Loading

Biadolenie okolicznościowe

Top płyt na Halloween II

Nekro      31 października 2017      Topy&Besty, Muzyka

Ahoj! Jak to lata lecą niczem pikująca jaskółka, to jest masakra. Jeszcze wczoraj pisałem ten tutej topik strasznych dźwięków mających osładzać obchody jankeskiego święta, a tu już trzeba się zabierać za kolejny! Ale nic to - dobrych, mrożących krew w sutach nut jest, wbrew pozorom, pod dostatkiem, ale z wiadomych względów nie cieszą się one szerszą popularnością (chyba, że są soundtrakiem do letniego blockbustera). Dlatego pochylmy się dziś snadnie nad kolejną paczuszką złowróżbnych, siejących ciary po kręgosłupie, klimatycznych muzyk, tym razem w odsłonie może nieco mniej "szorstkiej" niż rok temu.

1 . Zero Kama, "The Secret Eye of L.A.Y.L.A.H."

Kto ma znać ten pewno zna, jako, że Zero Kama to żelazny klasyk każdego helołinowego party. Już dajmy spokój z pierdoleniem o kościanych instrumentach, a zachwyćmy się tutejszą muzą - nawiedzoną duchami jakich pojebanych, starodawnych bestii, nasączoną rytuałami śmierci, nastrzykniętą zepsuciem i obrzydlistwem. Budowle z ludzkich ciał, chmary larw w ranach ciętych, wielkie, ciemne grobowce subtelnie rozświetlone okręgami świec, balansowanie po wszystkich wymiarach i między życiem, a śmiercią. Niesamowity projekt, niesamowity album.


2. Atrax Morgue

Kultowy w wielu kręgach Atrax Morgue to kwintesencja zgniłej, prześmiergniętej rozkładem "muzyki". Włoski projekt poruszał się po wielu gatunkowych płaszczyznach, zachowując jednak zawsze swoją tematykę i odnosząc się do niej w bardzo bezpośredni sposób. AM był bardzo płodny za swojego życia (mastermajnd strzelił samobója już dawno temu), więc jest w czym wybierać, ale (żeby nie rzucić tego w kąt) lepiej zacząć od środkowego okresu działalności, kiedy w końcu, zamiast srania nojsem dla samego srania, można tam usłyszeć nietuzinkowy zmysł kompozycyjny. Twórczość dla grabaży i nekrofili - pyszota! PS. Uwaga, pali głośniki!


3. Goblin, "Suspiria"

Arcymuzyka do arcyfilmu. Argento'wska "Suspiria" z '77 to niesamowity obraz głównie w warstwie audio-wizualnej, z której za pierwszą część odpowiada właśnie Goblin. Ich soundtrack to kwintesencja filmowego horroru, który śmiało można stawiać obok kultów Carpentera (a, np. ja stawiam ją zdecydowanie wyżej). Album żyje własnym życiem, oddycha, stawia słuchacza nad przepaścią bez drogi ucieczki i powoli wysysa z płuc powietrze... Jeśli ktoś nie widział filmu, niech to zrobi najpierw - rozkoszowanie się dźwiękami "Suspirii" z płyty Goblin po seansie odpłaca kilkukrotnie większą gotówką, chociaż z pewnością nie są to klimaty dla każdego - ale wystarczy leciutko przymknąć oczy...


4. Fantomas, "Delìrium Còrdia"

Jako kucowy fanboj Pattona nie mogłem zapomnieć o jednym z jego najsmaczniejszych projektów, w którym co płytę serwował inny klimat. Na "Delirium..." koncept oparł się o odzyskanie świadomości w trakcie operacji bez powrotu władu w ciele. Brzmi groźnie, ale takie przypadki są jak najbardziej rzeczywiste. Dość powiedzieć, że Fantomas poradził sobie z takim zadaniem popisowo i z właściwą sobie oryginalnością. Album to jeden, przepastny, ponad 70-minutowy gigant łączący w sobie ambienty, drony i eksperymentalne metale w sposób tak chaotyczny, jak i smakowity. To skok w otchłań szaleństwa, w labirynt bólu wszystkich zmysłów, odebrania wolnej woli. Awangarda o wybornym pomyśle i jeszcze lepszym sznycie.

 


5. Bobby Beausoleil and The Freedom Orchestra, "Lucifer Rising"

Cytując klasyka, to srogie piguły się tu odpierdala, ewentualnie kartony. Mimo to, na soundtracku do "Lucifer Rising" (również czegoś absolutnie zajebistego i wartego obejrzenia), mamy Bobby'ego z reguły spokojnego i mocno mistycznego, malującego pejzaże bardziej stopniowego popadania w obłęd niż narracji grozy. Mimo to, dzięki niebanalnemu podejściu do psych rocka, ambientu i różnego typu wave'ów - płytę łyka się zaiste przepysznie i na raz. Starożytne manuskrypty jeszcze nigdy nie były tak pojebane!

