Loading

RozTopy 2017

Top 33 płyty 2017 (miejsca 11-1)

Nekro      01 lutego 2018      Topy&Besty, Muzyka

Co tu czcze farmazony pierdolić będę jak potłuczony cham - właśnie teraz zapodaję, moi drodzy, moje własne, prywatne, osobiste jedenaście najlepszych, dźwiękowych plastików zeszłego roku. Kolejność tutej gra najwyższą rolę wśród trójcy albumowych podsumowań, ale jestem pewien, że każda jedna, jebana pozycja na tej tutej malutkiej liście warta jest obadania. Ale, jak przed chwilą wyplułem - dość bajania, obczajta to!

11. Suffering Hour - "In Passing Ascension" (Blood Harvest)

Recenzja: TUTEJ

Obsrany debiut jakiegoś bezczelnego nonejma - o tak, murowany hit. Konwenanse pierdoląc niczem Weinstein młode talenty, Suffering Hour huraganem przeszedł przez scenę jak gówno przez gęś. Chłopaki, niby młode gołowąsy, niby niedoświadczone, dziewicze jeszcze młokosy z mlekiem niewiadomego pochodzenia pod nosem, pokazali wielu starym dziadom, którzy wyjadali ze śmietnika deathowe ścierwa w czasach pierwszych, polskich makdonaldow i Borysa Jelcyna, co trzeba zrobić, żeby przyciagnąć ucho głuchego brudasa do głośnika jamnika. "In Passing..." to materiał na tyle klasyczny, co oryginalny, z równą mocą stawiający na koncertowy, pulsowy riffing, co na techniczne smaczki, od których czasem ucho bieleje. No i z przepysznym nastawieniem na klimat, któren to czynnik rozgrzał mój do niego afekt do temperatur niebotycznych. Przepotężna, kosmiczna bomba laserowa.


10. Gas - "Narkopop" (Kompakt Distribution)

Nigdy w życiu nie odważyłbym się recenzować podobnego gówna, bo bardzo możliwe, że jestem na nie zbyt ograniczony mózgowo... Co jednak zupełnie nie przeszkadza mi w spuszczaniu się nieprzerwanym, burzliwym niczym korzec świerzopu, strumieniem ejakulatu nad jego smakowitością i subtelną odwagą w balsamowaniu synaps podczas przesłuchu. Ja zawsze wsysałem te Gas'y z dupy jak głupi knur - z wielką rozkoszą, bo zawsze to był materiał akurat mi podchodzący w stopniu wybitnym, mimo, że do dziś nie potrafię rodzicom wytłumaczyć z jakiego powodu, kiedy się mnie o to pytają przy lunchu. Może mojego milusińskiego, semickiego "Zauberberga" nie dziesionuje, ale już z poprzednikiem mogę "Narkopop" równać bez ściem (mimo SIEDEMNASTU lat przerwy od "Pop"). Dziwna to opowieść, i zdragowana do granic morskich Wenezueli, ale zawsze mam zaślinioną mordę podczas stosunku, a to chyba dobrze.


9. Blaze of Perdition - "Conscious Darkness" (Agonia Records)

Na najlepszą krajową płytę zeszłego roku nieoczekiwanie wyrosła ta lubelska perełka ze swoim czwartym długograjem. Długograjem - zaznaczyć należy - przeogromnym. Nazwać ten materiał "black metalem" to nieznosnie kłująca w odbytnicę niesprawiedliwość, którą będzie też użycie dużo szerszej etykietki - "metal". Tak, właśnie w takim stopniu Blejzom odpierdoliło na ich nowym dziele - jest to multismakowa mikstura ciągnąca wymiona mocno różnych, ale wybornie do siebie pasujących macior, zgłębiająca standardy teraźniejsze, jak i te z lat dawno temu minionych, smacząca odwagą i eksperymentem. To skrzynia mieszanki bakaliowej prawie bez dna, nie udająca rewelacji, tylko, do kurwy, nią rzeczywiście będąca. Składam pokłon i z cieknącą po kręgosłupie śliną czekam co to się dalej przydarzy, bo chyba coś jeszcze większego. Już teraz BoP to światowa ekstraklasa, no questions asked.


