobie do pomocy pierwszego zombie metalu - Attilę Csihara i jego trumienny głos. Razem stworzyli dzieło wiekopomne, wspominane w praktycznie każdym rankingu najbardziej przerażających "incydentów" muzycznych a do tego arcyklasykę drone metalu. Słońce gaśnie, ziemia się otwiera i wypełzają z niej wielkie czarne muchy składające larwy w napotkanych ludziach. Chore gówno, znakomita płyta.

#11. Gnaw Their Tongues, "L'arrivée de la terne mort triomphante" (2010)

GTT znany jest z dwóch rzeczy - tego, że wydaje bardzo nierówne jakościowo płyty i tego, że jak im (jemu) się już uda, to wychodzi z tego coś wielkiego. "L'arrivee..." to moja ulubiona płytka Holendra - symfonia szaleństwa, melodia duszy potępionej, długa wędrówka po Wieliczce z bosymi, poszarpanymi ranami stopami. Ze względu na brzmienie trochę cieżko przebić się przez cały metraż płyty, ale jakbyście się kiedyś zgubili w kopalni soli i mieli monumentalne zaparcie, to polecam ten chory, wyjątkowy projekt, bo pielucha jest wskazana.

#10. Naked City, "Leng T'che" (1993)

Naked City to osławiona kolaboracja geniusza Johna Zorna i kultowego, dzikiego wokalisty Yamatsuki Eye. Projekt przyjmował wiele twarzy, ale w kontekście dzisiejszego tematu warto tu wyróznić płytę "Leng T'che". Album zaczyna się subtelnym dronem a kończy bestialskim, awangardowym chaosem - wszystko to w obrębie jedynego, ponad 30-minutowego kawałka. Potępieńcze, piekielne wokale, wyżynający mózg saksofon Zorna, nieujarzmione bębny i jedyna w swoim rodzaju atmosfera - to wszystko bardzo siada na psychikę. A jeśli zdamy sobie jeszcze sprawę, że przysłuchujemy sie dźwiękowej rekonstrukcji historycznego procederu powolnego oskórowywania człowieka żywcem, to mamy idealny podklad muzyczny pod helołinową herbatkę z dziadkami.

#9. Khanate, "Things Viral" (2003)

Znakomity album od trochę zapomnianego projektu. Na pierwszy plan wychodzą tu bolesne skrzeki Alana Dubina brzmiącego jak torturowane zwierzę w akompaniamencie niebanalnie brzmiących, rwanych jęknięć gitarowych (ciężkich jak skurwesen). Khanate gra tu bardzo oryginalnie, niecodziennie i zaskakująco - nigdy nie wiadomo co za obrzydliwe cholerstwo zaraz na nas wyskoczy. Jakbyście przysłuchali się w larwy żerujące na gnijącym, ludzkim ciele, to brzmiałyby jak "Things Viral". Rekomenduję.

#8. Scott Walker, "The Drift"(2006) (ale też "Tilt" z 1995)

Zmieniamy klimat na coś bardziej subtelnego. Ale nie znaczy, że mniej przerażającego, wręcz przeciwnie - na dwóch wspomnianych powyżej płytach Walker tworzy surrealistyczne, paranoiczne labirynty, z których Twój umysł może nie wydostać się już nawet długo po ostatnich dźwiękach. Gdyby Luis Bunuel zmartwychwstał i chciał nakręcić psychodeliczny horror, to mógłby się dogadać z Walkerem w kwestii ścieżki dźwiękowej. Jeszcze ten jego opętany wokal, jakby zaraz miał odwalić kitę... Wielowarstwowa, paraliżująca rzecz - szaleństwo w ścianach umysłu.

#7. Blut aus Nord, "MoRT" (2006)

Gdzieś tutej już o tym albumie pisałem, bo jest o czym. Bardzo niedocenione (nawet przez samych fanów BaN) dzieło, prezentuje zdecydowanie inną ścieżkę niż taka "Memoria Vetusta". "MoRT" to czysty soniczny horror. Surrealizm wypływa z głosników i bezlitośnie sączy się w trzecie oko. Nieludzkie, powykręcone we wszystkie strony brzmienie gwarantuje mocne wrażenia, a niewyraźne, wyplute przez demony deklamacje namawiają do rytualnego mordu. Polecam dobre słuchawki, a odmienne stany świadomości i kurcze dupy ze strachu gwarantowane.