I sam film:


6. The Residents, "Intermission"

Na dobrą sprawę popierdolstwami Rezydentów mógłbym zapełnić tą listę pod dekielek, ale po co sobie psuć zabawę - na start warto wyróżnić płytę nie-do-końca-długogrającą z '82, a mianowicie "Intermission". W ledwo 25 minutach Gały Oczne zmieściły cały clue tej grozy, która kojarzy się z zakrwawioną mordą clowna wychylającą się spod łóżka w deszczową noc. Chodzi mi o taki osobliwy, napędzany klawikordem, cyrkowy klimat szaleństwa. Troszkę industrialnie, troszkę groteskowo, ale zawsze eksperymentalnie - Amerykanie czasem przewietrzają atmosferę, ale zdecydowanie trzeba nastawić się na pojebanie z poplątaniem, a z namiotu nie wyjdziesz zawiedzionym.


7. Ramleh, "Hole in the Heart"

Miało nie być szorstko, ale to tu gówno jest ekstremalnie szorstkie... Jak pumeks owinięty w papier ścierny przymocowany do wysuszonych pięt. Nie nazwałbym "Hole..." jeszcze noise'm, ale na pewno nie jest to kurwa dream pop ze skrzypcami. Album wali agonią po uszach, rozkładem po nosie, gruzem po oczach i śmiercią po mózgu, ale w bardzo transowy sposób. Półtoragodzinna kuracja tą, dokładnie trzydziestoletnią już płytą, potrafi niespodziewanie zagonić myśli w kozi róg i dokonać na nich bolesnego gwałtu. Dźwięk tu jest jak ta smoła - jak się upierdzielisz, to ciężko to gówno później zmyć. Wyborny, wyborny album.


8. Svarte Greiner, "Knive"

Jakby Biosphere obedrzeć z połowy dźwięków, przenieść z gór do piwnicy i naćpać czymś bardzo złym, to mielibyśmy coś podobnego do Svarte Greiner. Muzykę bardzo minimalistyczną w swej stylistyce, ale jednak uderzającą w sam środek szyszynki, w bardzo wrażliwe struny umysłu słuchacza. Korzystając z dobrodziejstwa frikadeli odkrytych dla świata przez Stevena Stapletona, norweski one-man-project uderza strachem w podświadomość, rozpychając się tam i jątrząc paskudne rany. Wydźwięk debiutu "Knive" porównać mogę do nawiedzenia przez jakąś bardzo pradawną i bardzo złą siłę, do tego momentami brzmi jak czysta schizofrenia ("An Ordinary Hike" na przykład, co to się kurwa dzieje...), albo jak inspirowany Twin Peaksem koszmar. Znakomity soundtrack do wszystkiego - bez wyjątku.


9. Suicide

Brrr, po każdym przesłuchu tego arcyzajebistwa czuję się brudny jak wieprz z błota. Jak strzał z plaskacza od księdza na katechezie. Jak mokry bąk w środku kolejki do okienka pocztowego. Transowa, skrajnie hipnotyczna tortura uczuć. Skrajna dehumanizacja i odtrącenie od społeczeństwa. Mimo czterech dych na karku, "Suicide" wciąż gwałci synapsy na najwyższym poziomie. Płyta jedyna w swoim rodzaju, szkoda, że kolejne wydawnictwa zespołu nie umywają się do tego tutej klasyka. 


10. Hair Police

 

Ohydztwo, ale jakżesz smakowite! Wrzucającego w swe albumy wszystkie (bez wyjątku!) najbardziej zdegenerowane nurty muzyczne Hair Police można albo kochać, albo nienawidzić. Mimo skrajnie hałaśliwego wydźwięku większości propozycji Hamburgerów, ich materiały są bardzo różnorodne i z nawiązką wynagradzają spędzony z nimi czas, który - z zasady - na pewno przyjemny nie jest. Muzyka w zaprzeczeniu idei muzyki, aranżacje niespełna rozumu, klimat obrzydzenia i zła, a także decybelowa rozpusta definiują niepowtarzalność twórczości tego projektu. Strzał w pysk na naprawdę wysokim poziomie.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(2)

2017-11-05 23:04:48

https://atomictrip.bandcamp.com/album/strike-1

Ok ok już po Halloween ale  zawsze warto też mieć coś pod ręką na okazję końca świata, nigdy nie wiadomo he he

2017-11-07 19:59:07

@mortuary_erection

Paliłbym.