8. Immolation - "Atonement" (Nuclear Blast)

Recenzja: TUTEJ

"KRUCEFUKS!!!", zakląłem siarczyście, ogniście słysząc nowe od tej kultowej, legendarnej wręcz ekipy na "I". Ryk to był zachwytu i docenienia kunsztu, z jakim na "Atonement" death metal jest malowany. To materiał wyglazurowany masełkiem od pierwszych do ostatnich minut i (po dłuższej przerwie) w końcu słychać całe doświadczenie zespołu, a splendor, jakim się cieszy jest znów w pełni rozumiany. Ten album to same arcypyszne strzały odcięte grubym lepem na muchy od koniunkturalności, zawierzające swą moc w riffingu i gargantuicznym ciężarze - bez pierdolenia o szopenie w postaci zbędnych wstążeczek i girland w charakterze ozdobnym. To czysty, doskonale zagrany death, który podpasi każdemu kucrycerzowi lubującemu się w brutalności i kunszcie kompozycyjnym, ale też słabo wysmażoonym mięsie i procentowym ponad normę alkoholu. Bombka atomowa zaklęta w plastik.


7. Spectral Voice - "Erroded Corridors of Unbeing" (Dark Descent Records)

Recenzja: TUTEJ

Rozjechało mnie to olbrzymie gówno na placek i wyrównało flotą walców drogowych. Że to najcięższy album roku pisać nie zamierzam - wystarczy losowy ustęp z "Erroded Corridors...", by doświadczyć sonicznego przypierdolenia obuchem w mordę i kordzikiem w oko (plus palec w żebra i ośliniony w ucho, tak w bonusie). Pierdziwąsy odpowiedzialne za jeden z najsmakowitszych metali '16 roku (z "Incantation" ale nie Incantation) powróciły z materiałem może nie tyle lepszym (bo i trochę ciężko porównywać), ale bardziej przygodowym i odpowiadającym zapotrzebowaniom brudasów głodnych atmosfery gwiezdnego zła, planetarnego wkurwu i galaktycznego uboju świń. Bo to wszystko Spektrale podają na tacy i podtykają pod sam ryj spragnionego gwałtu muzycznym buzdyganem śmiałka. Turboprzyjemny klimat śmierci, rozbudowane, całkiem różnorodne kawałki i trupie wokale (plus wyborna okładka) robią z tego tu cudeńka rzecz wytorpedowioną w kosmiczne pejzaże.


6. Ensnared - "Dysangelium" (Invictus Productions)

Recenzja: TUTEJ

Dużo o Szwedach pisałem, to tylko powtórzę - to zderzenie klasyki z nowoczesnością nacechowane własnym, osobistym sznytem, dzięki któremu death Ensnared to bardzo charakterne i ciekawe doświadczenie. Inwencja w podejściu do konstrukcji albumu przyciąga uwagę, a brzmienie i szatanowy pałer zaklęty w poszczególnych trackach tą uwagę wykorzystują w tyleż niecny, co przyjemny sposób. Grupę wypada też pochwalić za swietne wokale i doskonałe wyczucie w operowaniu wachlarzem temp, dzięki czemu ciekawość odsłuchu szybko nie ginie, a jej dystynktywny styl nie daje o sobie zapomnieć. W prawdziwym zatrzęsieniu mocarnych debiutów 2017, ten typuję na zdecydowanego zwycięzcę.


5. Wolves in the Throne Room - "Thrice Woven" (Artemisia Records)

Recenzja: TUTEJ

Bardzo duchowe przeżywanie mam z nową płytką liściastych srogulców z WITTR. "Thrice..." jest tak różne od poprzednich albumów zespołu, jak tylko inne być może (nie tracąc jednocześnie swojego charakteru, bo poprzedni materiał to był chuj), dzięki temu wprowadza w twórczość burgerów mnóstwo nowego, zajebistego smaku. Każdy track ma własną osobowość i każdy zapamiętałem już po 2-3 pełnych spinach, co mówi samo za siebie. Delikatne melodie, progresja, ciekawy klawisz i brzmienie vintage dorzucają dobroci do rogu obfitości. Może nie najlepszy, ale zdecydowanie najbardziej osobisty album Wilków i ten, który swym transowym feelem rzuca w nadalszą podróż duchową. Znakomite, znakomite.


