Loading

RozTopy 2017

Top 33 płyty 2017 (miejsca 33-23)

Nekro      12 stycznia 2018      Topy&Besty, Muzyka

Zaczynamy więc to opatrywanie numerkami kawałków plastiku, jakie przynosiły chwile smakowitego błogostanu w zeszłym, dwa tysiące siedemnastym roku. Tak, jak zapowiadałem, jest tych dobroci od przysłowiowego chuja, więc, aby zachować ciągłość historii i nie męczyć nikogo nowelą w postaci ciągu cyferek, obrazkow i tytułów, podzieliłem ten przepastny, śmieszny topik na trzy części, a jego publikację zaczynam od ostatniej, no, zeby kreatywnie stworzyć suspensję i zmusić do nerwowego obgryzania skórek u kiełbasianych paluchów widowni. Spocz, dość już pindolenia o oczywistościach, obczajta trzecią jedenastkę najprzyjemniejszych muzyk zeszłego roku już tera!

33. Malokarpatan - "Nordkarpatenland" (Invictus Productions)

Zacznijmy od klasycznego bajabongo. Drugi pełniak (ale ten od którego zacząłem znajomość z grupą) od tych pojebanych, czeskich janosików przyniósł zmianę stylistyki na bardziej wyjebaniową, heavy metalową kosę o topowych, klasycznych melodiach, ale trzymając się sroższych, zimniejszych korzeni. Seria przebojowych, satanistycznych petard o bardzo zawichrowanych tytułach (polecam lekturę) od nowego wcielenia Malokarpatan przynosi tyle funu, że możnaby nim, kruca jego mać, obdzielić ze trzy albumy. Płyta na imprezę, ale i na osobliwy, czorny rytuał pośrodku Karpat jak znalazł.


32. Bell Witch - "Mirror Reaper" (Profound Lore)

Jedno, półtorejgodzinne jądro ciemności wypełnione przedśmiertną agonią, smutkiem i trumiennym smrodem okalanym pogrzebowymi melodiami. Słuchanie tego molocha jest dość bolesne, ale dzięki temu specyficznemu charakterowi depresji, w zależności od okoliczności ten ból ma bardzo ambiwalentną osobowość. Uproszczając poprzednie zdanie do minimum - na "Mirror Reaper" trzeba mieć po prostu nastrój i od tego zależy, czy to dzieło chłopa ekstremalnie rozpierdoli nudą i prostolinijnością, czy głębią i przepysznym mrokiem. Niemniej - posłuchać trzeba.


31. Medico Peste - "Herzogian Darkness" EP (World Terror Committee)

Pierwszy przedstawiciel rodzimej sceny w tym topiku, co prawda zaprezentował nam w ubiegłym roku jedynie EPeczkę, ale za to wypełnioną bezecną do kości przemocą po sam dekielek. Medico Peste po raz kolejny bezpardonowo atakuje swoim charakternym blackiem prosto w środek pyska, przemycając przy tej okazji całe kontenery klimatu i zła, co przekłada się na jakość tego ich ostatniego wydawnictwa. Riffy, brzmienie, teksty i cała oprawa wokół nowego materiału rozkazały mi, zresztą tonem nie znoszącym sprzeciwu, zamieszczenie tu tych paru dobrych minut sonicznego złorzeczenia. 


30. Demonic Death Judge - "Seaweed" (Suicide Records)

Recenzja: TUTEJ

DDJ na swoim trzecim długograju to wciąż ten projekt, który swoją wysokokalibrową armatą celuje w gigantyczny ciężar, hołd czasom minionym i generalną bezpretensjonalność. "Seaweed" to, oprócz zjawiskowej okładki, seria bardzo przebojowych, ale gniotących süty niczem mosiążnym kafarem smakowitości, którym sprzyjają odmienne stany świadomości i bezstresowe wychowanie. Masa dobrych kawałków, przyjemne solóweczki  i sympatyczna różnorodność w tworzeniu zielskiego klimatu trzymają mnie blisko tego krążka do dziś.


29. Godflesh - "Post Self" (Avalanche Recordings)

Po (dość miernie satysfakcjonującym) powrocie sprzed trzech lat, Brytyjczycy przypomnieli się z albumem dużo bardziej przemyślanym, ale jednocześnie romansującym z muzycznym eksperymentem w o wiele bardziej bezczelny sposób. "Post Self" to iniekcja dźwiekowa bardzo zróżnicowana w swej naturze, czerpiąca inspiracje tak z własnej, jak i z sąsiednich scen, konstrukt budując jednak na mocno plugawym, odhumanizowanym fundamencie godflesh'owej alchemii sprzed lat. Słychać, że Broadrick już dokładnie wie, gdzie chce ruszyć z jednym ze swoich topowych projektów, dlatego, przebierając z zaniecierpliwieniem nóżkami, czekam co z tego będzie dakej.


