Loading

Crust from the past...

Ufomammut - "Oro - Opus Primum" (2012)

Nekro      23 kwietnia 2017      Recenzje, Muzyka

Jakiś czas temu, w całkiem nieodległej przeszłości spotkałem się z niesamowitym splotem wydarzeń, kiedy to przez przypadek (a może nie?) stało się niewyobrażalne. Być może zdarzenia te były nierealne, były tylko senną marą, ale ich priorytetowym celem, celem Wielkego Projektanta, który wprawił je w działanie, było odciśnięcie piętna na mojej psychice i wypalenienie na niej znaku, symbolu który w swobodnej przestrzeni mej osobowości będzie utrzymywać się przez bardzo długi (być może nieskończony...) czas, a przynajmniej do momentu, kiedy znowu dane mi będzie przeżyć podobne - makabryczne, ale jednak - uniesienie duchowe. Te parę słów, które za chwilę przeczytacie, to swobodny, aczkolwiek spisany z wielkim mozołem, zapis zdarzeń których byłem świadkiem pewnego, zdawałoby się przypadkowego, spokojnego wieczoru.

INFO: Ta "recenzja" to zapowiadany tekst spłodzony przy okazji premiery pierwszego "Oro" w 2012 roku. Tu zachowa się na dłużej.

Ten zaczął się zgoła normalnie, nie wchodząc w szczegóły ograniczę się do stwierdzenia, że nic nie przygotowało mnie na nieuchronność późniejszych wypadków. Pierwszym, co oderwało mnie od regularnej egzystencji, były dreszcze, które po kolei, członek za członkiem, zaczęły obejmować całe moje ciało. Proces ten postępował tak szybko, że ani się obejrzałem, a stałem się skulonym, wciąż dygoczącym kłębkiem kości i mięsa, a moja jaźń poczęła tracić kontakt z rzeczywistością. Dopadło mnie ogromne pragnienie, i tylko jego instynktowne zaspokajanie kolejnymi szklankami wody utrzymywało mnie na pułapie prawdziwego świata. Kiedy tak dryfowałem na granicy (jak mi się wtedy wydawało) obłędu, skąpane w ciemności ściany pokoju zaczęły powoli jaśnieć, a w niektóre ich elementy ogniskowały juz nie światłem, a jakby bardzo ciemnym, purpurowym płomieniem. Po kilkunastu sekundach migoczące punkciki na ścianach zaczęły tworzyć zaskakujące kształty urągające ludzkim zdolnościom nawet abstrakcyjnego pojmowania rzeczywistości.


Punkty, utrzymując się cały czas w ruchu, zaczynały łączyć się ze sobą za pomocą ledwie dostrzegalnej sieci jakby nitek, tworząc na ścianach mego pokoju swego rodzaju mapę dróg, mapę która mogła opisywać jedno z dwóch miejsc - piekło albo niebo. Kiedy podniosłem wzrok, sklepienie pokoju zaczęło znikać. Był to proces nieznośnie powolny, do tego stopnia, że z krzesła rzuciłem się, wciąż dygocząc nie tylko z powodu epileptycznych drgawek, które wystąpiły wcześniej, ale i z przerażenia oraz tego, że w pokoju momentalnie zrobło się lodowato zimno, na podłogę, gdzie, wczepiając paznokcie w wytartą wykładzinę, szukałem biezpieczeństwa. Już po chwili leżałem w pokoju z podłogą i czterema, rozjarzonymi ognikami ścianami, ale bez sufitu, który ustąpił miejsca czerwonemu niebu z niesamowicie szybko płynącymi po nim chmurami, od którego buchał gorzki, gorący fetor siarki. Do moich uszu zaczęły dopływać niepokojące, ciche jęki, jakby w pokoju obok torturowano żywą istotę.


Wtedy drzwi otworzyły się, a straszne wycie, które słyszałem przed momentem nasiliło się do ogromnych rozmiarów. Hałas, jakie wywoływało był tak potężny, że nie dało się już odróżnić, czy źródło od którego pochodzi było żywą osobą, czy też niewiadomego pochodzenia, diabelską maszyną. Kiedy wstałem z podłogi i przekroczyłem próg, hałas dosłownie zmaterializował sie przede mną w postaci czarnych jak smoła smug unoszących się w powietrzu, zmieniających swe kształty w zależności od natężenia dźwięku. W miarę upływu czasu, kiedy osłupiały stałem w drugim pokoju, przyglądając się z pierwotnym, instynktownym obrzydzeniem temu koszmarnemu cyrkowi, brunatne, oślizgłe, wsysające czyste powietrze jęzory dźwięku ogarnęły już całe pomieszczenie, w którym zrobiło się okrutnie wręcz duszno. Kiedy te potworności zaczęły muskać moją skórę, poczułem ohydny, odstręczający dotyk jakiegoś rodzaju gorącego szlamu, który pozostawiał na mnie oparzenia i krwiąwiace blizny.