4. Blanck Mass - "World Eater" (Sacred Bones)

Jak mnie pierdolnął od boku ten materiał jakiś czas temu, to do dziś się jeszcze nie pozbierałem. Bardzo eklektyczny ekskrement, romansujący zarówno z melodyjną melancholią, jak i z industrialnym piekłem. Jakby pochować kogoś żywcem. Fonia opakowana w trumnę podana z sosem i kieliszkiem absyntu. Trudno mi wyrazić słowami, na czym polega magia trzeciego Blanka, bo to gówno jest zdecydowanie do przeżywania, a nie opisywania. Dźwięki, jak pisałem, prezentują zaskakująco szeroki wachlarz emocji, ale to właśnie ta klawiszowa surowizna i rycie gara diabelskimi plamami chaosu robi tu najlepszą robotę. Materiał bardzo spirytualny, jakby znaleziony w jaskini na wygasłym słońcu, albo na terenie atlantydzkiej fabryki zabawek dla starców. Dość, lepiej posłuchać.


3. King Gizzard and the Lizard Wizard - "Flying Microtonal Banana" (ATO/Heavenly Recordings)

Najlepsza płyta Króla Gejzarda w karierze, co jest zajebiście warte odnotowania, bo nagrywali już w przeszłości przesmakowite gówno (w przyszłości też, bo w 2017 roku wyjebali na świat 5 (!)  albumów włącznie z tym tutej od którego zaczęli - wszystkie dobre), np. "Nonagon Infinity" z '16, który uznałem za najlepszy, nieciężki album tamtego rocznika. Ten w sumie tyż w tej kategorii króluje, bo też nieciężki jest przeca... Szkoda strzępić ryja na czczo - czysta, psychotycznie rockowa, oślepiająca oczy zabawa z garścią tęczowych pigułek w ręku, taniec z kukłą ulepioną z kolorowego papieru toaletowego. Kangury mają rewelacyjną umiejętność komponowania prostych, ale równo z ziemią ryjących banię kawałków śmierdzących kwasem i wódką w proporcjach, mniej więcej, dwa do jednego. No i jak to, kurwa, brzmi, jak bóg prześwięty jezus arcysyn biskupi, bajecznie!


2. The Ruins of Beverast - "Exuvia" (Van Records)

Recenzja: TUTEJ

Epicka, monumentalna wręcz bitwa o szczyt podium rozgorzała jak nieprzemyta rana od narkomańskiego noża, ale pierwsze miejsce jest tylko jedno. Na szczęście, jest też jedno drugie. I tutaj z automatu wskakuje nowa rewelacja od niemieckiego, nieprzystojnego tytana, The Ruins of Beverast, który nagrał chyba najbardziej charakterystyczną, a przy okazji najbardziej przystępną dla ucha płytę w swojej karierze. Nie oznacza to butów na rzepy i czapek z naklejkami, raczej uspokojenia awangardowo-rzeźniczych zapędów na rzecz progresywnej psychodelii i mocnych eksperymentów ze zdecydowanie bardziej delikatną materią. Mimo dosyć klarownego brzmienia i wyraźnych wokali, to unosi się nad tą płytą od chuja dymu, jakby podpalić wielką wioskę i czekać, aż mierniki smogowe wypierdoli ze skal. Ten duszący dym utrzymuje się nad głową i stopniowo poddusza, czasem odpuszczając i dając siana, ale tylko po to, żeby wrócić ze swoimi kolegami, albo i rodziną dymów, by spuścić umysłowi słuchającego jeszcze sążniściejszy wpierdol. Kiedyś "Exuvię" wyniosą na ołtarze, a póki co - nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się nią regularnie, słuchowo onanizować.


1. Artificial Brain - "Infrared Horizon" (Profound Lore)

Recenzja: TUTEJ

Nie będę się za dużo tłumaczył - drugi album nowojorczyków to materiał dokładnie tego typu, na jaki głodny byłem najbardziej w zeszłym roku - prędki jak guziec, ciężki jak maszyneria do borowania zęba, skomplikowany jak receptura na superklej, nie stroniący od eksperymentów jak studentka pierwszego roku i o dystynktywnej atmosferze obciągania skóry z ciała podczas wsysania przez próżnię przez zbyt mały, żeby się człowiek zmieścił otwór. Każdy z tych warunków "Infrared Horizon" spełnił w sposób perfekcyjny i to z lekkiego suprajsa, bo znając ich poprzedni album nie spodziewałem się, że jego formułę rozwinąć będą w stanie do TAKICH rozmiarów. A jednak - udało się w stu procentach. Dostałem znakomicie brzmiący sci-fi death do wielogodzinnego rozgryzania, opatulony doskonale klimatycznym kocem kosmicznego zajebizmu. Po dwóch kwartałach smakowania - süty ciągle stają. Z czystym sumieniem - najlepsza zajebistość '17.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)