Loading

RozTopy 2017

Top 33 płyty 2017 (miejsca 22-12)

Nekro      19 stycznia 2018      Topy&Besty, Muzyka

No to co się będziem po plecach poklepywać - dziś na warsztat wrzucam kolejne jedenaście płytowych dobroci z ubiegłego roku. Ciężko to było ponumerować, ale jakos się udało. Wiadomo, wszystkiego co chciałem nie dało się w tą listę wpindolić, ale i z tego co jest - jestem w miarę zadowolony. No nic, obczajta, może coś ciekawego będzie.

<<< - MIEJSCA 33-23

22. Anima Damnata - "Nefarious Seed Grows to Bring Forth Supremacy of the Beast" (Godz ov War/Malignant Voices)

No i nadejszła druga (ale nie ostatnia!) polska wrzuta na tej liście, z której bardzo żem rad. I nawet pomimo faktu, że przez dłuższy czas płyta nie za bardzo mi wchodziła (a i nawet teraz nie do końca ją chyba łapię), to trzeba przyznać, że Anima po dłuższej przerwie nie straciła nic ze swojego bluźnierczego animuszu, a wręcz, kurwasz jego mać, przeciwnie. "Nefarious Seed..." to przegromny napierdol ku chwale brzydala z rogami, o arcypotężnej mocy i zajmującym aranżu kawałków. To nie tylko bateria fal chaosu, ale też seria naprawdę zgrabnych, "dorosłych" kawałków, chociaż, w sumie, o coś takiego można już zespół z takowym stażem podejrzewać. Krążek tak dla purystów, jak i dla szukających czegoś wincyj w bestialskim nakurwie widłami.


21. The Great Old Ones - "EOD: A Tale of Dark Legacy" (Season of Mist)

Recenzję tego gówna piszę już z pół roku, przez który czas jej konstrukcja zmieniła się ze cztery razy. Nie wiem kiedy w końcu ujrzy światło dzienne, ale mam nadzieję, że jeszcze w tym roku, rechot! Francuzi dojebali przepotężnym, złożonym jak chusteczka haftowana materiałem, nasiąkniętym rybim odorem jak od morza do Tatr. Długie, nie cierpiące półśrodków tracki wyróżniają się wyraźną, acz nienachalną progresywnością i zmianami temp - a żabowpindalacze czują się znakomicie zarówno w naszpikowanych tremolami huraganach, jak i cuchnącymi szlamem suwami kontenerów pełnych owoców morza. Może nie przebili "Tekeli-li", którego darzę gigantycznym afektem, ale "EOD..." to jego znakomity sukcesor i materiał do seryjnych rytuałów ku chwale starożytnych bóstw.


20. Yellow Eyes - "Immersion Trench Reverie" (Gilead Media)

Ciekawostka z zarośniętych suchą trawą stepów Nowego Jorku. Band poznałem przy okazji poprzednika, bardzo świeżego "Sick With Bloom" z '15, który robił z atmo blackiem to co chciał i robił to dobrze. "Immersion..." niewiele różni się od starszego brata, rozwijając go w kwestii klimatycznej, eksperymentalne wstawki i przejścia odstawiając na nieco boczny tor. Ale znów - bez zaskoków, ale z z satysfakcją - robi to dobrze. Yellow Eyes gra bardzo dystynktywnie, po swojemu, roztaczając złowróżbne pejzaże w sposób na tyle przyjemny, co dość surowy. Surowość to słowo, jakie idealnie pasuje do brzmienia tego albumu, ale jest to surowość jak najbardziej intencjonalnie wykalkulowana, bo ozdabia swoją zimną postapokalipsą zimne, chropowate kawałki. Rodzi nam się tu coś bardzo dużego, i to prawie bezboleśnie (propsuję!).


19. Dodecahedron - "Kwintessens" (Season of Mist)

Recenzja: TUTEJ

Tempo-aberracja z Holandii na swoim drugim albumie przesunęła granicę ekstremalnej abstrakcji o kolejne mile bliżej przerażającej granicy szaleństwa. Te dźwiękowe połamańce dają tyle okazji do rozkmin, że płyta ma rewelacyjnie długą żywotnośc, ale dzięki ludzkiemu podejściu do tej całej surrealności, albumu da się też słuchać przy apetycie na zwykłe, porządne bleczysko, czemu zespół daje wyraz w równie regularnych odstępach, co przy modlitwach do bożków atonalności. Znakomity, wielowarstwowy album, wielcem ciekaw co przyniesie przyszłość, i mam nadzieję, że nie trzeba bedzie czekać kolejnych pięciu lat.


18. Venenum - "Trance of Death" (Sepulchral Voice Rec.)

Niemiecka solidność w każdym calu. Death pachnący przyjemnym (przypominającym świeży chleb) bukietem retro psychu i klasycznego prog rocka, ale nie wpadający w kliszowatość zbyt rozbudowanych czy rozrzedzonych klawiszami kawałków. Venenum udało sie połączyć wpływy, wydawałoby się pasujące do siebie jak świni rogi, ale jednak wpływające na fun ze słuchania w sposób zaskakująco dodatni. Mało jest (jeszcze) dziś podobnego rzępolenia (Morbus Chron czy starszy Tribulation na ten przykład) dlatego przyjmuję z ramionami otwartymi na rozpiętość Skweru Kościuszki każdy przejaw muzycznej ciekawości w kreowaniu podobnych pojebaństw. Bardzo smaczny materiał.