#6. Propergol, "Program Vengeance" (2005)

Biały noise i czarna smoła - tak mozna krótko skwitować ten album. Propergol to muzyka elektroniczna, czarna jednak w swojej naturze. Dużo klimatycznego spoken-wordu, i spazmatyczne wybuchy noise'u potrafią napędzić stracha. Armagedon emocji, apokalipsa zdrowego rozsądku, czarny ogień w trzewiach. Jak dostaniesz tym przez łeb, to nawet nie wiesz z której strony dostałeś. Psychotyczna dawka strachu w pigułce.

#5. Diamanda Gallas, "The Litanies of Satan" (1982)

Diamanda to postać nietuzinkowa. Kobieta o niesamowitym głosie ale i o straszliwych wizjach muzycznych. Te najdosadniej moim zdaniem, spełniły się na zmurszałym już lekko "The Litanies of Satan" - jedynym takim albumie w historii muzyki, prawdopodobnie świadectwie opętania artystki przez siły nieczyste (no, w każdym razie byłoby fajnie). To, co wyprawia tutaj nasza bohaterka zapiera dech w piersiach a włosy na plecach stają dęba z takim impaktem, że sweter idzie w strzępy. Wszędzie krew, wszędzie zło, wszędzie nagie, odpychające, ludzkie ciała. Jeśli wytrzymasz cały materiał z tej płyty - Twój łeb będzie potrzebował miesięcznych wakacji w Ciechocinku (albo w Pudliszkach), żeby dojść do siebie.

#4. Lustmord, "Heresy" (1990)

U cysorza dark ambientu jest w czym wybierać, jeśli chodzi stroszne nagrania, ja jednak skłaniam się do cieszącego się niegasnącą niesławą "Heresy", albumie nagranym w jakiejś jaskini (fakt) i straszącym tak przestrzenią jak i duchotą. Szczególnie jak ni stąd ni z owąd zaczna płakać niemowlę. Dostaję psychozy za każdym odwiedzeniem "Heresy" a sam już nie zliczę ile to lat minęło od kiedy pierwszy raz zszedłem do tego piekła. Zdecydowanie warto przebrnąć przez cały album - wynagrodzi to psychozą i permanentnym uczuciem przerażenia, czyli tym, co lubimy najbardziej.

#3. The Conet Project,"Recordings of Shortwave Number Stations" (1997)

Dużo już jest napisane na temat tego projektu w internetach, to jeśliś dociekliwy poszukaj w google albo tutej. Więc bez rozpisywana się o stronie konceptualnej, skupię się jeno na warstwie, hm... "muzycznej". Dźwięki zaprezentowane na "Recordings..." mimo, że wuzyte ze wszelkiej odgórnej interpretacji, budzą niepokój większy niż wiele "dedykowanych" lękowi projektów. To właśnie przez tą tajemnicę jaka tkwi w każdym słowie, każdym dźwięku tego materiału a także wolnemu polu na ich objaśnienie The Conet Project paraliżuje strachem. Jakbyś siedział w zatopionym bunkrze i czekał na powolną śmierć wiedząc, że pomoc nie przyjdzie.

#2. Current 93, "I Have A Special Plan For This World" (2000)

Tibet jest eklektyczny jak kurczak tysiąc smaków. Na stu trzydziestu ośmiu tysiącach wydawnictw C93 grał już chyba wszystko, co się tylko dało. A jednocześnie "I Have..." jest w jego dyskografii płytą wyjątkową. Nie dość, że okładka śni się po nocach, to warstwa bitowa tego albumu mrozi krew w żyłach. Kiedy Dave beznamiętnym głosem zaczyna przepowiadać Ci permanentną śmierć, szaleństwo, nadchodzącą zagładę świata i stratę wszystkiego - wiedz, że coś się dzieje. Do tego skrajnie psychotyczny podkład dźwiękowy z elementami field recordings takimi jak skrzypienie drzwiami czy dźwięk katarynki zamkniętej w trumnie z małym dzieckiem (no, przynajmniej fajnie by było, jakby tak było). Materiał bardzo kunsztownie zaaranżowany, dlatego wywołuje takie mocne emocje - pierwszy album jaki słyszałem, który dał radę przestraszyć mnie samym dźwiękiem, teraz mam do niego bardzo nostalgiczny stosunek, taki, że zaraz się chyba kurna rozpłaczę. Mam specjalny plan dla tej płyty na wieczór 31 października...

#1. Nurse With Wound, WSZYSTKO I COKOLWIEK

NWW to dźwiękowy ekwiwalent strachu. Nie ma co się wgłębiać, nie ma co wybierać albumów czy utworów. NWW dostarcza, i robi to mocno. Niekwestionowany lider na rynku dźwiękowych doświadczeń wywołujących lęk. Złoty medal albo i platynowy przyznaję w imieniu rasy ludzkiej. Słuchaj:

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)