Loading

Trzy Szybkie

Trzy Szybkie III - Tid, "Wind River" i South Park

Nekro      20 listopada 2017      Recenzje, Misc

Trzy Szybkie zawitują w podwoje naszego pierdolnika już po raz trzeci, a niechybnie oznacza to z całą pewnością tyle, że kolejnym razem odwiedzą go już po raz czwarty. Tymczasem dziś opowiadają o dziwnych dźwiękach zza Morza Bałtyckiego, lodowatych krajobrazach zza Oceanu Atlantyckiego i złowróżbnym pomruku z Zapadniętej Odbytnicy. Zapraszam! 

I. Tid - "Fix Idé" (2016)

A taką zeszłoroczną, szwedzką ciekawostkę wynalazłem. Tid to kwintet z, póki co, jednym długograjem, który to chcę Wam dziś zaproponować. Jest to przedziwne połączenie elektroniki z lekko progresywnym sludge'm - podobny miks jeden mógłby nawet nazwać industrial metalem, ale zaryzykuję, że Ikeje grają coś więcej, coś z własną osobowością i charakterystycznym pomysłem na siebie - szczerze mówiąc, to nie pamiętam, kiedy to słyszałem podobną mańkę napierdalania (może miejscami słyszę konotację z takim Hail Spirit Noir? Posłuchajta "Aurora Surrealis"), a to liczę in plus (nie, żebym był jakoś obeznany, po prostu dlatego mi "Fix Ide" podpasiło), takoż sympatycznie pływający, gwiezdny klimat. I nawet, jeśli zespół na razie nie określił się w stu procentach, a pomysły są chaotycznie rozrzucone, jak to mówią anglosasi, "all over the place", to jest to projekt, któremu na pewno będę się w przyszłości przyglądał. Warto posłuchać chociażby ze zwykłej ciekawości.


 

II. "Wind River" (2017)

Film, który z zaskoczenia przypierdolił mi obuchem w potylicę z przepotężnym impetem. Z misternie skrojoną, sukcesywnie ewoluującą intrygą i sporadycznymi plamami thrillera, ale z rodziny tych, które, jak się już pojawiają, to cierpnie od nich skóra na pośladach, a na majtkach zostaje podłużna, mokra plama. Z doskonałym, mroźnym settingiem (który, swoją drogą, znakomicie pasowałby do plazowego topu rzeczy zimnych), podkreślonym przez fantastyczne zdjęcia akcentujące bezczelnie bezlitosną przyrodę. Z ciekawymi postaciami i ze znakomitym zamknięciem zmuszającym do zbierania zębów z podłogi. Obraz oskarowy w niejednej kategorii, trzeba zobaczyć, ale nie nastawiajcie się na mordobicia, pościgi i wybuchy atomowe (mimo jednoznacznie sugerującego je trailera).


III. South Park: Fractured But Whole (2017)

Długo czekałem na sequel "The Stick of Truth" (który był arcyzajebisty), a miesiąc temu odkryto przede mną Card Against Humanity z sentencją "Było, kurwiu, warto!". Produkcja oparta na tej samej, znanej, sprawdzonej i lubianej mechanice, co poprzedniczka, serwuje podobny kontent, ale powiększony do potęgi którejśtam i łechtający moje poczucie humoru skondensowaną esencją amerykańskiego serialu. Rzecz nie tak oczywista, bo sezony 20 i 21 bardzo chcą pretendować do miana tych najgorszych (oprócz odcinka halloween'owego), a i serialowy, fabularny wstęp do gry był gorzej niż zły (w odróżnieniu do znakomitej introdukcji do "Kijka..."), tym bardziej cieszy przezajebistość fabularna samej gry. Niestety - tego samego nie powiem o technikaliach, bo (przynajmniej w czasie, kiedy ją ogrywałem, czyli jakiś tydzień po premierze) "Zapadnięty Odbyt" był bardzo wkurwiająco zabugowany i to w sposób, który często uniemożliwiał dalszą rozgrywkę, a to najgorszy rodzaj niedoróbek - nie będę tu ich szczegółowo opisywał, wyrażę tylko nadzieję, że już jest wszystko naprawione, chociaż z pierdaczonym Ubisoftem wszystko możliwe. Anyway - gra jest naprawdę wyborna, jeśli raz na jakiś czas jesteś gotowy na mniejszy lub większy wkurw.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)