17. Incantation - "Profane Nexus" (Relapse Records)

Recenzja: TUTEJ

Inca gra swoje już pięćsetny rok z rzędu, ale po raz pięćsetny jest się nad czym masturbować. "Profane Nexus" to, po mojemu, najlepszy album burgerów od dawna i warto ten fakt odnotować. Tak, jak zauważyć należy większą kombinatorykę w, bądź co bądź, zaśniedziałej stylistyce, dość mocarne brzmienie i firmowy ciężar przyciągający do tego albumu jak plantacja Monsanto dzieci w Bangladeszu. Zaskakująco dużo pamiętnych momentów i szatan zaklęty w przeklętych partyturach - Incantation się w tańcu nie pierdoli.


16. Oxbow - "Thin Black Duke" (Hydra Head Records)

Gdzieś na Plazie już o tej dobroci wspominałem, ale za konieczne uznaję odnotowanie jej też w podsumowaniu, no bo to dobre gówno jest. To zdecydowanie najbardziej wywalona w eksperymentalny kosmos płyta twórców "Narcotic Story" w równym stopniu pieszcząca się z subtelnymi, niemal romantycznymi melodiami, co z powikłaną dekonstrukcją rocka. Album bardzo przygodowy i opatrzony - tradycyjnie dla projektu - niesamowitymi wokalami. Nie jest to najlepszy punkt do startu znajomości z grupą, ale "Thin Black Duke" to z pewnością materiał niebanalny i sprawiający frajdę przez niekrótką serię przesłuchów. No i pierze łeb w pralce przemysłowej.


15. Morbid Angel - "Kingdoms Disdained" (Earache Records)

Recenzja: W TOKU

Nie chcę tu za dużo pierdolić, bo reca jest obecnie w przygotowaniu, ale niech wystarczy tyle, że nowe, bezvincenckie oblicze geriatrycznych ciężarowców, to baaardzo udany powrót do formy i dość brawurowa reemigracja do świadomości słuchaczy. Dużo by pisać, czekajta na tekst.


14. Impetuous Ritual - "Blight Upon Martyred Sentience" (Profound Lore)

Recenzja: TUTEJ

Jeden z najmroczniejszych materiałów 2017 roku, robi mi mokro w gaciach tak samo dziś, jak w chwili pierwszego stosunku. Impetuous Ritual, bez kombinacji, ponownie zagrał swoje chore, brudne gówno i zrobił to - ponownie - w sposób prawie wzorowy. Ekstremalnie trumienny klimat wybełtany w ohydnym kotle z technicznymi akrobacjami i autopsyjnym brzmieniem. Oldskulowy fundament cuchnący surrealistycznym złem. Może to nie jest ich ostateczne magnum opus, ale czuć, że koale odprawiły swoje starożytne, pojebane rytuały dokładnie w taki sposób, w jaki chciały. Holokaust emocji, duszące przeżycie duchowe. Przepyszota jak bumtarara.


13. Satyricon - "Deep Calleth Upon Deep"

Recenzja: TUTEJ

Po początkowych, średnio udanych pieszczotach spisałem tą tu sukę na straty. Na szczęście dość szybko się opamiętałem i z kolejnej w serii, zblazowanej miernoty, "Deep..." zajawiła mi się jako bardzo porządna, wybitnie osobista płyta pełna ciekawostek i klimatu. Satyr gra tu nieco inaczej, romansuje z innymi inspiracjami, które ubiera po swojemu nie patrząc na trendowate mody toczące nowe dokonania wielkich przedwiecznych. Nowy album Satyricon wydaje się dla nich początkiem nowej ścieżki, której ciągu dalszego bardzom ciekaw, bo może nas zabrać w zaskakujące, niecodzienne rejony. Ściskam za to kciuki pod kolanami.


12. Evilfeast - "Elegies of the Stellar Wind" (Eisenwald Tonschmiede)

A to krajowa mocarność, która zgwałciła mi łeb z zupełnego zaskoczenia. Projekt kojarzyłem z dwóch, może trzech poprzednich albumów (z dziesięciu albo piętnastu istniejących), ale jakoś nigdy się z nim w dłuższy wojaż nie zabrałem. Do czasu. "Elegies..." to album grający niby niszowy standard, ale wyrózniający się z turbo-licznego tłumu podobnych krążków swoim kunsztownym szlifem i bardzo pieczołowicie budowaną, generalną atmosferą, która wciąga uszy od pierwszych minut, narażając je na mróz, wichurę, ulewy i śnieżyce przez bite siedemdziesiąt minut! Wachlarz inspiracji wyczuwalny jest wyraźnie w małych odstępach czasu, ale takie to już napierdalanie - zaskoczeń nie ma, ale jest doskonale dopicowanie w kwestii konceptualnej i kompozytorskiej. Trzeba przynajmniej liznąć.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)