Pomyślałem o powrocie do pokoju w którym to wszystko się zaczęło - niestety był już w całości trawiony przez ogień. Po chwili płomienie ułożyły się w humanoidalny kształt przypominający kobietę o nienaturalnie długich rękach, z których jedna chwyciła za drzwi między pokojami i zatrzasnęła je na głucho. W ostatnim momencie zauważyłem aż przerażający spokój na licu tej demonicznej postaci. Widząc to, postanowiłem uciekać z domu, wybiec na zewnątrz i uwolnić się od monstrualnych pokładów przerażenia, które teraz pętały mi tak ciało jak i umysł. Kiedy przestąpiłem próg drugiego pokoju i zbliżałem się do drzwi wyjściowych, jakaś nieznana, niewidoczna siła ścięła mnie z nóg. Leżałem na gumowej posadzce przed drzwiami, a gęsta jak smoła fala szlamu lewitowała nade mną zasłaniając juz całkowicie widok na krwistoczerwony nieboskłon.


Wtedy też, ledwo przytomny, zauważyłem, jak od strony pokoju z którego przed chwilą wyszedłem, zbliżają się do mnie dwa nieregularne kształty, których tożsamości nie mogłem w pierwszej chwili rozpoznać. Wciąż nie czując nóg i zwijając się z przerażenia, czołgałem się w stronę drzwi wyjściowych, które uważałem za mój jedyny ratunek i pewnik ujścia ze zdrowymi zmysłami, nie wspominając już o życiu. Kiedy w końcu klamka była na wyciągnięcie ręki, odwróciłem wzrok w stronę owych osobliwości, które, instynktownie to czułem, cały czas się do mnie zbliżały. Teraz już bez żadnych trudności mogłem poznać, czym były. Były to dwie olbrzymie dłonie, do złudzenia przypominajace ludzkie z tym, że każda nich miała, na oko, trzy metry długości, a palce, których było po sześć na każdej, miały grubość ludzkiego uda. Były całe pokryte dziwnymi, czarnymi i czerwonymi symbolami, ich wierzch wyglądał niczym wymalowane hieroglifami ściany egipskich piramid. Na środku wewnętrznej strony lewej dłoni osadzone było ogromne, czarne oko z bielmem bladym jak ludzka kość. Oko w sposób pozornie nieuporządkowany krążyło we wszystkie strony dość starannie omijając moją osobę. Na środku prawej dłoni, niczym wycięta żyletką, znajdowała się krwawiąca rana przypominająca idealną w swym braku symetrii spiralę. Z prawej dłoni cały czas leciał strumień krwii rozlewający się po gumowej posadzce na której leżałem.


Zanim zdążyłem zareagować, obie dłonie dopadły mnie w potężnym, odbierającym dech uścisku. Czułem, jak moje ubranie przesiąka krwią z rany na prawej dłoni, jednocześnie zauważając podły, metaliczny zapach świeżej posoki. Czułem również na ciele stale poruszające się oko osadzone na lewej dłoni, którego lepka, rozedrgana gałka przyprawiła mnie o mdłości. Po chwili szamotaniny, która wydawała się wiecznością, udało mi się oswobodzić jedną swoją rękę, którą wystawiłem między palcami potwornej dłoni zaciskającej się wraz ze swoją siostrą na moim ciele. Błądząc ręką po omacku trafiłem na drzwi wyjściowe, a po chwili poczułem w niej kształt klamki, którą natychmiast nacisnąłem pociągając drzwi z całych sił w moją stronę. Zobaczyłem wszechogarniającą jasność i poczułem się przez chwilę, jakbym spadał w przepaść.


Kiedy otworzyłem oczy nie było już demonicznych dłoni czychających na moje zmysły. Nie było obrzydliwych, szlamowatych plam dźwięku unoszących się w powietrzu. Nie było ognia ani dymu. Niebo było lazurowe i niezmącone żadną chmurą. Nie czułem bólu ani strachu. Byłem na piaszczystym pustkowiu a w tle majaczył niewyraźny kształt symetrycznej piramidy zbudowanej z białego marmuru. Nie wiem nawet kiedy znalazłem się u jej wejścia. Gdy do niej wszedłem, znów nastała jasność. Wiedziałem już wszystko. Byłem wszystkim.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)