28. Archspire - "Relentless Mutation" (Season on Mist)

Jedyny tech-death któremu całowałbym stopy (gdyby tech death miał stopy) w zeszłym roku. Decrepit Birth zagrało swoje, Origin zagrał swoje, ale to właśnie ten mały, wyspiarski debiucik przyciągnął mą uwagę w sposób najznaczniejszy. Płyta trwa dokładnie pół godziny, jednak to zdecydowanie dość, żeby pokazać, co grajki mają światu do zaprezentowania. Mimo dośc już wytartej, neoklasycznej konwencji, kawałki z "Relentless Mutation" to prawdziwie przygodowe petardy, w których dzieje się tyle, co w oborze przemysłowej po wpuszczeniu do niej wyposzczonego buchaja. Tempa zrywaja peruki, a od smaczków oko bieleje. Czarnuchy, nie spierdolta tego.


27. Tchornobog - "Tchornobog" (I, Voidhanger)

Odnotowałem duży młyn na temat tego wydawnictwoa w internetach, i był to młyn (przynajmniej w części) jak najbardziej zasłużony. Tchornobog na swoim debiucie zaserwował duszny jak kałuża smaru (i tak dziś modny) death pożeniony w bardzo główkowany sposób z posępnym, klimatycznym bleczyskiem, tworząc dość obrzydliwą swoim jądrze mieszankę, która jednak wylewa się z głośników w sposób tyleż płynny, co ciężarny. I nawet mimo tego, że żadnej rewolucji z pewnością tutaj nie uświadczyta (mimo wielu hurraoptymistycznych kwikotów na przeróżnych forach), to jest to zdecydowanie rzecz z którą warto się w najbliższym czasie zapoznać, bo zostało jeszcze tak ze trzy i pół kilo potencjału do wykorzystania.


26. Necrowretch - "Satanic Slavery" (Underground Activists)

Recenzja: TUTEJ

Jak Desaster milczy, to inne, naznaczone obrzydliwymi, ropnymi wypryskami szatanerstwa dają głos. Jednym z nich są ci dzicy maniacy z francuskiego Necrowretch. Na swojej najświeższej plwocinie dają do pieca w klasyczny, oznaczony old-skullowym death/blackiem (ale i thrashem) rzyg skoncentrowany na desekracji świętości i bezpretenskjonalnym rżnięciu metalu ku chwale odwróconych krzyży, pentagramów i  innych lucyferjaliów. Album to krótka strzała prosto w mordę, więc dobra jest do częstego, jednorazowego połykania w razie apetytu na zjełczałe gówno. Warte polecenia.


25. Exquirla - "Para quienes aún viven" (Superball Music)

W swoich subtelnych, zasępionych dźwiękach, hiszpańska Exquirla przemyca tak dużą i tak potężną dawkę emocji, że kupili mnie tym pitoleniem już od pierwszego spinu swojego debiutu. Album ostygmatyzowany jest w sposób hojny swoim iberyjskim charakterem, co manifestuje się głównie w tubylczych wokalach, którym mocno z pyska jedzie właśnie owym spaniardowym folkiem, a ma to w sobie ogromne pokłady klimatu. Mimo dość spokojnej osobowosci, "Para quiennes..." potrafi zaskoczyć też nieco cięższymi fragmentami, w których zespół rozwija swe skrzydła w pełni okazałości. Zróżnicowanie dźwiękowe i wokalne, oraz długie suity, jakimi nasycić można się pod koniec jej metrażu, czynią tej płyty dzieło na nie jedno i nie dziesięć przesłuchań.


24. Cannibal Corpse - "Red Before Black" (Metal Blade)

Recenzji nie ma, ale jak najbardziej chciałbym ją napisać. Po części dlatego, że o nowym albumie amerykańskich legend nie trzeba się - tradycyjnie - rozpisywać. To wciąż ich firmowy sposób komponowania ciężkich jak trepy, brutalnych petard na ryj, to wciąż agresywne, bijące w łeb brzmienie, to wciąż wiadra flaków, pourywane kręgosłupy i powypijane przez słomkę torebki stawowe. To kolejny plastik ze standardowym amerykańskim death metalem, na którym jednak udało się naszym klasykom nieco odważniej poeksplorować swoją niszę, co skutkuje znaczącym obniżeniem mielizn kompozycyjnych w stosunku do swoich poprzedników. Tego cedeka po prostu się zajebiście słucha!


23. Necrot - "Blood Offerings" (Tankcrimes)

Recenzja: TUTEJ

Debiut szwedów to trybut dla tych wszystkich wszetecznych dziadków, które wspominając swoje złote czasy - początek lat '90 - mają mokre pantalony. Czasy, kiedy co drugi album z ekstremą stawał się natychmiastowym klasykiem, a muzycy rzeczywiście czuć się mogli jak gwiazdy pierwszego formatu. Czasy, kiedy ponad pucowane brzmienia, hołdowanie trendom i akrobatyczne flażolety liczył się feeling - rzecz, którą można było na płycie wyczuć i która w głównej mierze decydowała o dzisiejszych statusach tamtych płyt. To wszystko te srogie brudasy przemyciły na swoim pierwszym pełniaku i chwała im za to. "Blood Offerings" to klasyczna petarda jakich, zdawałoby się, dużo w dzisiejszych czasach, ale zgrabnie omijająca niedoróbki budżetowe i klisze, które dominują w podobnej stylistyce dzisiejszych, nowych przedstawicieli old-skulowego napierdolu. Doskonały atak na uszy, mam nadzieję na arcyzacną kontynuację.


 

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)